Artykuły

    Feliks - znaczy szczęśliwy. I myślę, że w dziedzinie podróżowania emerytowany dyrektor Liceum Ogólnokształcącego w Żninie, Feliks Malinowski, liczący sobie dziś 62 lata - może mówić o szczęściu. Był na Kilimandżaro, trzy miesiące spędził ucząc Murzynów w wiosce w buszu - zwiedził pół świata, a ostatnio - wrócił z podróży...

feliks.jpg
Feliks Malinowski w Australii zawarł przyjaźń z misiem koala
    W 22 dni dookoła świata

    Dominik Księski: Jak do tego doszło?  

    Feliks Malinowski: - Od dłuższego czasu Esperantotur przymierzał się do wprowadzenia do swych ofert turystycznych atrakcyjnej wycieczki dookoła świata. Z powodu braku klientów i trudności organizacyjnych, zaplanowane na ubiegły rok imprezy nie odbyły się. Tegoroczną, pionierską, przecierającą szlak chciał poprowadzić dyrektor Esperantoturu Ryszard Grzębowski. Jednak nie mógł pojechać z powodu koniecznych zabiegów szpitalnych i mnie powierzył prowadzenie tej wycieczki. Z mieszanym uczuciem podjąłem rzucone mi wyzwanie.
   
- Z kim Pan jechał i jak przebiegała trasa tych wojaży?
    - Małżeństwo z Gdańska, rzemieślnik z Torunia, lekarz z Pabianic i pisarka z Warszawy - razem ze mną - 6 osób. Jechaliśmy na zachód, by wrócić ze wschodu. Trasa prowadziła z Warszawy przez Frankfurt do Kaliforni (Los Angeles, San Diego), dalej na Hawaje. Tutaj przewidziany był tygodniowy wypoczynek. Z Honolulu polecieliśmy do Polinezji (Samoa Zachodnie, Królestwo Tonga) i dalej do Nowej Zelandii i Australii aby przez Bangkok (Tajlandia) po trzech tygodniach wrócić do Warszawy.
   
- Jednym z pierwszych etapów na trasie było Los Angeles. Czy nie bał się Pan tam lecieć po niedawnym trzęsieniu ziemi?
    - W wyniku trzęsienia ziemi trasa lotu i pobytu została nieco zmieniona. Sam lot do Kaliforni był swoistą atrakcją. Przelatywaliśmy przez obszary podbiegunowe nad Grenlandią, Ziemią Baffina i Górami Skalistymi, a ponieważ pogoda była ładna, widać było bezkresne pustynie śnieżne, góry lodowe, tajgę kanadyjską. Lecąc na zachód z szybkością obrotu Ziemi mieliśmy wrażenie, jakby czas stanął w miejscu. Rozpoczęliśmy lot przed zachodem słońca i przez dziewięć godzin słońce ciągle stało w tym samym miejscu nad widnokręgiem. Tak długo trwającego zachodu słońca jeszcze nie przeżywałem.
    Spotkanie z Los Angeles nieco mnie rozczarowało. Jako geograf chciałem naocznie zobaczyć tragiczny krajobraz po trzęsieniu ziemi, a tam prawie nie można go było zauważyć. Spaliśmy w Santa Monica, gdzie miały być największe zniszczenia, a dostrzegliśmy tylko kilka starych, ceglastych domów nieznacznie uszkodzonych. Na nowoczesnych budowlach nie było widać żadnych śladów zniszczeń. Naocznie przekonałem się, jak środki masowego przekazu wszystko wyolbrzymiają.
   
- Jak było dalej? 
    - Jak już wspomniałem, była to pierwsza grupa turystyczna na tej dziewiczej trasie, a w jej programie było wiele niewiadomych, którym na bieżąco musiałem stawiać czoła. Esperantotur organizuje swoje imprezy inaczej niż inne renomowane biura turystyczne. Jest to tak zwany tramping, co oznacza w skrócie, że należy dotrzeć do określonego miejsca i tam według możliwości i czasu organizować zakwaterowanie, wyżywienie i zwiedzanie.
I tu olbrzymie zadanie do wykonania ma pilot. Liczącą się pomoc wyświadczają mu rozsiani po świecie esperantyści. Na ogół nie jest trudno prowadzić wycieczkę, gdy się zna języki, a uczestnicy posiadają większą ilość dewiz. W tym konkretnym przypadku posługiwałem się językiem angielskim, niemieckim i esperanto. Znacznie gorzej było z zasobami dewizowymi uczestników.
   
- Pamiętam, że często zdarzało się Panu dawniej podśpiewywać: "Hawaii jest piękny, Hawaii uroczy...". Jak jest naprawdę?
    - Słowa od początku do końca są prawdziwe. Wyspy te, leżące w strefie międzyzwrotnikowej, na małym obszarze skupiają wiele różnych krajobrazów, od dymiących wulkanów w stosunkowo wysokich łańcuchach górskich, poprzez żyzne równiny z olbrzymimi plantacjami ananasów i trzciny cukrowej, do malowniczych piaszczystych lub skalistych wybrzeży z kryształowo czystą wodą. Do tego należy dodać bujną egzotyczną roślinność i wszechobecne galerie palm. Łagodny klimat, słońce, wieńce z kwiatów na szyjach tubylców i turystów, przyjazny ocean ze zręcznymi popisami jazdy na desce na przypływowej fali, biały piasek, urodziwe dziewczęta i kojąca muzyka gitar hawajskich - tego nie można zapomnieć. Hawaje są jednym wielkim kompleksem hoteli, pensjonatów, restauracji, jedną wielką plażą. Mądra polityka USA spowodowała, że nie niszcząc naturalnego krajobrazu i folkloru uczyniła z Hawajów jeden z najsłynniejszych kurortów świata. Aloha!
   
- Nowa Zelandia i Australia to są już antypody. Jak się Pan tam czuł? 
    - Zanim dotarliśmy do Nowej Zelandii zaczepiliśmy o mniejsze wyspy Polinezji. Dla Europejczyka jest tu bardzo niekorzystny klimat. Temperatura powietrza sięga grubo powyżej 300C, powietrze ciężkie jest od wilgoci, nie ma czym oddychać. Egzotyczna roślinność na każdym miejscu brutalnie wciska się do miast i osiedli, a tu i ówdzie widać prymitywne osady tych, co - jak twierdzili złośliwi - niedawno zeszli z drzew. Również XX wiek jest tu nieco spóźniony.  
    W Nawej Zelandii co prawda nie chodziliśmy do góry nogami, ale kilka rzeczy jest tu nietypowych. Po pierwsze słońce nie świeci od południowej, lecz od północnej strony i posuwa się po niebie od prawej do lewej. Lato jest w grudniu, zima w czerwcu. Na nocnym niebie nie znajdujemy znanego nam gwiazdozbioru Wielkiego Wozu, lecz iskrzący się pięcioma gwiazdami Krzyż Południa. Jeżeli do tego dodamy lewostronny ruch uliczny, to rzeczywiście w pierwszych dniach trudno się tu odnaleźć.  
    Ten daleki, mało znany kraj posiada wiele atrakcji turystycznych. Niezapomniane wrażenie pozostawiają gejzery oraz wizyta w wiosce maorysów w okolicach Rotorua. Gejzery są rzadkim zjawiskiem na świecie. Bliskość gorącej magmy pod powierzchnią ziemi powoduje, że woda opadowa, dostając się w szczeliny skalne, ogrzewa się do ponad 1000 i po zmniejszeniu ciśnienia przez odrzucenie górnej warstwy, gwałtownie zamienia się w parę i ze świstem wytryskuje na wysokość kilkunastu metrów. Zjawisko powtarza się w ściśle określonym czasie.  
    W wiosce tubylców naocznie można było się przekonać, jak pierwotna ludność umiejętnie wykorzystywała gorące źródła do przyrządzania posiłków. Współcześnie parę gorących źródeł wykorzystuje się do napędzania turbin w elektrowniach.
   
- Jak wygląda gospodarka w tej części świata?
    - Podstawą gospodarki jest hodowla. Na bezkresnych pastwiskach pasą się nieprzeliczone stada owiec, bydła a także jeleni. Z hodowlą związany jest także przemysł przetwórczy. Ten rejon świata jest największym producentem wełny, mięsa wołowego i przetworów mlecznych. Charakter rolniczy kraju odczuwa się również w miastach i miasteczkach, które utopione w bujnej zieleni nie kontrastują z ogólnym krajobrazem naturalnym.
   
- A co ciekawego w Australii?
    - Australia przywitała nas słońcem, lasami eukaliptusowymi, kangurami i przemiłym misiem koalą. Pod względem szaty roślinnej i świata zwierzęcego kontynent ten jest niejako naturalnym muzeum przyrodniczym. Istnieje tu bowiem wiele gatunków roślin i zwierząt, które łączą świat prymitywnych gatunków wymarłych z współczesną generacją. Typowe dla Australii torbacze i stekowce, a z roślin paprocie drzewiaste nie występują na żadnym innym kontynencie. Spacerując wśród tych dziwolągów przyrodniczych mamy wrażenie, jakbyśmy cofnęli się o miliony lat w dziejach Ziemi. Jednakże niebotyczne drapacze chmur, szerokie autostrady, najnowocześniej urządzone ośrodki wypoczynkowe oraz multimilionerzy z Japonii i innych państw świata świadczą o tym, że i tu dotarł już XX wiek z całym swoim rozmachem i bogactwem.
    Po krótkim wypoczynku na pięknej plaży w Gold Coast trzeba było wracać do kraju.
   
- Ile bym musiał wydać, gdybym chciał jechać? 
    - Trzeba zapłacić 52 miliony złotych za przejazd, 900 dolarów za noclegi, bilety wstępu i drobne przejazdy na trasie oraz mieć nieco pieniędzy na wyżywienie się w drodze.  
   
- A więc już dziś odkładam pierwsze 100 tysięcy.  
    - Życzę szczęścia!
   
- A ja następnej podróży!


z Feliksem Malinowskim rozmawiał Dominik Księski
Pałuki nr 110 (12/1994)

Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta bazy danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj.
Copyright 2006-2010 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry