Artykuły

Proboszcz ks. Ryszard Kwiatkowski obchodził jubileusz 50-lecia kapłaństwa
     fot. Jacek Mielcarzewicz

50-lecie kapłaństwa
     Dumny ze swoich parafian
     O swoim dzieciństwie, latach wojny, nauki w okresie narastającego komunizmu, powołaniu i kapłaństwie opowiada ksiądz Ryszard Kwiatkowski.
     DZIECIŃSTWO
     Oj, dzieciństwo to bardzo dalekie wspomnienie, dobre siedemdziesiąt parę lat temu. Przed wojną, czego nie pamiętam, a wiem z opowiadań mamy, to było bardzo dobrze. Ojciec miał pracę i wtedy starczało na dużo, nawet na czekoladę i na cukierki. Ojciec pracował w cukrowni w Mątwach, gdzie mieszkaliśmy.
     Natomiast wojna, to moi rówieśnicy wiedzą, jak to było. Szczęście, że nie odebrali nam kawałka ziemi. To było nasze bogactwo. Tam rodzice sadzili ziemniaki, z których bardzo często bywały placki ziemniaczane, pieczone bez tłuszczu, tak bezpośrednio na kręgach na piecu. Kolejnym bogactwem był cukier, który ojciec potajemnie przynosił w kieszeniach do domu. Niemcy darowali nam również kozy. Nie wiem, nie pamiętam, czy było wolno je zabijać. Wtedy był to rarytas, dzisiaj bym tego nie zjadł. Pamiętam takie dwie rzeczy z czasów okupacji. Mieszkaliśmy niedaleko trasy kolejowej Śląsk - Gdynia. Często jeździły tam kolejowe transporty, towarów i wojsk. Pewnego razu, gdy z kolegami paśliśmy kozy, jechał transport niemieckich wojsk. Żołnierze widząc nas, wyrzucili coś nam. Poszukaliśmy tego. Było to w papierkach, z obawą nieśliśmy to do mamy. Mama się uśmiała, gdyż były to cukierki. Drugim wydarzeniem, które pamiętam, to sytuacja, gdy też będąc przy torach kolejowych kiwaliśmy maszyniście, aby rzucił nam węgiel. Widział to policjant i zaczął nas gonić. My szybko uciekliśmy do domu, gdzie ojciec schował nas na strychu. Przybyły policjant pytał o nas ojca. Ojciec zaprzeczył, aby jacyś chłopcy tu byli i właśnie w tym momencie my wyjrzeliśmy ze strychu. Pamiętam jeszcze sytuację, gdy zabłądził pocisk V1 czy też V2 i wybuchł niedaleko cukrowni. Wtedy płakaliśmy, że zabili nam tatę. Okazało się, że pocisk wybuchł przed cukrownią. Pamiętam również pierwszy dzień wolności. Otwarto szkołę, gdzie mieściła się szwalnia, kościół i magazyn żywności. Ja zawędrowałem do szkoły, z której do domu przyniosłem niemiecki krzyż. Mama go szybko zniszczyła.
     SZKOŁA
     Do podstawówki, wtedy siedmioklasowej, uczęszczałem w Mątwach. Kierownikiem był Mieczysław Lewandowski, pamiętam też nauczycielkę matematyki panią Ruks, która zajmowała się również biblioteką. Ja lubiłem czytać, często wypożyczałem książki i to różne. Czytałem dużo. Nie lubiłem czytać lektur. Później, a był to rok 1951, rozpocząłem naukę w Kasprowiczu. Był to czas narastania komunizmu. Do szkoły, do ósmej klasy przyjmował nas dyrektor Mańkowski, a po wakacjach był już inny, nadany przez władzę. Czas w Kasprowiczu to dla mnie przede wszystkim sport. Zresztą ta szkoła słynęła z tego, że uprawiano różne dyscypliny sportowe. Ja grałem w piłkę ręczną, do koszykówki byłem trochę za niski. Lubiłem grać w piłkę nożną, z którą miałem pewne zdarzenia już jako ksiądz. Ale o tym za chwilę.

