Artykuły

W czasie wojny powszechnej (tak nazywano I wojnę światową w czasie, gdy ona trwała) rodzina Lisów: siedzą przy stole Zofia Lis i jej mąż Ludwik, stoją od lewej: Jan Lis, Rozalia Lis (za kilka lat żona Jana Wildhirta), jej siostra Zofia i brat Walenty
              fot. z archiwum 
              Janiny Drążek

Saga rodziny Wildhirtów
     Wypędzeni, żołnierze i partyzanci
     Rodzina Wildhirtów, choć pochodzi z Rzeszowszczyzny, od pokoleń związana była z Barcinem i okolicami. Jest to jedna z tych rodzin, na których losach wiek XX wywarł niezatarte piętno.

     Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości i zwycięskim Powstaniu Wielkopolskim - Poznańskie, a zatem także Barcin w powiecie szubińskim, stało się terenem niezwykle atrakcyjnym dla Polaków z innych części kraju, w szczególności z dawnego zaboru austriackiego, czyli Galicji. Jak magnes przyciągały ich tutaj gospodarstwa o dużym areale (15-25 ha), wysoka kultura uprawy, a także znaczna mechanizacja. Na dodatek rząd polski zaczął realizować politykę zasiedlania Polakami ziem, gdzie dotychczas przeważali Niemcy. Ci zaś chętnie za odszkodowaniem przeprowadzali się do Niemiec. Było też tak, że Niemcy swoje gospodarstwa odsprzedawali na własną rękę. Wolice pod Barcinem są przykładem wsi, w której przed I wojną światową przeważała kolonizacja niemiecka. Dopiero na początku lat dwudziestych XX wieku zaczęli przybywać nowi mieszkańcy i to wcale nie z okolic Barcina. Byli to przeważnie polscy emigranci z USA, a także wspomniani wcześniej przybysze z Galicji.
     Wiedeńskie korzenie
     Właśnie jedną z takich galicyjskich rodzin byli Wildhirtowie z Dzikowca w powiecie kolbuszowskim (35 km od Rzeszowa). Choć obecnie, po prawie 100 latach, mieszkańcom Barcina ta rodzina wydaje się być z dziada pradziada barcinianami, to jednak tak nie jest. Jej korzenie sięgają Wiednia - stolicy Austrii.
     Pod koniec XVIII w. cesarz Józef II na Podkarpaciu, w Dzikowcu, nieopodal Kolbuszowej założył wzorcową osadę z ludnością austriacką, ażeby pokazać miejscowym Polakom, jak wprowadzać lepszą kulturę rolną. I tak spod Wiednia w roku 1785 trafiła tam rodzina Wildhirtów, przodkowie Janiny Drążek, obecnej prezes Stowarzyszenia Ekologicznego w Barcinie, wcześniej związanej z barcińską oświatą.
     Cesarstwo Habsburgów pod koniec XVIII w. było monarchią absolutną i państwem wielonarodowym. Naród austriacki (Niemcy austriaccy) w wielu regionach cesarstwa był w zdecydowanej mniejszości i żadne próby kolonizowania Niemcami tych regionów nie dawały skutku. Nowa osada austriacka założona koło Dzikowca początkowo zamieszkana była przez wyłącznie niemieckojęzyczną ludność. Przez pokolenia korzystali oni jednak z tych samych instytucji, co Polacy, wżenili się też w rodziny polskie i ostatecznie po kilkudziesięciu latach ich świadomość narodowa była już polska, a nie austriacka, czy niemiecka.
     131 lat od powstania Dzikowca Nowego ojciec Janiny Drążek Jan Wildhirt skończył 18 lat. Był to już wiek poborowy, a trwała wojna światowa. Dlatego Jan Wildhirt natychmiast został zaciągnięty do Cesarsko-Królewskiej Armii cesarza Franciszka Józefa. W maju 1916 r.  przeszedł kurs podoficerski i w stopniu kaprala z 2. pułkiem artylerii polowej trafił na front włoski. Z armią austro-węgierską przemierzył w boju Europę od Galicji po Włochy.
     Jak później wspominał, polscy poborowi mieli trudności, by wdrożyć się do służby w armii austriackiej. Było to wojsko - podobnie, jak całe państwo - wielonarodowe. Polacy, Czesi, Serbowie, Słowacy, Słoweńcy, Chorwaci, Węgrzy, Rumuni, Ukraińcy i inni byli zmuszeni do służby pod jednym sztandarem. - Tata na szczęście posługiwał się językiem niemieckim, więc było mu łatwiej niż innym. W tej armii żołnierze nie mieli poczucia, że walczą za swoją sprawę. Była więc to służba bez żadnej podbudowy patriotycznej, dlatego tym trudniejsza do pełnienia. Pamiętam, jak ojciec opowiadał taką historię, że gdy dostał kilkudniową przepustkę, to choć było do domu tak daleko, że w zasadzie nie opłacało się wracać, on jednak wracał - koleją i pieszo, po to tylko, by swemu ojcu, mojemu dziadkowi Franciszkowi, pomóc w żniwach i zaraz z powrotem jechać do pułku - opowiada Janina Drążek.
     Jan Wildhirt w 1918 r. w okolicach Triestu dostał się do niewoli włoskiej, gdzie w obozie jenieckim w La Madria di Chivasso zastał go koniec wojny. Stamtąd dotarł do Francji i na apel generała Józefa Hallera wstąpił ochotniczo do Wojska Polskiego. Przeszedł krótkie przeszkolenie na terenie Francji, skąd wyjechał do Polski. Służył w 18. dywizji 18. pułku, bateria 3. artylerii polowej jako wywiadowca.

Ludwik Lis z synową Teresą i synem Walentym, który pochowany jest w Wolicach
                fot. z archiwum
                 Janiny Drążek

     W wojnie z bolszewikami
     Do Polski wrócił w błękitnym mundurze halerczyka i wraz z armią Józefa Hallera ruszył z ofensywą na froncie ukraińskim. Polacy walczyli wówczas z Ukraińcami (wojna 1918 - 1919 r.) o przynależność państwową wschodniej części Galicji, która przez setki lat była zamieszkiwana i przez Polaków, i przez Ukraińców.
     Później Jan Wildhirt walczył w wojnie z bolszewikami. Zachowała się książeczka wojskowa oraz poświadczenie z 18. Pułku Artylerii Polowej z 1921 r. (zwolnienie ze służby) Jana Wildhirta, które dokumentują jego udział w walkach na froncie wschodnim, a także w bitwie warszawskiej. Jan Wildhirt walczył pod Stanisławowem, Kamieńcem Podolskim, a pod Wapniarką wraz z innymi śmiałkami przyczynił się do wysadzenia pociągu pancernego. Później, pod naporem Armii Czerwonej, nastąpił odwrót przez Winnicę, Brody do Modlina.
     Nadeszło lato 1920 r. Wódz bolszewicki Michaił Tuchaczewski w rozkazie z 2 lipca pisał: Przez trupa białej Polski prowadzi droga ku ogólnoświatowej pożodze... Na tej drodze stała jednak armia polska. 18. dywizja, w której służył Jan Wildhirt, w bitwie warszawskiej była dowodzona przez Czecha, dawnego generała armii CK, Franciszka Kraliczka Krajowskiego. Zadaniem tej dywizji było przeszkodzenie we wciskaniu się nieprzyjaciela między Modlin a Grabicę. Dywizja gen. Krajowskiego miała osłonić linię kolejową Modlin - Mława i nie dopuścić do przedostania się bolszewików na Pomorze. 13 sierpnia 1920 r. Jan Wildhirt uczestniczył w zdobywaniu około 200 wozów z amunicją i chlebem w Sarbiewie, Rzewinie i Mystkowie. 14 sierpnia pod Sochocinem żołnierze 18. dywizji zdobyli 120 wozów z amunicją i wzięli 600 jeńców. W decydującym starciu 15 sierpnia gen. Krajowski dokonał wypadu z Modlina, wspomagając forsowanie Wkry i atakując Ciechanów. Zwiadowca Jan Wildhirt wypełnił swoje zadanie, które polegało na wytropieniu i zlikwidowaniu snajperów, by dotrzeć do Sońska i Gąsocina.
     Po bitwie warszawskiej Jan Wildhirt do 23 maja 1921 r. pozostawał w służbie czynnej. W randze plutonowego został wtedy wysłany na bezterminowy urlop, a 23 lutego 1923 r. przeniesiono go do rezerwy. Miał propozycję zawodowej służby wojskowej lub pracy w policji, ale wybrał pracę na roli. Janina Drążek myśli sobie dzisiaj, że gdyby jej ojciec wybrał wtedy mundur, to pewnie zginąłby w wojnie obronnej 1939 r. albo zostałby zamordowany, jako zapewne już wówczas oficer, przez NKWD w Katyniu. Na szczęście stało się inaczej, ale i tak Jan Wildhirt po ponad dwudziestu latach od wojny bolszewickiej wpadł w ręce komunistów. O tym jednak nieco później.
     Z Galicji na Pałuki

Lech Wildhirt, Jan Wildhirt i Andrzej Drążek niedługo po uroczystości nadania Janowi medalu za udział w wojnach w obronie granic II Rzeczpospolitej w latach 1918-21
             fot. z archiwum
             Janiny Drążek

     W 1922 r. Jan Wildhirt ożenił się z Rozalią Lisówną (ur. 1902 r., zm. 1993 r.), gospodarną, zaradną panną, córką Ludwika Lisa. Poznali się na weselu brata Rozalii - Walentego z siostrą Jana - Teresą. Kilka lat później cała rodzina zainteresowała się możliwością osiedlenia na Pałukach, a konkretnie we wspomnianych Wolicach, gdzie były do nabycia grunty. Sprzedali swoje ziemie na Rzeszowszczyźnie i przeprowadzili się do wsi pod Barcinem. Zamieszkali razem: Rozalia i Jan Wildhirtowie, Walenty i Teresa Lisowie oraz ojciec Ludwik Lis. Niestety, Walenty Lis miał problemy zdrowotne wynikające z ran odniesionych na wojnie. Rozwinęła się wkrótce u niego gruźlica kości i mimo starań lekarskich, łącznie z pobytem w sanatorium w Zakopanem, zmarł wkrótce w Wolicach. Wtedy wieś ta (podobnie jak Krotoszyn) należała do parafii w Szczepanowie. Dlatego Walenty Lis pochowany został na tamtejszym cmentarzu parafialnym i leży tam do dzisiaj wraz z rocznym synkiem Bronisławem. W książeczce wojskowej Jana Wildhirta zachowały się dwie pieczątki sołtysa Wolic o nazwisku Cudo o zameldowaniu w tejże miejscowości (1927 r. i 1928 r.).
     Wdowa po Walentym Lisie Teresa nie potrafiła przyzwyczaić się do życia bez męża na obcej sobie ziemi i dlatego - jako prawna właścicielka gospodarstwa w Wolicach - sprzedała je rodzinie Dejów. Dodajmy, że to właśnie Władysław Deja jakiś czas później był przewodniczącym komitetu budowy figury Najświętszego Serca Jezusa na rozstaju dróg w Wolicach, która przed II wojną światową była swego rodzaju manifestem polskości mieszkańców Wolic. Władysław Deja we wrześniu 1939 r. został rozstrzelany przez Niemców, którzy zapamiętali jego zaangażowanie w budowę figury.
     Tymczasem obydwie rodziny wróciły do Kolbuszowej w 1928 r. i zakupiły dwa oddzielne gospodarstwa. Rozalia i Jan Wildhirtowie nie planowali w Kolbuszowie zostać na stałe, niemniej to tu do Publicznej Szkoły Powszechnej uczęszczała trójka ich dzieci: Edward ur. w 1923 r., Tadeusz ur. w 1924 r. i Zofia ur. w 1926 r. W 1936 urodziła się im córka Janina.
     Fryderyk Weitz sprzedaje ziemię
     - Ojciec cały czas tęsknił za Pałukami. Miał w pamięci zastane tam większe niż na Rzeszowszczyźnie gospodarstwa i nieporównywalnie lepiej zmechanizowane. Wspominał  wielkie połaci ziem uprawnych i piękne nadnoteckie łąki. To go urzekło, podobnie jak i mamę - opowiada Janina Drążek. Dlatego, gdy tylko nadarzyła się okazja, Jan i Rozalia Wildhirtowie zakupili gospodarstwo od niemieckiego rolnika w Barcinie Wsi i w 1937 r. przeprowadzili się pod Barcin ponownie. Zaczęli gospodarzyć na 13 ha pól w Barcinie Wsi oraz 2 ha łąk w Pturku i Oporowie (gm. Łabiszyn). Akt notarialny zakupu gospodarstwa od Fryderyka Weitza podpisany został 12 maja 1937 r. w Łabiszynie na Rynku u notariusza Franciszka Pytla. Obecni byli: sprzedający - Fryderyk Weitz i kupujący - Rozalia i Jan Wildhirtowie oraz w charakterze świadków: Leon Dembek, mistrz obuwniczy z Łabiszyna i Kazimierz Kaczor, rolnik z Jeżewic pod Łabiszynem,  znany Janowi Wildirtowi z rodzinnych stron, który przeprowadził się w Poznańskie po I wojnie światowej. Fryderyk Weitz po sprzedaży ziemi wraz z inwentarzem żywym i martwym w Barcinie Wsi (Barcin-Dwór) przeprowadził się do Wolwarku niedaleko Królikowa w powiecie szubińskim. Fryderyk Weitz nie potrafił pisać. Pod aktem notarialnym widnieje znak w postaci odcisku palca prawej ręki, którego autentyczność potwierdzał własnoręcznym podpisem Kazimierz Kaczor. Wartość nieruchomości wyniosła 9.000 zł.
     Kazimierz Kaczor z Jeżewic to legionista Piłsudskiego. Był przyjacielem rodziny Wildhirtów. Jego brat Bolesław był ojcem chrzestnym Janiny, najmłodszej córki Wildhirtów, został zamordowany przez Niemców w obozie hitlerowskim w Oświęcimiu.

Koniec lat dwudziestych lub początek trzydziestych po powrocie rodziny Wildhirtów z Wolic na Rzeszowszczyznę, a przed przeprowadzką do Barcina Wsi. Rozalia z dziećmi: Zofią, Tadeuszem, Edwardem.
                fot. z archiwum
                Janiny Drążek

     Kadet Edward
     W czasie przeprowadzki na Pałuki, jak opowiada Janina Drążek, jej najstarszy brat Edward miał już 14 lat. Był wysoki i postawny. W jego przypadku przeprowadzka do Barcina Wsi nie mogła się wiązać z kontynuacją nauki w Barcinie, bo na miejscu była tylko szkoła podstawowa. Na podjęcie przez Edwarda decyzji o wyborze szkoły miało wpływ patriotyczne wychowanie i podziw dla polskiego munduru, które wyniósł z domu.
     Do Lasku Sokoła w Barcinie Wsi miał zaledwie kilkadziesiąt metrów od domu i tam poznał kierownika Szkoły Powszechnej w Kani, instruktora przysposobienia wojskowego i kultury fizycznej podchorążego rezerwy Rybińskiego, który zwykle w wigilię świąt państwowych kroczył na czele capstrzyków. Na strzelnicy w Lasku Sokoła poznał też innego instruktora przysposobienia wojskowego, plut. Józefa Szweda. Oni to namawiali Edwarda podczas ćwiczeń strzeleckich i musztry, by został wojskowym. Nie miał nic przeciwko temu również Jan  Wildhirt, który wprawdzie sam zrezygnował z pracy w wojsku kilkanaście lat wcześniej, ale nadal był rezerwistą i co roku w związku z tym brał udział w manewrach wojskowych. W rezultacie Edward został w 1937 r. posłany z Barcina Wsi do Podoficerskiej Szkoły dla Małoletnich nr 1 w Lubawie.
     Do wybuchu wojny w 1939 r. młodzieniec odwiedzał swą rodzinę tylko podczas przerw wakacyjnych. Pomimo późniejszej zawieruchy wojennej, w rodzinnym archiwum udało się zachować kilka zdjęć z tamtych lat.

     Kazamaty w barcińskiej gorzelni
     W 1939 r. Jan Wildhirt był rezerwistą, ale nie zdążył otrzymać powołania do armii. Natomiast Edward, choć miał tylko 16 lat, z wakacji letnich powędrował na ochotnika na front.
     - Mama płakała, ale błogosławiła syna przed wyjazdem, bo takie wtedy były czasy i taki patriotyzm w narodzie, że nie było rzeczą dziwną, iż nastolatek chce walczyć za ojczyznę - tłumaczy Janina Drążek. Jej najstarszy brat brał udział w Bitwie nad Bzurą, walczył pod Sochaczewem, Modlinem i w obronie Warszawy. Służył w 14. pułku piechoty Włocławek jako dowódca drużyny w stopniu kaprala.
     W pierwszych dniach wojny rodzina Wildhirtów wraz z rzeszą Polaków podjęła daremny trud ucieczki przed nacierającymi Niemcami. Mieszkańcy Barcina i okolic wędrowali na południe w stronę Mogilna (wojska hitlerowskie nacierały z północy i zachodu). Rodzina Wildhirtów miała do dyspozycji podczas tej ucieczki wóz konny, dzięki czemu udało się im zabrać część dobytku z domu. W Kwieciszewie pod Mogilnem stwierdzili, że ucieczka nie ma sensu, gdyż armia niemiecka i tak była od nich szybsza. Kolumny ludzi zaczęły wracać do rodzinnych stron.

     Wkrótce rodzina Janiny Drążek z nią samą, jako 3,5-letnią dziewczynką, dotarła do Barcina. Pojawił się problem, gdyż obydwie przeprawy przez Noteć: most pański (dzisiejsza obwodnica) i most żelazny (ul. św. Wojciecha) były wysadzone. Działał tylko most garbaty przy ul. Mostowej, który, tak jak dzisiaj, przeznaczony był tylko dla pieszych. Przeprawiający się przez Noteć uciekinierzy powracający do domu demontowali swoje wozy. - My, jak później opowiadali rodzice, też zdemontowaliśmy elementy wozu i cały dobytek przenieśliśmy przez kładkę dla pieszych, a tata konie przeprowadził przez Noteć - przekazuje rodzinną opowieść Janina Drążek. Dodajmy, że dopiero kilka dni później, gdy fala powrotów jeszcze trwała, udało się zorganizować przeprawę promową łodzią z wodomistrzówki.
     Wkrótce po powrocie do Barcina Wsi, do domu Jana Wildhirta przyszli Niemcy, miejscowi, którzy zapewne pamiętali, że jeszcze niedawno syn Jana Edward paradował po okolicy w mundurze ucznia szkoły wojskowej i teraz zaciągnął się do armii. To był powód, by uznać, że ta rodzina jest niebezpieczna dla III Rzeszy. Sąsiad, Niemiec Ziegler wskazał Jana Wildhirta jako niebezpiecznego wroga. Zadenuncjowali go także inni Niemcy, ale Wildhirtowie zapamiętali z nazwiska tylko Zieglera. Wraz z innymi Polakami, którzy zdaniem Niemców stanowili zagrożenie, Jan Wildhirt trafił do aresztu, zorganizowanego przez Niemców w Barcinie, w piwnicy gorzelni, przy ul. św. Wojciecha.
     Stłoczeni w piwnicach gorzelni barcinianie, bez żadnych przesłuchań, oskarżeni z uwagi na demonstrowany wcześniej patriotyzm, byli bici. Bici pasami, od strony sprzączki - by bardziej bolało. Niemcy wywlekali ich też na rynek i poddawali sadystycznym ćwiczeniom gimnastycznym. 20 września trzech z więźniów: 24-letni Jan Markiewicz z Pturka, 31-letni  Franciszek Nowakowski, leśniczy ze Słaboszewka (gm. Dąbrowa) i jego rówieśnik z Barcina Franciszek Rzepka zostali rozstrzelani podczas publicznej egzekucji pod murami szkoły.
     Jan Wildhirt miał szczęście, gdyż za wstawiennictwem sąsiada - Niemca o nazwisku Zelmer, który nie pałał nienawiścią do Polaków, został zwolniony z więzienia po kilkunastu dniach niewoli.
     W drugiej połowie września Jan Wildhirt wrócił do domu. Jednak rodzina nadal żyła w niepewności, gdyż przyjaźniej nastawieni do Polaków Niemcy tłumaczyli im, że teraz nastąpią wysiedlenia polskich gospodarzy.

Janina Drążek pod koniec wojny
                fot. z archiwum
                  Janiny Drążek

     Nastolatek w niewoli
     Tymczasem Edward Wildhirt -  uczestnik walk w obronie Warszawy - dostał się do niewoli. Było to na Pradze. Kiedy dowódcy zorientowali się, ile ma lat, chcąc go uchronić przed niewolą, doradzili mu, by uciekł zmieniając wcześniej mundur na ubranie cywilne. Udało mu się uzyskać ubranie, lecz po krótkim namyśle z powrotem włożył mundur, bo uznał, że nie może zostawić kolegów. W niewoli miał okazję poznać tak wspaniałego dowódcę, jak ppor. Łukasz Ciepliński, który od samego generała Kutrzeby na polu bitwy nad Bzurą otrzymał Krzyż Virtuti Militari. Podporucznik był adiutantem ppłk. Kazimierza Heilmana-Rawicza (szwagra dr. Stanisława Krzysia). Młodziutki żołnierz Edward Wildhirt nie spodziewał się wtedy, że wkrótce spotka ppor. Łukasza Cieplińskiego w pracy konspiracyjnej. Ppor. Łukasz Ciepliński został bowiem później Komendantem Inspektoratu Armii Krajowej Rzeszów. Przeszedł do historii jako ostatni komendant WiN, stracony w więzieniu mokotowskim 1 marca 1951 r. (obecnie 1 marca to Dzień Żołnierzy Wyklętych).
     Tymczasem w Warszawie z grupą jeńców Edward Wildhirt został przez Niemców załadowany do pociągu, który ruszył w kierunku Poznania. Kiedy pociąg zwalniał w okolicach Kalisza, dokładnie w Szczypiornie, nastolatek wraz z kilkoma innymi jeńcami uciekł, skacząc z wagonu. Było to 20 października 1939 r. Wędrował w kierunku Barcina, do rodziny. Nie mógł jednak zostać w domu, który był czujnie obserwowany przez Niemców. Przez następne tygodnie ukrywał się w pobliskiej Józefince u rodziny Tęczów, którzy przyjaźnili się z Janem Wildhirtem i jego rodziną przed wybuchem wojny.
     2 grudnia 1939 r. wysiedlenia, o których ciągle mówili miejscowi Niemcy, stały się faktem. Tej nocy ze swoich domów zostali wyrwani siłą m.in. Ciesielscy, Sendrowicze, Jagodzińscy, Jędrzejewscy, Grabowscy, czy Wildhirtowie z Barcina Wsi, Kowalscy, Bąkowie ze Złotowa, Pałżewiczowie i Zülsdorffowie z Barcina, kierownik szkoły w Mamliczu Jan Sosabowski z żoną, Jaskotowie z Dąbrówki i wielu innych.
     Wypędzenie i obozy
     Wysiedleńcy mogli zabrać tylko to, co mieli na sobie i to, co się mieściło w ręku. Rozalia Wildhirt zdołała przekonać jednego z Niemców, by pozwolił jej zabrać małą walizeczkę i pierzynę. Ta pierzyna być może później uratowała im życie, gdyż tam, gdzie trafili za kilkanaście dni, ludzie bardzo cierpieli z zimna.
     Co więcej, sprytna gospodyni, wcześniej ostrzegana przed nieuchronnością wywózki, zabrała też z sobą mały garnuszek ze smalcem. Tylko ona i jej mąż Jan wiedzieli, że w tej stopionej słoninie zastygły wcześniej wrzucone srebrne monety - wszystkie oszczędności gospodarzy z Barcina Wsi. Niemcy pozwolili zabrać kobiecie smalec, nie podejrzewając, że są tam jakieś pieniądze.
     Wypędzeni ze swoich domów zostali przewiezieni wozem drabiniastym do Szubina. Wraz z Wildhirtami transportowane były jeszcze dwie albo trzy rodziny. W Szubinie zostali umieszczeni w  Domu Polskim. Byli tam bardzo krótko, gdyż Dom Polski był tylko punktem przerzutowym dla wysiedleńców polskich. Janina Drążek, choć miała wtedy tylko 3 i pół roku, pamięta jak przez mgłę, że był tam tłok. Następnie rodzina została umieszczona w obozie przejściowym w Szubinie, czyli w murach zakładu poprawczego. Tam też byli m.in. Ciesielscy z Barcina Wsi oraz kierownik szkoły w Mamliczu Jan Sosabowski. W zakładzie poprawczym - przerobionym na punkt przejściowy dla wypędzonych Polaków - Wildhirtowie przebywali dwa tygodnie. Później zostali przewiezieni do Mogilna i do Szczeglina pod Mogilnem.
     Edward Wildhirt dowiedział się, gdzie zostali wywiezieni jego rodzice oraz brat i siostry od Zenona Erdmanna. Ten szubinianin, dzisiaj patron Muzeum Ziemi Szubińskiej, od października 1939 r. do stycznia 1945 r. kierował organizacją harcerską w konspiracji na terenie Szubina pod kryptonimami Kościuszkowcy i Filateliści, która w dalszych latach okupacji podlegała Szarym Szeregom w Poznaniu. - Do naszych zadań należało m.in. pomoc więzionym Polakom, a później jeńcom wojennym polskim, francuskim, angielskim i amerykańskim oraz przechowywanie cennych materiałów historycznych, w tym także dotyczących martyrologii miejscowej ludności polskiej - informował Janinę Drążek latem 2000 r. w korespondencji Zenon Erdmann.
     W 1939 r. jako robotnik przymusowy Zenon Erdmann wykonywał prace dekarskie w zakładzie poprawczym w Szubinie i wiedział mniej więcej, kiedy wywożeni są z Szubina polscy więźniowie. Kiedy Edward Wildhirdt trafił do Szubina, usłyszał od Zenona Erdmanna, że więźniowie z powiatu szubińskiego, więc również z okolic Barcina, wywożeni są przez hitlerowców do obozu przejściowego w Szczeglinie koło Mogilna.
     Na granicy głodowej śmierci
     Obóz w Szczeglinie został zorganizowany w majątku, którego właścicielem był Niemiec Werner von Borck. Polscy wysiedleńcy zostali rozlokowani w oborach, stajniach, kurnikach. I właśnie do  szopy, która wcześniej służyła za schronienie dla drobiu, trafili m.in. Wildhirtowie, a także Ciesielscy z Barcina Wsi. W obozie przejściowym w Szczeglinie od października 1939 r. do września 1940 r. Niemcy stłoczyli ponad 600 Polaków wypędzonych ze swoich domostw, które następnie zajmowali Niemcy, najczęściej przybysze tej narodowości z krajów nadbałtyckich, ale też z głębi III Rzeszy.
     Więźniowie w Szczeglinie nie mieli prawa do korespondencji. Dlatego dopiero z Piotrkowa Trybunalskiego, czy innych obozów przejściowych oraz miejscowości, do których wysiedleńców dalej rzuciły wojenne losy, pisane były listy, w których opisywali tragiczne warunki panujące w Szczeglinie. Warto dodać, że na przełomie lat 1939/40 zima była bardzo sroga.
     Zenon Erdmann zachował listy, które słał do niego kolega i harcerz Stanisław Zięcik, również zabrany do obozu przejściowego w Szczeglinie, później w Piotrkowie Trybunalskim.

Janina Drążek z bratem Tadeuszem Wildhirtem
                fot. z archiwum
                 Janiny Drążek

     W jednym z tych listów tak opisuje zapamiętany dzień z pobytu w Szczeglinie:
     (...) Rano o godzinie szóstej wzięto nas do pracy do Mogilna, do klasztoru, bez jedzenia, nie jedząc już kolacji. Tam pracowaliśmy do godziny czwartej po południu i nic nam jeść nie dali, więc gdy wróciliśmy do obozu głód dokuczał niemożliwie. Więc poszedłem z kolegą klerykiem szukać jedzenia. Chcieliśmy ukraść okraszone ziemniaki z otrębami, które były uszykowane dla armii, lecz nam nie pozwolili. Już noc zapadła, a tu nic nie ma. Położyłem się spać, lecz znowu zimno, bo okna w psiarni wszystkie wybite, drzwi potrzaskane, a tu przecież luty, aż uszy, nogi i ręce odmroziłem. Więc wstałem i poszedłem z kolegą na podwórze. Obeszliśmy całe podwórze i tylko głód nadal dokuczał niemożliwie. Aż tu pies szczeka (...) więc zawołaliśmy go i naturalnie złapałem i pod stodołą go zabiliśmy. Kiedyśmy go oporządzili, w śniegu umyli i w słomie trochę podpiekli, nie mogłem się doczekać i w półsurowe mięso zjadłem. Tak Zenusiu, teraz młodość nie radość (...)
     W innym liście (nadany w Mogilnie 25 stycznia 1940 r.)  czytamy:
     (...) U nas co trzeci dzień jeden nieboszczyk. Bardzo chorują ludzie z zimna, ale bardziej z nieczystego powietrza. W stajni ludzie mają bardzo brzydko, są porobione piętra, dzieci robią w słomę, potem to przykrywają. To paruje i dlatego takie powietrze zepsute. U nas wciąż mrozy trzymają (...) Bardzo nas atakują wszy (...) Oprać jest nam bardzo trudno, mydła nie ma, wody też braknie. Smalcu już miesiąc nie widziałem, tylko chleb i kawę gorzką (...)
     Z powodu dużej umieralności kobiety i dzieci po kilkunastu dniach wywieziono do klasztoru w Mogilnie. W Szczeglinie został z rodziny Wildhirtów tylko Jan. W Mogilnie po pewnym czasie Rozalia i dzieci mieli być załadowani do dalszego transportu. Jednak kobieta odmówiła, nie chcąc rozdzielać się z mężem, który pozostawał w Szczeglinie. Mimo że została zbita przez Niemca, udało się jej, jej dwóm córkom i młodszemu synowi uniknąć transportu. Dopiero pod koniec lutego rodzina przewieziona została do Piotrkowa Trybunalskiego.
     Rowerem z Barcina na Rzeszowszczyznę
     Zanim jednak do tego doszło, Edward, który pozostawał w okolicach Barcina, pewnej nocy zakradł się do pomieszczeń w gospodarstwie, z którego została wcześniej wyrzucona przez Niemców jego rodzina i zdołał zabrać rower, i trochę jedzenia. Rowerem pojechał po wieści do Szubina, a później do bliskich w obozie. Tutaj zdołał przemycić jedzenie, co bardzo pomogło głodującej rodzinie. Powziął także z rodzicami decyzję, że ponieważ w Barcinie i tak nie ma czego szukać, ruszy do znajomej mu Kolbuszowej, bo tam łatwiej będzie mu ukryć to, że był żołnierzem w kampanii wrześniowej i że zbiegł z transportu jenieckiego. Z Mogilna w dawne rodzinne strony było ponad 500 km. W sam raz na podróż w trzaskający mróz! Część drogi towarzyszył mu znajomy z Sadłogoszczy o nazwisku Zajdel, który rowerem też podróżował do swoich bliskich.
     Edward Wildhirt po dwóch tygodniach podróży zdołał dotrzeć do Kolbuszowej, gdzie zatrzymał się u swej babci ze strony ojca. Był bardzo wycieńczony, miał żółtaczkę i zapalenie oskrzeli.
     Tymczasem jego bliscy wreszcie zostali przetransportowani wraz z innymi do Piotrkowa Trybunalskiego. Stamtąd stopniowo wysiedleńcy byli kierowani w różne miejsca do pracy przymusowej. Wildhirtowie powiedzieli, że podejmą pracę w Kolbuszowej na Rzeszowszczyźnie. Ostatecznie Niemcy na to pozwolili. Zanim Wildhirtowie znaleźli skromny, ale normalny dom w Kolbuszowej Dolnej, przez pewien czas mieszkać musieli w nieskończonym przed wojną budynku przychodni lekarskiej. Nie było tam rzecz jasna żadnego wyposażenia. Musieliby spać na betonowej podłodze, gdyby nie srebrne monety, które Rozalii Wildhirt udało się zabrać z Barcina Wsi zatopione w smalcu. Za nie kupili m.in. szafę i stół, a Jan Wildhirt mógł u pobliskiego stolarza zbić jakieś prycze do spania i ławki do siedzenia. Dopiero po pewnym czasie rodzina zamieszkała w domu w Kolbuszowej Dolnej. Od pierwszej chwili Jan Wildhirt z trójką starszych dzieci musiał podjąć pracę. Najpierw przy melioracji rzeki Nil (tej, która przepływa przez Kolbuszową), potem przy budowie dróg w firmie Stuckiel. W tej pracy do końca okupacji niemieckiej wytrwał tylko ojciec rodziny. Każdego dnia nawet w pracy było niebezpiecznie. Niemcy często bez powodu wyłapywali ludzi, zwłaszcza młodych mężczyzn i wywozili do obozów pracy na roboty do Niemiec.
 Łapanki
     Dwukrotnie rodzeństwo Wildhirtów przeżyło dramatyczne chwile w związku z hitlerowskimi łapankami. Zofia, siostra Janiny Drążek, już w 1940 r. została pewnego dnia złapana na ulicach Kolbuszowej. Ojciec wówczas zdołał wyprosić przez znajomych zwolnienie córki z aresztu ze względu na młody wiek. Odtąd jednak była zmuszona zamieszkać na wsi, z dala od niemieckich patroli, by nie rzucać się im w oczy.
     Drugie zdarzenie dotyczyło Tadeusza Wildhirta, brata Janiny Drążek. Został on podczas pracy na drodze wytypowany przez patrol niemiecki do skontrolowania i aresztowania. Jego wiek był taki, że Niemcom wydał się potencjalnym partyzantem, dlatego wraz z innymi zabrali go z sobą do pobliskiego Rzeszowa. Tam wkrótce młodzieniec został załadowany do pociągu, w którym były też kobiety. Nie wiedzieli, gdzie jadą. W trakcie tego transportu kobiety zagadywały niemieckich strażników, flirtowały z nimi, odwracając ich uwagę. Było to w trzeciorzędnym wagonie osobowym. W pewnym momencie trójka Polaków wyskoczyła z wagonu przez okno. Jeden z nich zginął na miejscu, ponieważ uderzył w słup przy torach. Tadeusz jednak zdołał uciec do lasu, unikając strzałów z niemieckiej broni. Przez las dotarł do Kolbuszowej Dolnej, do rodziców. Nie mógł jednak pokazywać się Niemcom, dlatego zamieszkał u rodziny za Mielcem i tylko raz po raz przyjeżdżał do domu.
        Konspiracja
     Wróćmy do roku 1940. Ciężko chorego Edwarda leczył miejscowy lekarz, który poznawszy przeszłość pacjenta, prowadził z nim pierwsze rozmowy o ruchu oporu. Nie był to przecież pobór do wojska, ani pospolite ruszenie, lecz pełna konspiracja. Edward wspominał po latach, że personalnie znali się tylko trójkami. Oczywiście krąg znajomych z czasem poszerzał się przez wspólny udział w akcjach, ale w użyciu były głównie imiona i pseudonimy. W czerwcu 1942 r. spotkał się z dowódcą Zgrupowania Kefir Obwodu Kolbuszowskiego ps. Konar, Boryna (był to kpt. Józef Rządzki-Korduszewski) i od niego otrzymał przydział do działalności dywersyjnej. Edward Wildhirt miał ps. Orzeł. Tymczasowo prowadził szkolenia bojowe ochotników w Weryni, Dubasie i Dzikowcu. Spotkania konspiracyjne organizował też w domu rodziców. Janina Drążek jako mała dziewczynka była zafascynowana światem tych młodych, ale już dorosłych, czy dorastających ludzi. Byli bowiem tajemniczy, a jednocześnie radośni, towarzyscy. Wojna i konspiracja nie spowodowały nagle, że przestali być młodzieżą. Edward grywał na organkach, jakiś kolega na mandolinie. Do siostry przychodziły jej koleżanki. Oprócz wykonywania ważnych zadań ci młodzi ludzie cieszyli się młodością i życiem.
     Orzeł w akcji
     W 1943 r. w domu Wildhirtów powstała skrzynka kontaktowa (gazetki, broń) i wtedy to Jan (ps. Jaś) oficjalnie został przyjęty w szeregi AK, wraz z nim syn Tadeusz (ps. Wierzba) i córka Zofia (ps. Narcyz) - sanitariuszka i łączniczka. Cała więc sześcioosobowa rodzina była w ciągłym niebezpieczeństwie. Najbardziej jednak narażony był Orzeł, który brał udział w różnych ryzykownych akcjach. W 1943 w Kefirze zostały zorganizowane grupki dywersyjne, nazywane bojówkami. Jedna z nich Wedeta była jednostką specjalną, gdyż weszli do niej najodważniejsi młodzi akowcy: Tadeusz Rożek Sawa (dowódca), Edward Wildhirt Orzeł (zastępca dowódcy) oraz Józef Mazurkiewicz Twardy, Stanisław Wiącek Bruzda, Stanisław Gaboń Świt. Ta grupa dywersyjna, wchodząca w skład plutonu dywersyjnego Huragan (w którym od 1944 dowodził Romuald Heilman Piotr - szwagier dr. Krzysia), do końca wojny uczestniczyła w wielu ryzykownych akcjach. Zlikwidowała 15 marca 1944 r. bardzo groźnego, znienawidzonego kolaboranta Włodzimierza Halickiego, na którego już wcześniej zorganizowano trzy nieudane zamachy (chodził zawsze z obstawą i psem obronnym). Kolejną ważną akcją było opanowanie Baudienstu w Świerczowie w lipcu 1944. Zginął wtedy komendant Neisen, a wszyscy junacy zostali zwolnieni z obozu, część z nich wstąpiła potem do AK. Krótko po akcji Niemcy podjęli szeroko zakrojone poszukiwania żołnierzy, którzy wzięli udział w ataku. W trakcie obławy Edward Wildhirt uciekł do domu rodziców. Za oknem było słychać Niemców. Do domu prowadziły dwa wejścia. Od frontu były drzwi przez szklany ganek, ale nikt tego przejścia nie używał. Wchodziło się drugimi drzwiami od podwórza. Jan Wildhirt zdołał wypchnąć syna Edwarda przez drzwi frontowe w bujne o tej porze roku kwiaty, rosnące wokół werandy. Edward miał przy sobie pas z granatami i broń krótką. Leżał tak w kwiatach, gdy tymczasem ojciec za drzwiami od podwórza wstrzymywał Niemców, krzycząc, że zaraz otworzy, tylko musi się ubrać, gdyż spał. Przypomnijmy, że Jan Wildhirt doskonale posługiwał się językiem niemieckim. Wreszcie Niemcy weszli i zaczęli przeszukiwać dom i posesję. Pomimo że było ciemno, Edward zapewne zostałby odnaleziony, dlatego Jan postanowił odwrócić uwagę Niemców i zaczął uciekać przez pole do lasu. Biegł wężykiem. Przez chwilę biegli za nim i strzelali. Wreszcie stracili go z oczu, a bali się iść dalej do lasu. Tam mogli bowiem czekać partyzanci. Dlatego odjechali. Rano Rozalia Wildhirt zabrała koszyk i pod pretekstem, że idzie na grzyby, szukała w lesie męża, obawiając się, że dostał postrzał, może właśnie się wykrwawia na śmierć. Na szczęście znalazła go całego i zdrowego w tymże lesie. Ocalał też Edward.
     W lipcu 1944 r. działo się naprawdę wiele. Wiele zadań do wykonania miał też pluton dywersyjny. Przeszkodził Niemcom w spędzie bydła w Widełce koło Sokołowa i bydło to wróciło do chłopów. Partyzanci przejmowali zrzuty broni w Kłapówce i Porębach Kupieńskich. Część z tej broni przejściowo trafiała do Jana Wildhirta, przewożona furmankami od hr. Jerzego Marii Tyszkiewicza, bardzo zaangażowanego w działalność konspiracyjną (zmarł w radzieckich łagrach w Borowiczach w 1945 r.).
     W tym samym czasie na tym terenie Niemcy przeprowadzili wzmożone naloty. Nie zawsze jednak mogli przebić się samolotami na linie radzieckie, by dokonywać bombardowań i ostrzału wojsk przeciwnika, gdyż ten powstrzymywał ich dalekosiężną artylerią przeciwlotniczą. Janina Drążek pamięta bombardowania. Wtedy była już kilkuletnią dziewczynką. Pamięta też, że w jednej z akcji partyzanci z broni ręcznej zdołali na tyle uszkodzić niemiecki samolot, że ten musiał awaryjnie lądować. Później doszło do potyczki z idącymi na odsiecz pilotowi hitlerowskiemu Niemcami, których ostrzeliwali partyzanci z AK. Samolot spłonął.
     Wyzwolenie, które niosło zniewolenie
     Na Rzeszowszczyznę Armia Czerwona weszła praktycznie bez wystrzału. Polska partyzantka wycofujących się pod naporem Armii Czerwonej Niemców nękała coraz liczniejszymi atakami na ich tyłach. To wszystko spowodowało, że Niemcy nie byli w stanie prowadzić skutecznych działań powstrzymujących ofensywę radziecką i zamiast bronić się, uciekali na zachód, by do obrony przygotować się za linią Wisły.
     Jednak wejście Armii Czerwonej, a z nią NKWD oraz polskich popleczników komunistycznego reżimu, wiązało się z wielkimi zagrożeniami dla AK-owców. Mieli się oni ujawniać i zdawać broń. Przełożeni na rozmowy z oficerami radzieckimi w Weryni wysłali Edwarda Wildhirta. Znał on dość dobrze język rosyjski, ponieważ jeszcze przed wojną, jako kadet szkoły wojskowej, był kilka razy na manewrach i obozach szkoleniowych na przedwojennych kresach wschodnich Rzeczypospolitej i tam miał do czynienia z językiem wschodnich sąsiadów. Przed pójściem na rozmowy dostał awans na porucznika, ażeby jako przedstawiciel okręgu Kefir w rozmowach mieć poważniejszą rangę. Podczas tych rozmów okazało się, że stanowisko radzieckie jest jasne. Nakazali oddanie broni przez żołnierzy AK. Ponieważ większość partyzantów AK tego nie chciała uczynić, zaczęły się poszukiwania ludzi po lasach i w ich wojennych punktach kontaktowych. Nastąpiły długie dni ukrywania się tych, którzy nie chcieli się ujawnić. Dowódcy Boryna i Piotr opuścili Kolbuszową. Obawiali się bowiem, że zostaną uwięzieni lub rozstrzelani, albo wywiezieni do łagrów. Tylko nieliczni decydowali się ujawniać, a niektórzy z nich trafiali do Ludowego Wojska Polskiego.
     Rosjanie długo stali na tym terenie. Dowództwo radzieckie czekało, aż Niemcy zdławią akcję polskiego podziemia o kryptonimie Burza oraz powstanie warszawskie. Front wschodni stał w miejscu. Ginęli z rąk NKWD i UB najdzielniejsi żołnierze AK. Zginął por. Sawa.
     W tym czasie w domu Wildhirtów w Kolbuszowej zakwaterowany został major NKWD. Prawdopodobnie nie był to nawet Rosjanin, a Polak żydowskiego pochodzenia, który był związany z polskim ruchem komunistycznym i wcześniej trafił do Związku Radzieckiego. Raz, kiedy był pijany i wracał do domu, zdradził się śpiewając Jeszcze Polska nie zginęła.
     Ten oficer przebywał u Wildhirtów kilka miesięcy nim ruszył dalej front radziecki. Pewnego razu przyszli pod ich drzwi Rosjanie z regularnej armii, ale bardzo wyczerpani, prawdopodobnie maruderzy, którzy zostawali w tyle za frontem. Trzech mężczyzn i dwie kobiety. Położyli się na podłodze, by się przespać. Kiedy nocą wrócił major, zaczął się wściekać, krzyczeć i strzelać w powietrze. Nieomal zostali postawieni za to przed plutonem egzekucyjnym.
     W tamtych dniach Edward Wildhirt był już poszukiwany i ukrywał się przed Rosjanami oraz funkcjonariuszami polskiego UB. Ponieważ żył w lasach, pod gołym niebem i nie miał dostępu choćby do środków higieny, zachorował na chorobę skóry. Wtedy szukał pomocy w domu u mamy. Jednak tam przebywał enkawudzista. Pod jego nieobecność matka zdołała syna wprowadzić do domu, gdzie mógł się umyć i natrzeć maściami. Później wzięła pelerynę wojskową i czapkę, które na wieszaku zostawił major i tak odzianego wypuściła do lasu. Widziała to sąsiadka, która zaraz rozpuściła wieść, że Edward od Wildhirtów zabił enkawudzistę i uciekł w jego mundurze do lasu. Ta plotka była niebezpieczna dla całej rodziny, jednak na szczęście nie doszła do radzieckich, bądź ubeckich uszów.
     Aresztowanie i łagry
     Jesienią 1944 r., a konkretnie z 1 na 2 listopada, do domu Wildhirtów przyszło NKWD wraz z Polakiem, niejakim Dzyndrą. Był on pod koniec okupacji niemieckiej prawdopodobnie wtyczką PPR w okręgu Kefir Armii Krajowej, a teraz denuncjował przed towarzyszami radzieckimi żołnierzy AK. Chciał wskazać im jednego z nich, Edwarda, ale jego w domu nie było. Enkawudziści z Dzyndrą dokładnie przeszukali dom, nie znaleźli jednak niczego podejrzanego. Aresztowali Jana i Tadeusza, potem Zofię. Trzykrotnie w odstępie kilku dni wracali do domu Wildhirtów licząc na to, że Edward wróci pod rodzinny dach. Dom zaś był cały czas obserwowany. Edward nie wracał. Dzyndra był do tego stopnia bezwzględny, że gdy Zofia Wildhirt była w celi w kolbuszowskim areszcie, to przyszedł do jej matki i powiedział, że córka narzeka na zimno, więc może przekazać jej sweter i pończochy. Jak się okazało kilka lat później, ta garderoba, którą Dzyndra obiecywał przekazać aresztowanej łączniczce AK, nie trafiła do niej nigdy.
     Ubecy bili aresztowanych akowców w Kolbuszowej i w Rzeszowie. Trójka Wildhirtów została zesłana do radzieckich łagrów, choć nie przyznali się do niczego, nawet do tego, że byli w AK. Gdyby się przyznali, byliby torturowani, aby wymusić na nich wydanie współtowarzyszy w konspiracji. Najpierw trafili do Bakończyc koło Przemyśla, stamtąd wywieziono ich do Borowicz w ZSRR. Zofia więziona była w obozie nr 270 w Borowiczach w obłastii nowogrodzkiej od 19 listopada 1944 r. do 5 lipca 1946 r. Później przewieziona została jeszcze dalej na wschód, w okolice Swierdłowska na Uralu do miejscowości Wierchnaja Pyszma, gdzie mieścił się obóz nr 531. Tam przebywała od 14 lipca 1946 do 23 września 1946 r. Czymś musiała podpaść radzieckim strażnikom, gdyż na czas od 24 września do 13 października 1947 r. przeniesiona została do Artiomowska, też w obłastii swierdłowskiej do obozu 523. Również w tej miejscowości przebywał po pierwszym pobycie w Borowiczach jej ojciec Jan Wildhirt. Podobnie jak córka, w sowieckim obozie pracy na Uralu był do października 1947 r. Następnie oboje trafili do obozu przejściowego w Brześciu i na przełomie 1947/48 wrócili do domu. Trzy lata poniewierki i poniżenia za to, że walczyli za wolną Polskę.
     Tadeusz wrócił wcześniej do matki i najmłodszej siostry z łagru w Borowiczach w obłastii nowogrodzkiej. - Na początku wiosny 1946 r.  Miał  błyszczącą, nalaną twarz. Był to efekt opuchlizny głodowej. Rzucił się w objęcia mamy i tylko powiedział „teraz już będzie jadł nawet grochówkę”, której przecież kiedyś, w dawnych i lepszych czasach nie lubił - opowiada Janina Drążek. Na Uralu, jak później opowiadali jej też ojciec i siostra, było bardzo trudno. Głodowali i pracowali w ciężkich warunkach, szczególnie zimą, podczas kilkudziesięciostopniowych mrozów. W pracy np. w lesie próbowali się zbliżać do ognisk, które palili sobie radzieccy strażnicy i przy tym ogniu cały czas byli grubo odziani. Więźniowie, którzy w marnym odzieniu starali się tak sobie organizować pracę, by być przez chwilę przy ogniu, byli narażeni na gwałtowne różnice temperatur. Większość z nich błyskawicznie zapadała na choroby płuc i umierała.
     Przez długie miesiące Rozalia Wildhirt, podobnie jak inne rodziny 180 akowców wywiezionych z samej tylko Kolbuszowej, nie miała żadnej wiadomości, co się stało z najbliższymi. W tamtym czasie odwiedzała wróżki, chodziła nawet na seanse spirytystyczne, ale niczego nie dowiedziała się o mężu i dwójce dzieci, których zabrali z domu enkawudziści.
     Prześladowca Dzyndra
     Tymczasem ubek Dzyndra z Kolbuszowej uwziął się, żeby złapać Edwarda Wildhirta, którego uważał za ważne ogniwo w siatce dawnego podziemia akowskiego. Zastawiał różne pułapki, zastraszał Rozalię i czujnie obserwował dom. Jednakże Edward Wildhirt był bardzo ostrożny. Miał już fałszywe dokumenty na nazwisko Zbigniew Orlicki.

     Pomagało mu wiele osób z Kolbuszowej i okolicznych wsi, ostrzegając go i ukrywając. W styczniu, kiedy ruszyła ofensywa radziecka, tuż za frontem ruszył do Barcina. Tu zastał gospodarstwo bez zabudowań, ograbione z żywego i martwego inwentarza. Z tą złą wiadomością wrócił do Kolbuszowej do matki. Ta jednak podjęła decyzję, że sama musi zobaczyć, co dzieje się w Barcinie. Postanowiła jechać z Edwardem, który był nadal poszukiwany (Janina została u krewnych na Rzeszowszczyźnie), na rekonesans do Barcina. Do Sandomierza chcieli dojechać wozem i tam wsiąść w pociąg. Razem z nimi jechali Zofia i Kazimierz Kaczorowie, którzy przed wojną mieszkali w Jeżewicach, ale podczas okupacji los też ich rzucił do Kolbuszowej, z której pochodzili.
     Jadący w wozie około 7 km za Kolbuszową zostali wyprzedzeni przez wojskowego łazika. Rozalia Wildhirt zauważyła, że siedzi w nim obok kierowcy ubek Dzyndra. Niestety, ubek też rozpoznał na wozie usilnie przez siebie poszukiwanego Edwarda. Wojskowy samochód zatrzymał się 150 m dalej. Ponieważ Edward nie miał w tym momencie broni, poza tym jechali w kilka osób i z dziećmi państwa Kaczorów, Rozalia rzuciła do syna: - Uciekaj! Ten posłuchał. Dzyndra z kolei był ostrożny i działał wolno. Myślał, że Edward ma broń i będzie strzelał. Gdy jednak ubek zobaczył, że młody Wildhirt ucieka i nie ostrzeliwuje się, rozpoczął za nim pościg. Edward przeskoczył przez szeroki rów melioracyjny. Mniej sprawny Dzyndra nie poradził sobie do końca z tą przeszkodą, dzięki czemu Wildhirt uciekł do lasu.
     Tymczasem furman z Rozalią i Kaczorami jechał dalej. Dzyndra dogonił ich kilka kilometrów dalej, zaczął ich legitymować i wypytywać, kim był uciekinier. To oznaczało, że nadal go szukają, więc nie zginął podczas ucieczki. W miejscowości Majdan czekali na niego. Rozalia siedziała w furmance i odmawiała zdrowaśki za szczęśliwe ocalenie syna. On tymczasem niespodziewanie wjechał do osady siedząc w samochodzie ciężarowym wspólnie z żołnierzami radzieckimi, z którymi się zabrał. Ostatecznie Rozalia z pierworodnym synem i  Kaczorowie szczęśliwie dotarli do Barcina Wsi i Jeżewic.
     Dzyndra nie zdołał nigdy ująć Edwarda. Ten ujawnił się ostatecznie w 1949 r., ale nadal był obserwowany przez UB, więc trzymał się wersji, że walczył tylko w wojnie obronnej 1939 r. Później z tego tytułu należał do kombatantów, ale tylko z tego, gdyż służby w AK nie wzięto mu pod uwagę. Dzyndra popadł w niełaskę w 1956 r., kiedy to w aparacie komunistycznym następowało personalne wietrzenie. Stanął zresztą przed sądem we Wrocławiu, a Edward Wildhirt był na tej sprawie jednym ze świadków (Dzyndra zmarł wkrótce na chorobę nowotworową). Kariera wojskowa Edwarda została zniszczona przez komunistów, lecz na zawsze został wierny ideałom wszczepionym w szkole podoficerskiej i w Armii Krajowej.
     Powrót
     Po powrocie Tadeusza z obozu w Borowiczach obaj bracia wraz z dojeżdżającą z Kolbuszowej matką energicznie zabrali się za odbudowę gospodarstwa. Uprawiali ziemię, robili pustaki na budowę obory, odtworzyli część inwentarza. Powrót Jana i Zofii z radzieckich obozów pozwolił zamieszkać całej rodzinie w Barcinie Wsi. Były to trudne lata związane z odbudową gospodarki, ale także z uciążliwościami, jakie nakładała na rolników PRL w postaci wysokich podatków, obowiązkowych dostaw zboża, ziemniaków i żywca, składek na budowę szkół. Dokuczliwi byli także aktywiści, którzy nakłaniali do spółdzielni produkcyjnej (w Barcinie Wsi nigdy taka nie powstała). W latach siedemdziesiątych Wildhirtowie część ziemi przekazali synom, resztę zaś oddali na rzecz Skarbu Państwa za skromną rentę.
     W 1975 r. Jan Wildhirt złożył wniosek o wpisanie go jako weterana do ZBoWiD. Usłyszał, że walczył przeciwko Związkowi Radzieckiemu, więc nie jest żadnym bojownikiem o wolność i demokrację, tylko wrogiem Polski Ludowej. Dopiero w 1990 r. został członkiem Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej. Otrzymał awans do stopnia podporucznika. Ten urodzony równo 20 lat przed odzyskaniem niepodległości, czyli 11 listopada 1898 r. halerczyk, żołnierz AK i sybirak zmarł 2 marca 1991 r. i nie doczekał już tytułu Weterana Walk o Niepodległość Rzeczypospolitej Polskiej, który miał mieć przyznany. Przed śmiercią uhonorowano jego udział w wojnie bolszewickiej Medalem Obrońcy Ojczyzny 1918-1921. Rozalia zmarła w 1993 r., a syn Edward 3 lata później. Są pochowani w rodzinnym grobowcu na cmentarzu w Barcinie. Jan i Rozalia Wildhirtowie przeżyli z sobą 68 lat, wpisując się w trudną historię XX wieku.
     Tadeusz Wildhirt mieszka dzisiaj w Bydgoszczy, Zofia Gwoździńska (z domu Wildhirt) w Antoniewie koło Łabiszyna. Oboje wolą już nie wspominać czasów zesłania w łagrach i wcześniejszych, czyli wojny. Janina Drążek na zawsze związała się z Barcinem. Samej sobie powtarza od jakiegoś czasu obietnicę, że musi spisać historię swej rodziny i jeśli tylko czas pozwoli (jest bowiem zaangażowana w działalność społeczną i ekologiczną), uczyni to. Wnuki: Lech Wildhirt, syn Tadeusza, z żoną Ewą, córką Kasią i Angeliką z rodziną. Na miejscu starego gospodarstwa w Barcinie Wsi, mieszka Andrzej Drążek, syn Janiny z żoną Ewą i synem Adamem. Wnuki Jana: Lech Wildhirt, syn Tadeusza, z żoną Ewą, córką Kasią i Angeliką z rodziną mieszkają też w Barcinie Wsi, tuż obok starej sadyby.

Karol Gapiński
Pałuki nr 1014 (29/2011)

Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta bazy danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj.
Copyright 2006-2010 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry