-
Przez rynek nie ma przejazdu
Do 21 czerwca żniński rynek jest wyłączony z ruchu samochodowego. Zmiany w organizacji ruchu obowiązują także w Szubinie, a z utrudnieniami kierowcy muszą liczyć się w Gąsawie. Szczegóły poniżej.
Najczęściej czytane
- Qumple na trzecim miejscu
- Winni dokonania gwałtów
- Ojciec dwuletniej Wiktorii na wolności
- Wyrok: zgwałcili nastoletnie koleżanki
- Śmiertelna dekompresja w szmaragdowym raju
- Układ rodzinny w Szkole Podstawowej nr 2
- Wielka muzyczna majówka
- Żnin pożegnał profesora
- Ojciec zabił nożem syna
- 650.000 zł straty na basenie w zeszłym roku
- Komendant Lukstaedt zamyka posterunki
- Wola Kożuszkowa z pucharem
Artykuły
- Środa, 28 Wrzesień 2011
Na manewry przez Łabiszyn
Zginęła pod gąsienicą czołgu
Przez Łabiszyn przejeżdżała kolumna czołgów. W jednym z nich pękła gąsienica, wskutek czego uderzył w dom. Na miejscu zginęła 7-letnia dziewczynka. Tragedia ta wydarzyła się dokładnie 45 lat temu.
![]() |
| Barbara Gnyszek (z domu Budzińska) mimo upływu lat z wielkim przejęciem opowiada o tragicznym zdarzeniu, które dotknęło jej rodzinę fot. Bartosz Woźniak |
Było niedzielne popołudnie 2 października 1966 r. Dzień wolny od pracy. Za oknami panowała złota polska jesień. W kierunku Poznania, przez Łabiszyn, jechały czołgi.
- Nikt raczej nie wiedział o tym, że będą jechać, ale kiedy się zbliżały, całe miasto wyszło na ulice, żeby je zobaczyć - wspomina Stanisław Kowalski, wówczas 14-letni chłopiec. W mieszkaniach znajdujących się w pobliżu trasy przejazdu czołgów wszystko aż się trzęsło. - W pewnym momencie w jednym z czołgów pękła gąsienica i uderzył w dom. Był to polski czołg T-55. Wszyscy z domu uciekli, bo wszystko się ruszało - dodaje Stanisław Kowalski, który mieszkał z rodzicami w domu obok. Siła uderzenia czołgu spowodowała, że konstrukcja domu jego rodziców też została naruszona. - Wszystkie dachówki się przesunęły i o 15 centymetrów chałupę przesunęło - stwierdza.
Czołg T-55 był produkowany w latach 1958-1981 w Związku Radzieckim, a także na licencji w Czechosłowacji i Polsce. Czołg ten był wtedy jedną z najlepszych konstrukcji w swojej klasie. Z polskiej armii został wycofany w 2002 r.
Załogi czołgów przejeżdżających przez Łabiszyn składały się z polskich pancerniaków, ale prawdopodobnie w kolumnie jechali też żołnierze radzieccy, którzy w tamtym czasie stacjonowali w Polsce na stałe. Kolumna czołgów była bardzo liczna. - Z tego co pamiętam, przejeżdżały kilka godzin aż do nocy - stwierdza Stanisław Kowalski.
Dom, który do dziś znajduje się przy ulicy 11 Stycznia 20, należał wówczas do Kazimierza Deskiewicza, ale na zasadzie wynajmu mieszkała w nim rodzina Budzińskich, Marian i Franciszka (z domu Swendrowska) z czwórką dzieci: Teresą (14 lat), Barbarą (13 lat), Danutą (7 lat) i Markiem (6 lat).
![]() |
| W ostatniej drodze Danusi towarzyszyły setki osób, w tym jej szkolni koledzy i koleżanki z klasy fot. archiwum rodzinne Barbary Gnyszek |
- Kiedy czołgi przejeżdżały od strony ulicy Parkowej obok domu, mama z bratem Markiem stała w oknie, a tata z siostrą Danusią obok w drzwiach domu. Czołg nie wyrobił zakrętu i wjechał wprost w mieszkanie. Czołg wciągnął siostrę pod gąsienicę. Zginęła na oczach rodziców. Tata później długo chorował, gdyż miał bok zgnieciony przez blachę czołgu - wspomina tragiczne chwile siostra zmarłej Barbara Gnyszek (z domu Budzińska).
![]() |
| O manewrach z udziałem wojsk pancernych obserwowanych przez najwyższych dostojników państwowych i partyjnych informował „Ilustrowany Kurier Polski” z 5 października 1966 roku fot. Bartosz Woźniak |
W wyniku uderzenia czołgu w dom ucierpiał także syn Marek. - Kiedy mama zobaczyła, że czołg wjeżdża do domu, rzuciła Marka na tapczan. On odbił się od tego tapczanu i uderzył się. Uderzenie spowodowało u niego niepełnosprawność - dodaje Barbara Gnyszek.
Chwilę później wokół domu został utworzony kordon składający się z żołnierzy, który miał za zadanie nie dopuścić gapiów na bliską odległość do miejsca wypadku.
Śmierć córki była dla rodziców ogromnym wstrząsem. - Karetka nie nadążała przyjeżdżać. Rodzicom i nam dawali leki na uspokojenie. Tata wpadł w szał, chciał tych wojskowych pozabijać. Noże trzeba było pilnować, żeby nic nie zrobił - wspomina Barbara Gnyszek.
Pogrzeb miał miejsce kilka dni później w kościele św. Mikołaja, a ceremonię odprawił ks. Maksymilian Perski. W ostatniej drodze małej Danusi towarzyszyło kilkuset mieszkańców Łabiszyna. - To była tragedia nie tylko dla rodziny, ale także dla sąsiadów i całego miasta - stwierdza Ryszard Lewandowski, miłośnik historii z Łabiszyna. Dziewczynkę odprowadzały koleżanki i koledzy z pierwszej klasy wraz z wychowawczynią Janiną Szmidt. Danusia uczęszczała razem z nimi do szkoły zaledwie przez miesiąc. Na cmentarz trumnę nieśli młodzi chłopcy, sąsiedzi rodziny.
![]() |
| Stanisław Kowalski, mieszkający w domu obok, był świadkiem wypadku jako 14-letni chłopiec fot. Bartosz Woźniak |
- Ciało siostry zostało zrobione i odtworzone jako forma z gipsu, gdyż gąsienice ją całą przygniotły. Lekarze nie chcieli mamy puścić na pogrzeb, żeby nie przeżyła kolejnego stresu. Była bardzo schorowana. Dali jej leki uspokajające i karetka zdążyła przyjechać na cmentarz - wspomina Barbara Gnyszek. Danusia została pochowana w kwaterze dziecięcej na cmentarzu parafialnym przy kościele św. Mikołaja.
Wydarzenie to odbiło się szerokim echem w Łabiszynie i okolicy, choć ówczesna prasa nie wspomniała o nim ani słowem. Rozgłos nie przysłużyłby się dobremu imieniu armii, zwłaszcza hołubionym przez władze pancerniakom, stąd zapewne cenzura nie uznała za rzecz wskazaną, aby publikować jakikolwiek tekst na ten temat. Tym bardziej, że zbliżało się Święto Wojska Polskiego, obchodzone wówczas 12 października na cześć bitwy pod Lenino z udziałem 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, w skład której wchodził także 1 pułk czołgów.
Nikt z naszych rozmówców nie był w stanie powiedzieć, jaki był docelowy punkt tak licznej kolumny czołgów. W czasach PRL, zwłaszcza
![]() |
| W to miejsce domu przy ul. 11 Stycznia w Łabiszynie wjechał czołg fot. Bartosz Woźniak |
w samym środku zimnej wojny toczonej między ZSRR a USA, przejazdy wojsk nie były czymś nadzwyczajnym. Najprawdopodobniej czołgi zmierzały do Śląskiego Okręgu Wojskowego na jesienne manewry, które odbywały się wówczas na tamtejszych poligonach, o czym informowała prasa. Na początku października manewry wchodziły w końcową fazę, a 4 października wzięły w nich udział właśnie wojska pancerne. Być może część czołgów jechała na obchody 17. rocznicy powstania Niemieckiej Republiki Demokratycznej (państwo to utworzono 7 października 1949 r.), aby wziąć udział w defiladzie wojskowej upamiętniającej to wydarzenie.
Z powodu dużych zniszczeń domu rodzina Budzińskich musiała go opuścić, ale zostało jej przydzielone zastępcze mieszkanie przy ulicy Sienkiewicza. Odszkodowanie na potrzeby remontu uszkodzonego domu dostał jego właściciel Kazimierz Deskiewicz. Rodzice zmarłej dziewczynki nie otrzymali żadnego odszkodowania od państwa, choć sprawa toczyła się nawet w sądzie.
Pamięć o tym tragicznym wypadku jest w rodzinie żywa i przekazywana młodszemu pokoleniu. Rodzina często odwiedza grób Danusi. - Świecimy lampki, zmieniamy kwiaty. Nagrobek jest już stary, bo to 45 lat minęło, ale na odnowienie nie mamy pieniędzy - stwierdza Barbara Gnyszek.
Uszkodzony czołg przez około 3 dni pozostał w Łabiszynie. Zapewne po to, aby można było zbadać okoliczności wypadku. Stał przy śluzie niedaleko od domu, w który uderzył, po czym został zabrany przez wojsko.
Bartosz Woźniak
Pałuki nr 1024 (39/2011)
Uzupełnienie artykułu o Danusi
Przyczyną wypadku - nieusunięta usterka
Przed trzema tygodniami opisywaliśmy tragiczną historię Danusi Budzińskiej, która zginęła pod gąsienicą uszkodzonego czołgu. Dzięki informacjom jednego z naszych czytelników możemy dziś uszczegółowić przebieg tamtego feralnego dnia.
Wspomniany czytelnik (nazwisko znane redakcji) podwoził do pracy siostrę zmarłej Danusi Teresę Budzińską i dowiedział się od niej, że w Pałukach jest przygotowywany artykuł na temat wypadku z 1966 r. Podzielił się tą informacją z przyjacielem i pasjonatem historii Ryszardem 10 września, podczas koleżeńskiego spotkania. Jak się później okazało, zdążył w ostatniej chwili, gdyż 15 września przyjaciel zginął w tragicznym wypadku na wieży kościoła w Chomętowie. Pięć dni przed śmiercią zdążył jeszcze - podczas owego spotkania - przekazać mu relację swojego kolegi o wypadku czołgu sprzed 45 lat.
Oto, co usłyszał nasz czytelnik od Ryszarda K.
Kolumna czołgów, która wówczas przejeżdżała przez Łabiszyn, jechała z Braniewa do Żagania - ponad pół tysiąca kilometrów. Była to jedna dywizja zmechanizowana, a więc około 400 czołgów, stąd tak długi przejazd przez Łabiszyn do późnych godzin nocnych, o czym wspominał w naszym artykule świadek wydarzeń Stanisław Kowalski.
Jednym z czołgów należących do tego samego plutonu lub kompanii, co nieszczęsny czołg z wypadku, kierował zmobilizowany w tamtym czasie do wojska pracownik firmy Tryb z Bydgoszczy (to właśnie on przekazał informację o wypadku czołgu Ryszardowi K., a ten naszemu czytelnikowi). Jak twierdził, typ czołgu T-55 miał usterkę w układzie kierowniczym bądź dotyczącą transmisji napędu na gąsienice. Usterkę tę można było łatwo usunąć poprzez skręcenie jednego z mechanizmów, co można było uczynić z wykorzystaniem kluczy 19 i 22. Drogą radiową słyszał, jak kierujący jednym z czołgów meldował dowódcy dywizji tego rodzaju usterkę z prośbą o zgodę na zatrzymanie. Dowódca sprzeciwił się temu i nakazał dalszą jazdę, co w efekcie skończyło się tragedią rodziny Budzińskich, o czym pisaliśmy.
Okazuje się, że to nie był ostatni wypadek tej kolumny czołgów, która po wyjeździe z Łabiszyna skierowała się na Jabłowo Pałuckie. Dalej czołgi miały jechać na Jabłówko, ale jeden z nich w wyniku wypadku wyrył dół na trasie przejazdu i pozostałe musiały zawracać, gdyż ze względu na wąską drogę nie były w stanie ominąć go. Zawracające czołgi zniszczyły bruk na drodze w Jabłowie i w dalszą drogę pojechały na Chomętowo.
Nasz czytelnik po usłyszeniu tej relacji od przyjaciela przypomniał sobie, że kiedy przebywał w Jabłowie w 1970 r. mieszkańcy żalili się jeszcze, że nikt im tej drogi nie naprawił.
Bartosz Woźniak
Pałuki nr 1027 (42/2011)











