Artykuły

Miały pracować tak długo, aż ktoś nie padnie
    Świnie na płytkach, Polki na betonie
    Lidia i Anna ze Żnina chciały podreperować budżet domowy. Tak jak wielu rodaków szukały szczęścia i pracy na Zachodzie. Przez pośredników znalazły zatrudnienie u niemieckiego rolnika przy zbiorze ogórków. Wyjechały za granicę pod koniec czerwca, a wróciły... po czterech dniach. Gospodarstwo, do którego trafiły, przypominało obóz pracy, a warunki życia urągały godności człowieka.

    O możliwości legalnej pracy w Niemczech Lidia i Anna dowiedziały się przypadkiem. O naborze informowała wywieszka w oknie sklepu w Turzy (gm. Damasławek), którą przeczytał ktoś z ich rodziny. Tak panie nawiązały kontakt z Wiolettą K. i Pawłem M. z Masłowic, zajmującymi się werbunkiem. - "Pierwsze spotkanie odbyło się 14 stycznia w Gołańczy. Wtedy przeprowadzono zapisy" - opowiada pani Lidia. - "Na listę trafiały tylko gospodynie domowe, studenci i uczniowie szkół" - dodaje. Wybrańcy musieli przedstawić zaświadczenia z ZUS, że nie odprowadzają ubezpieczenia i z Urzędu Pracy o braku rejestracji oraz akt małżeństwa. Informację o przyjęciu do pracy otrzymały w połowie lutego. Dowiedziały się, że chodzi o zbiór ogórków w gospodarstwie Alfonsa R. w miejscowości Oberdaching-Pilsting. - "Wioletta K. mówiła nam, że praca jest tam ciężka, ale panuje rodzinna atmosfera. O warunkach na polu, czy o warunkach mieszkalnych nie było mowy" - mówi pani Anna.
  Za przejazd do Niemiec zapłaciły Wioletcie K. 350 zł. - "W tym 50 zł za utrzymywanie z nami kontaktu telefonicznego. W gruncie rzeczy to my dzwoniłyśmy do niej, bo sama nas nie informowała" - denerwuje się pani Anna.
    Do Oberdaching wyjechały w ostatnim tygodniu czerwca. Na miejsce dotarły w piątek w nocy. Już sam fakt braku zainteresowania przyjezdnymi pracownikami wydał się żniniankom co najmniej dziwny. Dzwonek alarmowy włączył się, kiedy chciały skorzystać z sanitariatów i umyć się po wielogodzinnej podróży. - "Najpierw kierowcy wyrzucili nam torby i trzeba było sobie radzić samemu. Poszłam do ubikacji i już byłam załamana. Zamiast drzwi były tam zasłonki prysznicowe. Ubikacje dzielone były z mężczyznami. Do mycia zrobione było specjalne koryto z wężykami zamiast kranów. I oczywiście leciała tylko zimna woda" - relacjonuje pani Lidia. - "Bojler był, ale nastawiony na 35 stopni i miał pojemność 100 l. Korzystały z niego 54 osoby" - dodaje pani Anna. Prysznice były bez kabin, a drzwi do pomieszczenia nie były zamykane. - "Stało się tam na betonie. To nawet świnie w chlewni u tego Niemca miały płytki" - mówi pani Lidia.
    Lokum przygotowane dla pracowników znajdowało się w przerobionej oborze. Spały na strychu w pokojach dziewięcioosobowych na łóżkach piętrowych. W pokoju mała lodówka i decha zamiast półek. Pracownicy mieli zakaz patrzenia na dom Niemca, o czym informowała tablica na podwórku.
    Kolejny szok panie przeżyły na polu. Pracownicy nie mieli przerw. Na maszynie do zbierania ogórków leżały po sześć godzin bez wytchnienia. Kobiety wymiotowały, puchły im twarze, odciskały się piersi. Woda do picia stała w baniaku na słońcu. Nie było toalet. Według umowy zawartej z Alfonsem R. miały pracować 30 godzin, pięć dni w tygodniu. - "Pracowałyśmy przez dwa dni. W pierwszy 10 godzin, drugi 13. Wstawało się o 4:00 i wracało o 22:00. W tym czasie nie było żadnego ciepłego posiłku" - żali się pani Anna. - "Kierowca pytał się, jak długo ma jechać. Niemiec mu odpowiedział, że tak długo, aż ktoś nie padnie" - dodaje. - "Ich nie obchodzi też, że ktoś jest pierwszy raz na ogórkach. Nikt niczego nie pokazuje. Masz umieć i koniec. Jak nie umiesz, to dostajesz urlop na przemyślenie swojego postępowania."
    Większość zatrudnionych przez Alfonsa R. osób to kobiety w wieku 40-50 lat, zatrudnia też kilka młodych kobiet i mężczyzn. Z rozmów z koleżankami żninianki dowiedziały się o wielu drastycznych przypadkach, jak oblewanie zbieraczy nawozem, czy braku chleba za karę oraz ciągłym poganianiu krzykiem i lżeniu. - "Były takie, które chciały wracać od razu, ale Niemka powiedziała, że nie odda dokumentów. Dziewczyny ciągle piją melisę, wszystko na uspokojenie" - relacjonuje pani Lidia.
    Jak zauważyły żninianki, lepiej traktowani byli Rumuni. - "Oni są bardziej solidarni. Potrafią rzucić haczki i nie pracować. Polacy się na to nie odważą i dają się gnoić. Niektóre nie miały wyjścia. Szóstka dzieci, mąż nie pracuje. Musiały tam siedzieć. My tam nie chciałyśmy pracować i zadzwoniłyśmy po mężów, żeby po nas przyjechali" - mówi pani Anna.
    Zawiadomieni mężowie wsiedli do samochodu i natychmiast wyruszyli po swoje żony. Mieli też cały bagażnik chleba, o który prosiły współlokatorki żninianek.
    Alfons R. był bardzo zdziwiony, że ktoś mógł przyjechać po żonę. Nie odezwał się słowem. Uregulował należność za dwa dni pracy. - "Przekraczając granicę chciałam ucałować polską ziemię, taka byłam szczęśliwa, że tu jestem" - zwierza się pani Lidia.
- "Unia narzuca nam tyle norm, a tam nie ma żadnej kontroli. Można upodlić człowieka i nikogo to nie obchodzi. Czasami Polacy trafiają do dobrej pracy, ale zdarzają się takie miejsca, jak nasze. Powinniśmy o tym częściej mówić i ostrzegać innych" - kończy pani Anna.
    Żninianki nie zamierzają szukać już szczęścia na Zachodzie.
    Z Pawłem M. nie udało nam się porozmawiać. Jest obecnie w Niemczech. Pod numerem kontaktowym telefon odbiera teść.

Pałuki nr. 28/2006 Tomasz Rogacz
Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta bazy danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj.
Copyright 2006-2010 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry