-
Przez rynek nie ma przejazdu
Do 21 czerwca żniński rynek jest wyłączony z ruchu samochodowego. Zmiany w organizacji ruchu obowiązują także w Szubinie, a z utrudnieniami kierowcy muszą liczyć się w Gąsawie. Szczegóły poniżej.
Najczęściej czytane
- Qumple na trzecim miejscu
- Winni dokonania gwałtów
- Ojciec dwuletniej Wiktorii na wolności
- Wyrok: zgwałcili nastoletnie koleżanki
- Śmiertelna dekompresja w szmaragdowym raju
- Układ rodzinny w Szkole Podstawowej nr 2
- Wielka muzyczna majówka
- Żnin pożegnał profesora
- Ojciec zabił nożem syna
- 650.000 zł straty na basenie w zeszłym roku
- Wola Kożuszkowa z pucharem
- Komendant Lukstaedt zamyka posterunki
Artykuły
- Czwartek, 22 Wrzesień 2011
![]() |
| Słynny wśród starszego pokolenia aptekarz mgr Maksymilian Chirek zostanie zaproponowany na patrona aktualnie przebudowywanego mostu przez Noteć w Barcinie fot. z archiwum Andrzeja Chirka |
Imię dla nowego mostu w Barcinie
Najsłynniejszy farmaceuta
Maksymilian Chirek był prawdopodobnie pierwszym barcińskim aptekarzem pochodzenia polskiego. Pochodził z okolic Starogardu Gdańskiego na Kociewiu, ale ponad 50 lat swego dorosłego życia spędził w Barcinie. Z racji pełnionego zawodu, który traktował jak misję, i ze względu na przymioty charakteru, dał się zapamiętać jako jedna z najbardziej szanowanych postaci w dziejach miasta.
W ubiegłym tygodniu pisaliśmy o propozycji Czesława Cieślaka nadania imienia mostowi staromiejskiemu. Patronem mostu ma zostać mgr Maksymilian Chirek, najsłynniejszy w historii Barcina farmaceuta.
Z MONOGRAFII
Luminarzem dziejów aptekarstwa w Barcinie jest dr hab. nauk farmaceutycznych Aleksander Drygas, który mieszka w Inowrocławiu. Jest on autorem m.in. monografii dotyczącej barcińskiej apteki. Jej renomę zbudował właśnie Maksymilian Chirek. Monografia autorstwa Aleksandra Drygasa dotycząca apteki w Barcinie ukazała się w Acta Medica Premisliensia t. XXV w 2002 r. w Przemyślu. Dodajmy, że Aleksander Drygas to naukowiec, który specjalizuje się w historii farmacji i wykładał też w Gdańsku, ponadto pracował w przeszłości jako farmaceuta w aptekach, a także przez kilka lat był aktorem teatralnym w Poznaniu. O historii farmacji w Polsce, a zwłaszcza w Wielkopolsce, a nawet choćby tylko o samej aptece w Barcinie Aleksander Drygas potrafi opowiadać godzinami.
SPOD ZNAKU WAGI
Maksymilian Chirek urodził się 12 października 1897 r. w Lubikach na Kociewiu. W wieku 2 lat stracił ojca. Ukończył Szkołę Powszechną oraz gimnazjum w Pelplinie. W 1917 r. został wcielony do armii pruskiej, z której jednak zdołał uciec pod koniec I wojny światowej. Maksymilian Chirek postanowił związać swoją przyszłość z aptekarstwem. W rodzinie nie było tradycji farmaceutycznych. - Jednak - jak opowiada Andrzej Chirek - tata tłumaczył mi swój wybór fachu tym, że urodził się w znaku wagi, a waga to jeden z podstawowych przyrządów w pracy farmaceuty. Stąd symbolicznie wybrał sobie ten zawód.
W czasach młodości Maksymiliana Chirka adept aptekarstwa miał obowiązek zaczynać swą karierę jako zwykły pomocnik w aptece: osoba do sprzątania, przenoszenia skrzyń i pudeł, mycia naczyń, palenia w piecu i gotowa na każde skinienie kierownika takiej apteki. Maksymilian Chirek terminował w aptece św. Anny w Toruniu przy ul. Mickiewicza. Jego pryncypałem od 1920 r. był w tej aptece Jan Łabudziński. W 1923 r. Maksymilian Chirek zdał egzamin na pomocnika aptekarskiego. Kolejnym krokiem w zdobyciu pełnych uprawnień farmaceutycznych musiały być studia farmaceutyczne na uniwersytecie.
Młody Chirek podjął je na Oddziale Farmaceutycznym Uniwersytetu Poznańskiego. Oddział ten wchodził w skład Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego. Już na początku studiów Maksymilian Chirek zaprzyjaźnił się z innymi studentami. Te przyjaźnie przetrwały po zakończeniu nauki i były ważne także dla późniejszych losów Maksymiliana Chirka. Przyjaciółmi tymi byli: Piotr Pawłowski, Henryka Pleskaczyńska, późniejsza żona Piotra oraz Franciszek Adamanis i jego późniejsza żona Janina Ferchmin. Po latach Franciszek Adamanis był profesorem w Poznaniu, a w czasie II wojny światowej więźniem obozu koncentracyjnego w Gusen. Natomiast osoba Piotra Pawłowskiego jest dla losów Maksymiliana Chirka o tyle istotna, że w latach trzydziestych ten pierwszy znalazł się w Łabiszynie, jako kierownik tamtejszej apteki i pilotował dla przyjaciela sytuację na rynku aptekarskim na Pałukach, żeby w sprzyjającym momencie sprowadzić Maksymiliana Chirka do którejś z tutejszych placówek farmaceutycznych.
Wróćmy jednak do czasów studenckich Maksymiliana Chirka. Po pierwszym roku akademickim w Poznaniu zmienił się wykładowca matematyki. Nowy stawiał przed studentami wyższe, niż się wcześniej spodziewali, wymagania. Tymczasem niektórym studentom w ich edukacji zależało bardziej na rozwijaniu wiedzy w przedmiotach organicznych, bo wiązali swą przyszłość stricte z aptekarstwem, gdzie bardziej, niż same rachunki, potrzebna jest np. wiedza w zakresie chemii. Dlatego część z nich postanowiła kontynuować studia gdzie indziej. Dotyczyło to również Maksymiliana Chirka i kilkorga jego przyjaciół. Ostatecznie trafili na Uniwersytet Stefana Batorego w Wilnie, gdzie funkcjonował podobny jak w Poznaniu Oddział Farmaceutyczny. Organizacja nauczania przewidywała tutaj wybór specjalizacji, były to np: chemik farmaceutyczny, botanik farmakognosta, chemik - rzeczoznawca na komorach celnych, bakteriolog czy chemik rzeczoznawca sądowy. Maksymilian Chirek wybrał specjalizację aptekarza dyplomowanego i w 1928 r. uzyskał tytuł magistra farmacji.
Zaraz potem praktykę zawodową odbył w Wąbrzeźnie i Kościanie i otrzymał zezwolenie na kierowanie aptekami, które wówczas wydawało Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, bo to pod nie podlegały sprawy aptekarskie. Pierwszym punktem aptecznym, którym kierował Maksymilian Chirek, była apteka Trzy Korony w Krościenku nad Dunajcem.
![]() |
| Jan Pasek, zielarz z Kani, który pomagał Maksymilianowi Chirkowi także w hodowli pijawek fot. z archiwum Marii Woźniak |
TYMCZASEM NA PAŁUKACH...
Tymczasem w 1932 r. przyjaciel Maksymiliana, wspomniany Piotr Pawłowski, nabył aptekę w Łabiszynie (podobnie jak barcińska znajdowała się ona na rynku starego miasta). Jak wspomnieliśmy, Piotr Pawłowski kontrolował sytuację w pobliskich aptekach, w tym w barcińskiej.
W tym miejscu zaznaczmy, że koncesję realną na uruchomienie apteki w Barcinie otrzymał 17 czerwca 1868 r. niemiecki farmaceuta Ferdynand Otton Hardt. W tamtych latach i wcześniej apteka w Barcinie pełniła również funkcję poczty. Do dzisiaj w podwórzu tej apteki znajdują się pomieszczenia gospodarcze, które kiedyś były stajniami dla koni. Dyliżans pocztowy miał tutaj punkt zmiany zaprzęgu. W budynku apteki było też pomieszczenie, w którym pocztowcy mogli spocząć i posilić się w przerwie w podróży służbowej.
W 1888 r. właścicielem barcińskiej apteki został niejaki O. Hundsdoerfer. Te informacje podaje Leonard Kostrzeński w Materiałach do historii aptek wielkopolskich t. 2, Warszawa 1936. W 1891 r. właścicielem apteki został Franz von Kulessa. Przyjęto mówić na niego Franciszek Kulesza, gdyż mieszkając między Polakami zwykł używać polskiej formy nazwiska. Franciszek Herod w Kalendarzach Farmaceutycznych potwierdza, że w latach dwudziestych, czyli już po zakończeniu Powstania Wielkopolskiego, kiedy to wielu mieszkańców Barcina narodowości niemieckiej wyprowadziło się do ojczystego kraju, Franciszek Kulesza pozostał w mieście nad Notecią. Placówka należąca do Franciszka Kuleszy była apteką realną, czyli z prawem sprzedaży. W październiku 1932 r. Franciszek Kulesza zmarł i został pochowany w Barcinie na cmentarzu ewangelickim na terenie sąsiadującym z cegielnią. Po II wojnie światowej w większości wzgórze cmentarne zostało jednak rozkopane w celu pozyskania piasku do produkcji cegieł, a nagrobki zostały zdewastowane.
Po śmierci Franciszka Kuleszy właścicielką apteki została wdowa po nim. Była ona nauczycielką, a zarządzającym apteką mógł być wyłącznie farmaceuta z uprawnieniami. I tak w 1933 r. Kuleszowa zatrudniła Bernarda Tesnera, a rok później Adama Józefiaka. Obydwaj nie sprawdzili się dłużej na stanowisku i w 1935 r. w aptece zatrudniony został Maksymilian Chirek. Ściągnął go tutaj Piotr Pawłowski. Jednak określenie czasu przybycia do apteki poszczególnych kierowników jest niejednoznaczne. Niektóre źródła, np. wpis w dokumencie sporządzonym przez okupantów hitlerowskich, wskazują, że Maksymilian Chirek znalazł się w Barcinie jeszcze w 1933 r. i być może było tak, że przez pierwsze miesiące nie miał jeszcze stałej umowy z wdową po niemieckim farmaceucie na kierowanie apteką.
![]() |
| Dorota Seredyka na początku lat siedemdziesiątych pracowała w aptece Maksymiliana Chirka jako magister farmacji, która do Barcina przeprowadziła się z Bydgoszczy fot. Karol Gapiński |
MGR CHIREK JUŻ W BARCINIE
Maksymilian Chirek wciąż był kawalerem. W budynku apteki miał swoją izbę i był jednym z domowników, choć nie członkiem rodziny. Być może Kuleszowa nawet widziałaby go w roli zięcia. Miała 5 córek, z czego 2 były nadzwyczaj muzykalne. Wolny czas płynął tutaj aptekarzowi bardzo miło ze względu na obecność w domu wykształconych panien, które np. często prezentowały swe umiejętności muzyczne, grając na pianinie postawionym w salonie. To pianino do Barcina zostało przez Kuleszówny sprowadzone z Paryża. Wprawdzie po latach nieużywania już rozstrojone, ale stoi ono nadal w mieszkaniu państwa Chirków.
Nowy aptekarz wdrażał się w specyfikę zawodu w małomiasteczkowej rzeczywistości. Tak naprawdę, ze względu na ubóstwo wielu mieszkańców oraz brak powszechnych ubezpieczeń zdrowotnych, był zmuszony pełnić nieformalną funkcję lekarza w mieście. Pomagał on tym, których nie było stać na wizyty lekarskie, diagnozując, co może tym ludziom dolegać i ordynując im proszki, maści czy zioła. Co więcej, także dostęp do weterynarza nie był prosty, więc Maksymilian Chirek pomagał też w chorobach czy dając coś na urazy zwierzętom. Tworzył nawet własne przepisy weterynaryjne.
Żadna z córek właścicielki apteki w Barcinie nie oczarowała Maksymiliana Chirka na tyle, żeby ten podjął decyzję o oświadczynach i małżeństwie. Młode Niemki nie wykluczały małżeństwa z Polakiem, co w przypadku jednej z panien stało się niedługo faktem. Wyszła ona za mąż za polskiego oficera.
PRZEZ KONSPIRACJĘ DO PSZCZELARSTWA
Zaraz po wybuchu II wojny światowej Maksymilian Chirek wraz z innymi barcinianami podjął ucieczkę z miasta na południe i wschód. Po kilku dniach ludzie ci jednak wracali, bo armia niemiecka była i tak szybsza niż uciekinierzy. Maksymilian Chirek po powrocie wznowił działalność apteki. Fakt, że placówka ta była już przed wojną w rekach niemieckich, czyli należała do wdowy po von Kulessy, dla aptekarza mógł stanowić gwarancję pewnego bezpieczeństwa. I tak się rzeczywiście stało. Otóż - co wiemy z relacji Czesława Cieślaka, któremu po wojnie Maksymilian Chirek opowiedział tę historię - aptekarz wszedł w konflikt z niemieckim lekarzem w czasie okupacji.
- W czasie okupacji hitlerowskiej zachorowała pewna Niemka. Jej mąż udał się po poradę do lekarza niemieckiego. Ten przepisał leki, które jednak Niemce nie pomogły. Mąż chorej żony zrozpaczony skorzystał z obiegowej opinii, że miejscowy aptekarz jak chce, to potrafi zrobić lekarstwo lepsze od tego, które przepisze niemiecki lekarz. Toteż zwrócił się do magistra Chirka. Ten lekarstwo sporządził, które - co najważniejsze - pomogło chorej. Takim obrotem sprawy poczuł się bardzo zadowolony mąż chorej kobiety. Co więcej - poszedł on do niemieckiego lekarza z wielkimi pretensjami, że zapisał złe lekarstwo dla jego żony i dopiero polski aptekarz sporządził właściwe. Oczywiście, lekarz niemiecki się wściekł, no bo... poczuł się „udeptany”. I psychicznie, i... na honorze. W konsekwencji powiadomił niemieckie władze policyjne o tym, co go spotkało. W efekcie „za karę” mgr Chirek miał powędrować do obozu koncentracyjnego. Jednakże dzięki błaganiom właścicielki apteki w Barcinie, Niemki von Kulessa, karę zamieniono na areszt domowy. Przecież ona bez Chirka apteki prowadzić nie mogła, bo sama farmaceutką nie była. Magister Chirek nie mógł opuszczać zabudowań apteki. Niejako stał się parobkiem zarabiającym na utrzymanie niemieckiej rodziny. Warto dodać, że pomocny okazał się też fakt, że mgr Chirek był Kaszubem (pochodził z Kociewia, na granicy Kaszub - przypis kg) „A kto to właściwie jest?” - zapytał niemiecki policjant. Odpowiedź brzmiała: „On jest Kaszebe”. Słowo to inaczej brzmi niż słowo „Polak”, po niemiecku „Polen” i prawdopodobnie ta różnica w brzmieniu uratowała Chirkowi życie - opowiada Czesław Cieślak.
W czasie, gdy Maksymilian Chirek odbywał areszt domowy, nadleśniczy Szuła ze Szczepanowa dostarczył mu dwa ule. Odtąd też pszczelarstwo stało się jedną z pasji aptekarza. Jednak tak naprawdę te ule to była tylko przykrywka dla częstszych kontaktów leśnika z aptekarzem, któremu nie wolno było opuszczać apteki. Otóż na strychu apteki Maksymilian Chirek zorganizował skrytkę na lekarstwa, które gromadził pokątnie, oszczędzając w normalnym handlu z Niemcami. Te leki trafiały później w paczkach do ukrywających się działaczy podziemia, a nawet do obozów koncentracyjnych. Robił to z myślą choćby o swoim przyjacielu z czasów studenckich, Franciszku Adamanisie, który trafił do obozu w Gusen. - Magister Chirek podawał też lekarstwa do... korytarza (żeby nie przy świadkach) Kornelowi Daroszewskiemu (krawiec), który był cichym komendantem Armii Krajowej - opowiada też Czesław Cieślak.
Jeśli chodzi o samo pszczelarstwo, to trzeba dodać, że na bazie miodu Maksymilian Chirek tworzył własne, oryginalne kompozycje lecznicze, które później przez dziesiątki lat cieszyły się wielką popularnością wśród mieszkańców Barcina. Pomagały bowiem na różnorakie dolegliwości.
![]() |
| Alicja Kozek, jeszcze jako 16-letnia panna Ala Sawicka została zatrudniona w aptece Maksymiliana Chirka pod koniec lat sześćdziesiątych fot. Karol Gapiński |
Jeszcze we wrześniu 1939 r. Maksymilian Chirek w pomieszczeniach gospodarczych po dawnej poczcie przez co najmniej kilkanaście dni ukrywał dr. Stefana Giebockiego. Był to przedwojenny lekarz barciński, który mieszkał w budynku przy ul. św. Wojciecha na prawym brzegu Noteci. Obydwaj panowie znali się doskonale z lat trzydziestych ze względu na powiązania zawodowe. No i byli przecież bliskimi sąsiadami po obydwu brzegach rzeki. Dr Giebocki ukrywał się, ponieważ był pochodzenia żydowskiego. Później lekarz wymknął się z Barcina i trafił do Łodzi, skąd pochodził. Tutaj został jednak przez Niemców aresztowany i zamordowany. Pamiątki po Stefanie Giebockim zostały na strychu posesji Maksymiliana Chirka. Jeszcze za jego życia syn Andrzej, jako dorastający chłopiec chętnie szperał w zakamarkach rodzinnej posesji i drążył ojca pytaniami, skąd typowo lekarskie przyrządy, jak np. zestaw soczewek do badania wzroku, w domu aptekarza? Dowiedział się, że ojciec we wrześniu 1939 r. ukrywał tutaj barcińskiego lekarza pochodzenia żydowskiego.
W czasie okupacji Maksymilian Chirek ile mógł pomagał też polskim mieszkańcom Barcina. Leki oficjalnie były tylko dla Niemców, ale magister sprzedawał je często za symboliczną kwotę także Polakom. Według Henryka Napieralskiego, autora m.in. książki pt. Wolni wolnością wydanej w Gdańsku w 1997 r., i rodowitego barcinianina, z Maksymilianem Chirkiem, jeśli chodzi o działalność konspiracyjną w Barcinie, współpracował też naczelnik poczty Franciszek Tafelski.
UPAŃSTWOWIENIE APTEK
Po wojnie, jako mienie poniemieckie (Kuleszowa z córkami musiały w 1945 r. uciekać) apteka w Barcinie przeszła na rzecz Skarbu Państwa. W 1947 r. Maksymilian Chirek odkupił 1/6 apteki, jako uznaną przez państwo polskie własność prywatną jednej z córek von Kulessów. Chodziło o tę córkę, która przed wojną wyszła za polskiego oficera, więc jej własność jako żony Polaka była respektowana i można też było ją sprzedać. Magister prowadził więc aptekę jako właściciel 1/6 i jako dzierżawca pozostałej części. Tak było jednak tylko do 1951 r., kiedy to upaństwowiono wszystkie apteki w kraju. Jej kierownikiem został wprawdzie Maksymilian Chirek, ale wskutek upaństwowienia spotkały go duże problemy finansowe. Nie mógł sfinansować wcześniejszych zobowiązań zaciągniętych u dostawców, gdy był jeszcze dzierżawcą apteki. W efekcie pianino, które w salonie mieszkania zostało po Kuleszównach, zarekwirowały władze komunistyczne. Instrument trafił do Szkoły Podstawowej przy placu 1 Maja w Barcinie. Dopiero po latach udało się Maksymilianowi Chirkowi pamiątkowe pianino odzyskać. Zresztą to nie jedyna pamiątka po dawnych, niemieckich właścicielach apteki. Pozostał w Barcinie nawet dyplom farmaceutyczny Frantza von Kulessy oraz różnego rodzaju pomoce naukowe wykorzystywane przez żonę aptekarza, gdy ta była nauczycielką w barcińskiej szkole.
NA SPOTKANIU FARMACEUTÓW
W latach czterdziestych studia na Wydziale Farmaceutycznym Akademii Medycznej w Poznaniu odbywała Maria Janina Pankowska. Urodzona w 1922 r. w Łabiszynie, wtedy związana była z Bydgoszczą. Na studiach pobierała pierwsze praktyki w jednej z aptek w Poznaniu. Doświadczenie farmaceutyczne zdobywała także u cioci Praksedy Starkówny, która miała aptekę w Żninie na placu Wolności.
W 1951 r. młoda farmaceutka uzyskała dyplom magistra, a Cefarm w Bydgoszczy, gdzie się stawiła, początkowo zamierzał ją skierować na placówkę w Tucholi. Ostatecznie jednak pani magister trafiła do apteki w Kcyni. Niemniej jednak przez kilka następnych lat kierowana była do innych aptek, w których pomagała, gdy miały one trudności. Było tak choćby z apteką w Rogowie, gdzie jeszcze w czasach panieńskich pomagała ją prowadzić, przyjeżdżając tutaj w delegacji z Kcyni. Ponadto po okresie barcińskim - gdy apteką na barcińskim rynku kierował Zenon Łuczak - pracowała też krótko w aptekach w Gąsawie, Pakości, Ciechocinku, Złotnikach Kujawskich.
Wróćmy jednak do lat pięćdziesiątych. Otóż w Bydgoszczy, w siedzibie Cefarmu odbywały się spotkania okolicznych aptekarzy. W trakcie jednego z takich spotkań Maria Janina Pankowska została zapoznana przez aptekarza z Szubina, mgr. Hieronima Anasiewicza z Maksymilianem Chirkiem z Barcina. Wkrótce zostali parą, choć on był od niej starszy o 25 lat.
- Był dobry, troskliwy, był dżentelmenem. Ujął mnie od początku - opowiada pani Maria Janina, która w 1956 r. wyszła za mąż i została panią Chirkową. Doczekali się syna Andrzeja, który później poszedł w ich ślady i też został farmaceutą.
ZIOŁA I PIJAWKI
Maksymilian Chirek przez całe swe życie dbał, ażeby w ofercie apteki nie zabrakło ziół i specyfików tworzonych na ich bazie. Stąd współpracował przez wiele dziesięcioleci ze znanym zielarzem z pobliskiej Kani, Janem Paskiem (zmarł w 2006 r.). Nie był on wprawdzie jedynym dostawcą ziół na potrzeby barcińskiej apteki, ale na pewno jednym z głównych. A ponadto dał się zapamiętać jako łowca pijawek. Otóż Maksymilian Chirek hodował pijawki, gdyż w tamtych czasach miały one zastosowanie w lecznictwie. Przykładane były do wszelkiego rodzaju obrzęków, ropiejących ran itp. Pijawki wysysając krew z zakażonych tkanek oczyszczały jednocześnie krew. Później taka pijawka wydalała zatrutą krew pod wpływem soli. W ogrodzie Maksymiliana Chirka znajdowały się dwa doły z wodą, w których przechowywane były pijawki. Jan Pasek chwytał je, używając swych kończyn jako przynęty, w różnych zbiornikach wodnych w okolicach Barcina, gdzie te pijawki występowały. Co ciekawe, hodowla tych stworzeń, którą prowadził Maksymilian Chirek, była w pewnym sensie hodowlą przemysłową. Barciński aptekarz nie tylko sprzedawał pijawki pacjentom miejscowym, ale też rozprowadzał je na potrzeby innych odbiorców w całej Polsce.
Andrzej Chirek pamięta opowieść taty związaną z dostawami pijawek drogą pocztową. Zdarzyło się tak, że w jednym z urzędów pocztowych w Łodzi z przesyłki z Barcinia pijawki się rozpełzły. Do Łodzi został wezwany Maksymilian Chirek. Pojechał tam z Janem Paskiem, który znał techniki chwytania pijawek. Dlatego dopiero obydwaj panowie - dostawcy z Barcina uspokoili sytuację na łódzkiej poczcie.
Później, choć pijawek już nie sprzedawano oficjalnie w aptece, Maksymilian Chirek nadal je hodował i dostarczał zainteresowanym tym niekonwencjonalnym sposobem leczenia. Jego renesans zresztą - jak zauważa Andrzej Chirek - obserwujemy i dzisiaj.
SPÓŁKA APTEKARZA I DOKTORA: PLACEBO DLA HIPOCHONDRYKÓW
W latach powojennych kontynuował swą nieformalną strategię działań w porozumieniu z miejscowym lekarzem. Przed 1939 r. był to Stefan Giebocki, a od 1946 dr Stanisław Krzyś. W małym miasteczku panowie mieli doskonale zdiagnozowanych pacjentów, którzy regularnie odwiedzali i lekarza, i aptekę. Zresztą to w aptece przygotowywane były lekarstwa wypisane na receptach przez lekarza. Aptekarz doskonale wiedział, czego potrzebuje dany pacjent, a niektórzy z nich byli po prostu hipochondrykami. Dlatego tym dr Stanisław Krzyś kazał dawać obojętne w działaniu proszki, by spełniały funkcję placebo. Co ciekawe, liczni z tych hipochondrycznych pacjentów później w mieście wszem i wobec wychwalali magistra Chirka i jego skuteczne medykamenty.
W zakamarkach pomieszczeń gospodarczych, na strychu i w piwnicach apteki przy placu 1 Maja, która dzisiaj należy do Andrzeja Chirka, jest jeszcze wiele starych skrzyń, pudeł na lekarstwa i preparaty, a także liczne przyrządy stosowane w aptekarstwie w czasach, gdy w Barcinie była tylko jedna apteka i jeden aptekarz Maksymilian Chirek. Jest beczka po spirytusie stosowanym do wyrobu lekarstw i jest kocioł do destylowania wody potrzebnej do mieszania medykamentów. Wodę tę magister Maksymilian Chirek i jego pracownicy przez dziesiątki lat nosili wiadrami z pompy na rynku, żeby ją później we wspomnianym aparacie destylować.
- W okresie PRL-u pracowałem u mgr. Chirka przez kilkanaście lat i byłem świadkiem następującego wydarzenia. Do apteki weszła pani Popielarzowa i na cały głos (a w aptece było sporo ludzi) powiedziała: „Panie doktorze (to do mgr. Chirka), babcia Popielarzowa prosi pana doktora o lekarstwo, bo ma na głowie raka”. „To musi iść do lekarza” - zareagował mgr Chirek. A kobieta „nawija” swoje: „Babcia była w szpitalu w Szubinie i z tego szpitala ją wypisali. Tylko głowa ją mocno boli i dlatego prosi o jakąś pomoc”. Mgr Chirek sporządził jakąś maść (nie używając w tym celu żadnej wagi), a jednym ze składników był żółty proszek o nazwie Bismuthum subgallicum, jeszcze coś tam magister dodał, skasował od pani Popielarzowej jakąś małą kwotę i kazał smarować bolące miejsce rano i wieczorem. Po niedługim czasie pani Popielarzowa przyszła ponownie do apteki i na cały głos - ku zdumieniu obecnych - powiedziała: „Panie doktorze, babcia Popielarzowa przysyła panu doktorowi kurę na rosół, bo głowa już się wygoiła. I bardzo panu dziękuje”. Magister Chirek zmieszał się, spojrzał na mnie (zawsze byłem blisko niego) i szepnął: „Odbierz pan”. Odebrałem kurę i wypuściłem na podwórze na zapleczu apteki. Tak to społeczność Barcina i okolicy zrobiła z magistra... doktora! No i zasadne pytanie: jaki był stosunek lekarzy urzędujących w Barcinie do magistra Chirka? Nie wiem, jak było przed wojną. Natomiast po wojnie (drugiej światowej) miejscowy lekarz dr Stanisław Krzyś żył z magistrem Chirkiem w bardzo dobrej komitywie. Doktor Krzyś przychodził do apteki codziennie (witając magistra żartobliwie „dzieńdoberek magisterek”), sprawdzał, jakie apteka ma leki, które on mógłby zapisywać swoim pacjentom, a także pytał o nowe. A kiedy wychodził z apteki, to dr Krzyś bardzo żartobliwie się żegnał - włoskim pożegnaniem: „Ciao Bambino”! Oczywiście, były i takie sytuacje, kiedy dr Krzyś zamykał się z mgr Chirkiem w biurze kierownika i - przy drzwiach zamkniętych - długo ze sobą rozmawiali. Ale to już była ich tajemnica - opisuje historie z dawnych lat Czesław Cieślak.
POMOC W RÓŻNYCH SPRAWACH PRZEZ CAŁĄ DOBĘ
Podkreśla on także, że apteka w czasach Maksymiliana Chirka zawsze dostępna była dla społeczności Barcina i okolicy właściwie przez całą dobę. - Poza urzędowymi godzinami otwarcia społeczeństwo mogło zaopatrywać się w lekarstwa i środki opatrunkowe o każdej porze dnia i nocy. Magister Chirek zawsze był na stanowisku i chętnie służył pomocą tym, którzy się do niego o taką pomoc zwracali. Była to nie tylko pomoc aptekarska, ale i często życiowa. Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że kiedyś nie można było kupić nawet takich prostych tabletek na ból głowy w kiosku z gazetami (bo ich tam po prostu nie było) ani też w sklepie spożywczym, nie mówiąc już o stacji benzynowej. Rolę tych wszystkich wymienionych placówek pełnił magister Maksymilian Chirek. To on - nawet leki złożone - wykonywał w nocy i święta, jeśli taka zachodziła potrzeba. Żeby tylko ulżyć cierpieniom człowieka chorego - tak Czesław Cieślak uzasadnia swój pomysł nadania mostowi patrona.
Maria Janina Chirek wspomina, że zaraz po ślubie, w latach pięćdziesiątych czasami w niedzielę, zwłaszcza latem, wybierała się z mężem na wycieczki rowerowe do Lasu Krotoszyńskiego lub kajakowe Notecią w kierunku jezior: Wolickiego i Kierzkowskiego. Wówczas zostawiali w oknie apteki informację, w którym kierunku się udali. Często zdarzało się, że ktoś nagle potrzebujący lekarstwa szukał wtedy samochodu czy furmanki w mieście, by doścignąć wycieczkowiczów i sprowadzić ich z powrotem do apteki, żeby przyrządzili potrzebne specyfiki.
LUDZKI SZEF W NIEBIESKIM KAJAKU
Jedną z osób, które pracowały w aptece pod kierownictwem Maksymiliana Chirka była Alicja Kozek, z domu Sawicka. Ta rodowita barcinianka jako 16-latka pod koniec lat sześćdziesiątych szukała pracy u barcińskiego aptekarza. - Przyszłam do niego na rozmowę. Zatrudnił mnie jako pomoc w aptece. Był to dusza człowiek. Bardzo miły, był wszystkim na rękę, nikomu krzywdy by nie zrobił - opowiada Alicja Kozek. Pracowała w aptece do 1979 r. Jak wspomina, Maksymiliana Chirka można było scharakteryzować określeniem: człowiek do rany przyłóż. W sensie nie tylko takim, że między innymi sprzedawał środki opatrunkowe czy maści i inne środki na gojenie ran albo leczenie obrzęków (np. wspomniane pijawki), ale też dlatego, że był wrażliwy na bolączki ludzi, z którymi miał do czynienia na co dzień.
Z kolei Dorota Seredyka pracowała jako magister farmacji w aptece Maksymiliana Chirka tylko przez 2 lata, między 1972 a 1974 r. Podkreśla ona, że oprócz Czesława Cieślaka warto pamiętać też jako o dawnej kadrze pracowników apteki przede wszystkim o Reginie Tomczak, która była w dawnych latach jednym z głównych współpracowników magistra Maksymiliana Chirka. Regina Tomczak była pomocnikiem aptekarza, kimś w rodzaju dzisiejszego technika farmacji. Dzisiaj Regina Toczak, przedwojenna maturzystka, już nie żyje, podobnie jak inne pracownice apteki: Irena Malinowska czy Bronisława Fąferek. Jednak starsi mieszkańcy doskonale pamiętają te panie. Nieodłącznie kojarzą się one ze starą barcińską apteką i Maksymilianem Chirkiem. Z dawnej kadry aptekarskiej w Barcinie należy też wspomnieć panie: Krystynę Marciniak, która jednak pracowała tam w późniejszych latach, oraz Edwinę Twaróżek. Dorota Seredyka potwierdza również, że pszczelarstwo było wielką pasją Maksymiliana Chirka. Oprócz specyfików o działaniu leczniczym potrafił też z miodu stworzyć wyśmienitą nalewkę.
Z kolei sąsiedzi Maksymiliana Chirka potwierdzają, że uwielbiał kontakt z przyrodą, a zwłaszcza lubił turystykę wodną. Jeszcze w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, kiedy aptekarz był już w wieku emerytalnym, a przecież wciąż pozostawał na stanowisku, lubił spędzać przerwę obiadową w pracy inaczej niż wszyscy. Otóż, jeśli tylko pogoda dopisywała, to nawet na godzinę czy półtorej wodował na Noteci swój niebieski kajak i pływał sobie pomiędzy mostami, tak spędzając przerwę - jak to określa się dzisiaj - na lunch.
Maksymilian Chirek zmarł w 1986 r. i pochowany został na cmentarzu w Barcinie.
Karol Gapiński
Pałuki nr 1022 (37/2011)