      Uprawiałem bieganie na różnych dystansach. W biegu na 800 metrów byłem trzeci podczas mistrzostw Inowrocławia. Biegło nas czterech. Klasa byłą, męska i prawie każdy z nas uprawiał jakąś dyscyplinę sportową. Siedziałem w jednej ławce z kolegą, który był skoczkiem spadochronowym, kilku kolegów było pilotami szybowców, grało w hokeja na lodzie czy też w koszykówkę. W tamtych czasach należałem, a jakże, do ZMP. Byłem szefem brygady czytelniczej. To mi bardzo odpowiadało, że mogłem obcować z książkami. Maturę zdałem cudem. Naprawdę. Wtedy będąc w Kasprowiczu bardzo wiele czasu poświęcałem na uprawianie sportu i czytanie książek. Maturę pisaliśmy z języka polskiego i matematyki. Następnie była matura ustna. Zdawaliśmy polski, historię, naukę o Polsce, matematykę, fizykę i biologię. No i zdałem.
     POWOŁANIE I SZEŚĆ LAT W SEMINARIUM
     O tym, że chcę zostać księdzem, wiedziałem już, gdy miałem 14 lat. W ósmej klasie. W moim domu modlitwa była czymś naturalnym. Widziałem, jak ojciec i matka klęczą i modlą się. Gdy przyszedł czas w Kasprowiczu na określenie się, gdzie będziemy uczyć się dalej, trzech moich kolegów wybrało seminarium. Ja u wychowawcy podałem, że chcę studiować na Politechnice Warszawskiej, na kierunku krystalizacja sody. W miarę zbliżania się matury zacząłem mówić, że chyba nie będę się dalej uczył, pójdę do pracy. Bardzo to dziwiło mojego wychowawcę. Moi koledzy pewnie coś podejrzewali czy też się domyślali moich prawdziwych zamiarów. Ja byłem nieśmiały i mało odważny. Mój kolega Zbyszek sprytnie mnie podszedł, mówiąc, że Dyzio, to był nasz prefekt, pytał czy idę na księdza. I ja wtedy Zbyszkowi się zwierzyłem ze swoich zamiarów. Wtedy Zbyszek pomógł mi w załatwieniu wszelkich formalności.

     Pojechaliśmy do Gniezna, złożyliśmy wymagane dokumenty, oprócz świadectwa maturalnego, które mieliśmy dostarczyć po jej zdaniu. Z wydaniem maturalnego świadectwa był problem. W sekretariacie szkoły nie chciano wydać świadectwa tym, którzy złożyli podania do seminarium. Jeden z kolegów bardzo mocno i po męsku zażądał świadectw i wydano nam je. W rodzinnym domu, o tym, że będę uczyć się na księdza mama dowiedziała się w momencie, gdy ją poprosiłem o pieniądze na podróż do Gniezna. Pamiętam, że powiedziała mi, abym wytrwał. Pamiętam też pewne zdarzenie, a było to w X lub XI klasie. Odbywała się spowiedź. Wśród spowiedników byli też księża zamiejscowi. Do jednego z nich ustawiła się długa kolejka, a na jej końcu stałem ja. Nadszedł czas zakończenia spowiedzi. Wtedy spowiednik przywołał mnie, wyspowiadał i zapytał, czy nie chcę zostać księdzem. Następnie zakończył spowiadanie i wyszedł z konfesjonału. Czy to był jakiś znak dla mnie? 
     W seminarium było grubo ponad dwustu kleryków. Na moim roczniku naukę zaczynało 37 uczniów, wśród nich czterech z mojej klasy. Seminarium skończyło 20 osób, którym święceń kapłańskich udzielił Prymas Tysiąclecia Stefan Wyszyński. Pamiętny dzień. Było to pięćdziesiąt lat temu.
     W seminarium panował rygor, nie to co dzisiaj. Było nas bardzo dużo i po każdym semestrze i roku następowała selekcja. Nie tylko ze względu na naukę, ale też zachowanie i postawę. Warunki były prymitywne, piętrowe łóżka, jedna miska do mycia, ubogie jedzenie.
     Pamiętam, że przed obiadem i chyba kolacją była czytana na głos książka. Fragmenty. Każdy z nas, po kolei codziennie czytał jej fragment. Gdy przyszła kolej na mnie, wziąłem do ręki aktualnie czytaną książkę, a była to książka Makuszyńskiego, chyba nosiła tytuł Wyprawa pod psem. Wszedłem na ambonkę, z której czytano i przeczytałem tytuł oraz to, co było pod tytułem, czyli książka dla starszych dzieci. Wszyscy ryknęli ze śmiechu. Ojciec duchowny zaraz sprawdził, czy to wymyśliłem, czy też było tam tak napisane. Było.
     Był to też czas, w którym był więziony Stefan Wyszyński, a SB czekało tylko, aby móc wywrzeć na nas naciski i zmącić nam w głowach.
     W seminarium uprawiałem turystykę rowerową. W jedne z wakacji wraz z kolegą pojechaliśmy rowerami do Zakopanego. Wyprawa trwała trzy tygodnie. Było wspaniale. W inne wakacje pojechaliśmy nad morze.
     Tak naprawdę to dzięki mojemu koledze Zbyszkowi udało mi się zostać księdzem, gdyż to dzięki niemu wszedłem w mury seminarium. Mszę prymicyjną miałem w kościele w Mątwach następnego dnia po uzyskaniu święceń. Było to wielkie przeżycie dla mnie, dla moich najbliższych i dla mojego księdza proboszcza Stanisława Giereszewskiego.
     KAPŁAŃSTWO
     Wikariuszem byłem przez osiemnaście lat i byłem nim w dziesięciu parafiach. I właśnie wtedy przez piłkę nożną zmieniono mi parafię i byłem nawet wzywany na dywanik do biskupa. Będąc wikariuszem w Bydgoszczy, często grałem z miejscową młodzieżą w piłkę nożną, co nie podobało się proboszczowi. Zapytałem go wtedy, czy to jest grzech. Długo nie trwało, trzy miesiące i miałem zmianę parafii. Również będąc wikariuszem w Mogilnie grywałem w piłkę nożną z miejscową młodzieżą. I tu też było to niezbyt dobrze przyjmowane. Wezwał mnie biskup. Pozwolił mi grać w piłkę i zalecił mi, abym grał w czarnych spodniach.
     Pierwsza parafia to Otłoczyn, niedaleko Torunia. Był rok 1978. Gdy wróciłem do domu, mama zapytała, jak duża jest ta parafia. Ja odpowiedziałem, że ma 480. Mama - rodzin? A ja - nie, ludzi. Oj, to ty synu nie wyżyjesz. W Otłoczynie proboszczem byłem do roku 1983, czyli cztery i pół roku. Gdyby nie stan wojenny i kolejowa tragedia pod Otłoczynem, to byłby to spokojny czas. Jednak był to czas trudny dla wszystkich Polaków. W sobotę 12 grudnia 1981 roku późnym wieczorem przyszła do mnie żona wiceprzewodniczącego Zarządu Regionu Solidarności toruńskiej Wiesława Jankowskiego prosić o pomoc, gdyż mąż nie wrócił do domu, został aresztowany. Chciała  zadzwonić. Niestety, mój telefon już nie działał. Zaproponowałem, aby pojechać do Torunia moją syrenką.
     Tę syrenkę miałem szybciej niż prawo jazdy i zdarzało się, że na kurs prawa jazdy do Laskowa właśnie nią jeździłem.
     Pojechaliśmy w kierunku Torunia. Po drodze mijaliśmy wojskowe opancerzone transportery. Coś zaczęło się niedobrego dziać. Pojechaliśmy do innej miejscowości, gdzie była budka telefoniczna. Tutaj też telefon nie działał. Wróciliśmy do domu. Po drodze wjechaliśmy do mieszkania przewodniczącego zakładowej Solidarności PKP Toruń Kluczyki. Szyby wybite. SB już tu była. Później okazało się, że ów przewodniczący ukrył się. A właśnie tej sobotniej nocy widział mnie niedaleko mieszkający ubek i zaczęto mnie podejrzewać, że go ukrywam.
     I właśnie od tych zdarzeń czy też wydarzeń zaczęły się wokół mnie dziać dziwne rzeczy. Do tego doszły moje kazania, na których mówiłem prawdę i starałem się zawsze stawać w obronie ludzi pokrzywdzonych. O tych kazaniach mówiono głośno, wiedział nawet o tym biskup. Nie, nie były to kazania polityczne.
     Pewnego razu, w środku nocy, do drzwi plebanii zapukał młody człowiek prosząc o nocleg. A plebania nie stała tuż przy drodze. I Pan Bóg mnie ostrzegł. Gdy zaproponowałem mu, by poszedł na dworzec kolejowy, był bardzo zawiedziony. Często odwiedzał mnie mój opiekun - płk Stanisław z Ciechocinka. Zresztą będąc w Gąsawie miałem też opiekuna. Był nim Maludziński z Janowca. Również w czasie mszy kościół odwiedzali nieznani parafianie. Były też takie sytuacje, że głośno zapraszałem ich do środka kościoła, by nie stali za drzwiami. 
     O katastrofie kolejowej, największej w Polsce, dowiedziałem się, gdy byłem w Ciechocinku. Od razu wsiadłem w samochód i pojechałem na miejsce wypadku. Tego obrazu nie zapomnę do końca życia. Było to 19 sierpnia 1980 roku. Wtedy nie była ogłaszana narodowa żałoba. Jedyna, jaką pamiętam, to po śmierci Stalina. A przecież w tym wypadku zginęło 67 osób. Niedługo po nim przyszli do mnie ludzie z SB z zapytaniem, czy też raczej propozycją, bym w miejscu wypadku odprawił mszę świętą. Oczywiście miałem to w planie, a oni mi to umożliwili. Jednak chcieli, aby msza była skromna, a krzyż, który spodziewali się, że stanie w miejscu wypadku, nie był zbyt duży. Podziękowałem wtedy im za to, że wyszli z taką wspaniałą inicjatywą. Msza się odbyła w miejscu wypadku 20 września w lesie. W obecności 50 do 100 tysięcy ludzi. Parafianie z Otłoczyna wybrali największe drzewo, z którego powstał krzyż, na którym widniał napis Aby życie mieli. Był naprawdę duży. Zająłem się organizacją mszy. Było nagłośnienie, były karetki pogotowia, była straż pożarna. I była homilia, którą wygłosiłem. I parę dni później wezwano mnie do komendy wojewódzkiej. Pojechałem. I usłyszałem między innymi zarzut, że niepotrzebnie w czasie kazania mówiłem o pobiciu więzionego brata Stanisława. Mówili też, abym się przyjrzał swoim parafianom, bo któryś z nich przechowuje kombajn i nie chce go użyczyć innym. Na komendzie powiedziałem, że wszystko to, co tu usłyszałem, powiem w niedzielę i napiszę do biskupa. I tak też zrobiłem. Swoim parafianom zaproponowałem utworzenie społecznej grupy poszukiwawczej owego parafianina.
     W Gąsawie zacząłem być proboszczem w roku 1983. Tutaj odbywały się tygodnie kultury, obozy solidarnościowe, a UB wszystko to obserwowało, często zza płotu ogrodu, gdzie to wszystko się działo. Bywali też na mszach świętych.
     Organizowałem wycieczki rowerowe po okolicy, wycieczki nad morze. W mojej posłudze pomogło mi wielu dobrych ludzi. Przez Gąsawę przewinęło się naprawdę wielu ludzi. I pewnie, jak to w życiu bywa, nie wszystkim i nie wszystkie moje wprowadzane zmiany się podobały czy też podobają.
     Jednego roku chciałem pojechać do Częstochowy z młodzieżą maturalną. Dzisiaj to w wielu szkołach jest tradycją. Wtedy SB tak nastraszyło gąsawskich maturzystów, że żaden z nich nie pojechał. Pojechali dorośli i uczniowie szkoły podstawowej. Były sytuacje, że ktoś mnie ostrzegał, abym nie jechał tą czy inną drogą, czy też nie wyjeżdżał z Gąsawy. To były takie właśnie czasy. Wtedy, tak mi się wydaje, ludzie bardziej wiedzieli, co jest białe, a co jest czarne. Dzisiaj to rozeznanie jest bardziej skomplikowane. Takie to czasy.
     Kościół to nie ja remontowałem i odnawiałem. To naprawdę wielu, wielu parafian i ludzi spoza parafii. Jestem dumny z gąsawskiej świątyni i moich parafian.
     Uroczystymi, dziękczynnymi mszami w Gnieźnie i Gąsawie ks. Ryszard Kwiatkowski uczcił rocznicę 50-lecia kapłaństwa.

Jacek Mielcarzewicz
Pałuki nr 1016 (31/2011)

Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta bazy danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj.
Copyright 2006-2010 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry