Artykuły

Czy poradzimy sobie bez Niego, na tej ziemi, tej polskiej ziemi
    Spotkania żninian z papieżem
    - "Zaufaj Bogu i Matce Najświętszej i nie przejmuj się, bo masz taki piękny warkocz" - tak pocieszał Helenę Malak z Januszkowa Papież Jan Paweł II.

 

    2 kwietnia 2005 roku o 21:37 zmarł Ojciec Święty Jan Paweł II. Był największym Polakiem w ponad 1000-letniej historii naszego państwa. Daną ziemię ocenia się po tym, jakie daje owoce. Ważne też, co będzie z owocem, co zrobić, by kolejne owoce zostały wydane.
    Marek Nowak ze Żnina miał szczęście być na jednej z ostatnich audiencji Ojca Świętego Jana Pawła II 15 grudnia 2004 r. Po świętach Bożego Narodzenia audiencje były przerywane niespodziewaną chorobą papieża. Marek Nowak wyjechał do Watykanu z 3 osobami z prowadzonego przez niego zespołu wokalnego. Zaśpiewali kolędy przede wszystkim dla Ojca Świętego oraz polonii włoskiej.

zdj2.jpg
 Zdjęcie z Ojcem Świętym wykonane 25 lat temu towarzyszy przez cały czas dr Tomaszowi Zwolenkiewiczowi.
       fot. Arkadiusz Majszak

    - "To było przeżycie, którego nie uda się w ogóle opisać. Już po wejściu do auli Pawła VI czuliśmy wielkie poruszenie, gdy orkiestra Podhalańczyków zagrała "Lulajże Jezuniu". Większość z nas miała wtedy mokre oczy. Kiedy pojawił się Ojciec Święty zapanowała wielka euforia na sali i w naszych sercach. Nie każdego spotyka szczęście spotkać się z tak Wielkim Człowiekiem. Wszystkie słowa, które papież kierował w tej audiencji głęboko zapadły w nas i w naszym życiu" - wspomina Marek Nowak.
    Po audiencji generalnej nauczyciel oraz członkowie zespołu mieli okazję podejść do Ojca Świętego i zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. Marek Nowak nie ukrywa, że czuli się przy Janie Pawle II bardzo mali, a zarazem bardzo szczęśliwi, że mogą być razem z Nim.
    - "Czuliśmy tą wielkość Papieża. Czuliśmy jakieś ciepło emanujące od Niego. Podobne odczucia mieli pozostali uczestnicy tej audiencji" - dodał Marek Nowak.
    Audiencja w ubiegłym roku przed świętami Bożego Narodzenia, to nie jedyne spotkanie Marka Nowaka z Papieżem. W 1983 r. na Jasnej Górze uczestniczył w pielgrzymce Ojca Świętego do Polski. Wówczas był daleko od papieża i zupełnie inaczej to przeżył.

zdj3.jpg
 Wanda Grabowska ze Żnina posiada wiele pamiątek wydanych z okazji pielgrzymek Jana Pawła II do Polski
               fot. Arkadiusz Majszak

    - "Mówił wtedy do wszystkich. Również do młodzieży, do której się wówczas zaliczałem. Im więcej przybywało mi lat, tym bardziej wszystkie jego słowa do mnie docierały. Tamto spotkanie było bardziej przeze mnie odbierane jako wydarzenie polityczne, bo w nocy były marsze młodzieży z okrzykami: "Grzegorz Przemyk" i "Solidarność". Byłem również w tym tłumie, który uczestniczył w marszach" - wspomina nauczyciel.
    Marek Nowak uważa, że Papież będzie czuwał nad naszym narodem w dalszym ciągu z góry. Jest przekonany, że będzie się nadal opiekował ludźmi na świecie, może jeszcze bardziej niż dotychczas.
   
Na Lednicy już nie przemówi
    Marta Bratz to uczennica gimnazjum nr 2 w Żninie. Jest jedną z trzech osób z zespołu, które z nauczycielem Markiem Nowakiem wzięły udział w grudniowej audiencji. Było to jej pierwsze i - jak się w minioną sobotę okazało - ostatnie spotkanie z Janem Pawłem II.
    - "Był to niesamowity moment w moim życiu. Jestem szczęśliwa, że mogłam być w Watykanie i spotkać się z Papieżem. Zarazem jest mi przykro, że kilka miesięcy później właśnie tak się stało. Wierzyłam w to, że jeszcze się spotkam z Ojcem Świętym" - ubolewa Marta. Nastolatka przyznaje, że podczas spotkania z Papieżem najbardziej w pamięci utkwiło jej to, jak Ojciec Święty zaczął mówić do uczestników audiencji w języku ojczystym.
    - "Wielkie wzruszenie nas ogarnęło, kiedy dla niego śpiewaliśmy" - mówi Marta.
    Dziewczyna pomimo młodego wieku nie ukrywa, że Ojciec Święty był dla niej wielkim autorytetem. Z drugiej strony był też dla Marty wielką tajemnicą, gdyż już nie będzie miała okazji Go bliżej poznać. Papież to osoba, która wniosła do jej życia bardzo wiele. Zawsze będzie pamiętać Go, jako osobę emanującą dobrem, ciepłem. Człowieka, który trafił do jej serca. Nikt jej Go nie zastąpi.
    Marta i jej koleżanki wybierały się w bieżącym roku na Lednicę, na coroczne spotkania młodzieży. Liczyła, że będzie tam Ojciec Święty, choćby, jak przed rokiem, za pośrednictwem przekazu satelitarnego.
   - "Teraz pojadę z pustką w sercu wiedząc, że Ojca Świętego już nie ma" - przyznaje Marta.
    Marcie w grudniowej podróży do Rzymu towarzyszyła członkini zespołu Edyta Witkowska z Gimnazjum nr 1 w Żninie. Jak sama przyznaje, niewiele pamięta z samej audiencji, gdyż cały czas płakała. Najgęściej łzy płynęły po jej policzkach, gdy usłyszała górali, którzy śpiewali dla Papieża.  
    - "Czuło się ciepło płynące od Ojca Świętego. Trudno to opisać" - mówi dziewczyna.
Dla Edyty Jan Paweł II był osobą, która w niej i całej młodzieży zapaliła iskierkę. Zapewnia, że będzie się starała podtrzymywać Jego naukę.
    - "Czuję wielki smutek po odejściu Papieża. Jestem jednak przekonana, że zrobił dla nas bardzo wiele dobrego i godnie pożegnał się ze światem. Będzie żył we wspomnieniach i naszych sercach" - uważa Edyta.

zdj4.jpg
 Jan Paweł II był autorytetem dla młodzieży na całym świecie. Tak też postrzegają Go (od lewej) Marta Bratz i Edyta Witkowska, które w grudniu ub.r. śpiewały w Watykanie kolędy. Pamięć o Papieżu nie zgaśnie w ich sercach jak płomień w składanych zniczach.                                         fot. Arkadiusz Majszak


   
Zaufaj Bogu, masz piękny warkocz
    W maju 1992 r. w osobistej audiencji u Ojca Świętego w Watykanie uczestniczyła mieszkanka Januszkowa Helena Malak z mężem Tomaszem. Pojechali w szczególnej intencji. Pani Helena dowiedziała się, że będzie miała operację serca. Postanowiła pojechać więc po błogosławieństwo do Papieża. Przyznaje, że bardzo obawiała się wyjazdu do stolicy Italii, gdyż była w ciężkim stanie.
    - "Wrażenia przewspaniałe. Wspaniały człowiek. Potrafiący każdego zagadnąć. Swoją pogodą ducha potrafi każdego pocieszyć. Samo bycie tam, sama atmosfera jest tak wymowna, że zapiera dech w piersiach" - wspomina Helena Malak.
    Gdy ujrzała Papieża podczas audiencji, pierwszy raz bezpośrednio, w oczach stanęły łzy. Kiedy wręczała ornat, będący prezentem od grupy, która uczestniczyła w audiencji, również płakała. Ojciec Święty widząc łzy w oczach Heleny Malak zapytał: - "Dziecko, czego płaczesz?" Odpowiedziała, że idzie na operację serca i z tego powodu się boi. Ojciec Święty powiedział: - "Zaufaj Bogu i Matce Najświętszej i nie przejmuj się, bo masz taki piękny warkocz". Wypowiadając te słowa Papież pogłaskał Helenę Malak po głowie.
    Operacja oczywiście się powiodła. Później Helena Malak przeszła dwie operacje. Teraz czeka na kolejną. Spotkanie z Ojcem Świętym wywarło ogromny wpływ na kobietę. Już nie ma obaw co do powodzenia operacji.
     - "Jeśli przetrwałam tę pierwszą, to przetrwam i następne" - mówi Helena Malak.
    Helena Malak nie ukrywa smutku po śmierci Papieża i oddaje należną mu cześć i szacunek. Uważa, że Polacy nadal powinni wsłuchiwać się w jego głos i żyć według zasad, o których zawsze nam przypominał.
     - "Życzmy jak najlepiej Polsce, tak jak Papież życzył" - mówi pani Halina.
   
Uścisk dłoni
    W 1986 r. Kuria Metropolitarna w Gnieźnie organizowała pielgrzymkę do Włoch. Wybrała się na nią Zofia Kozłowska z Januszkowa. Na pielgrzymkę jechali ludzie z całej Polski. 16-dniowy wyjazd obejmował zwiedzenie Asyżu, Monte Cassino oraz innych kultowych miejsc w Italii. Najważniejszym celem wyjazdu była audiencja u Ojca Świętego Jana Pawła II. - "Ogromne wrażenie zrobiła na mnie Bazylika Św. Piotra. Największe wrażenia przeżyłam jednak podczas bezpośredniej audiencji u Ojca Świętego. Były to ostatnie lata, gdy Papież przyjmował. Później już mu tego zabroniono, gdyż go to wyczerpywało. Było nas wówczas około 240 osób. Papież wszystkich przyjął, każdemu uścisnął rękę, z każdym zamienił parę słów, każdemu dał błogosławieństwo. Najbardziej wzruszyłam się, gdy przyjmowałam z rąk Ojca Świętego komunię" - wspomina Zofia Kozłowska.
    Ojciec Święty do Zofii Kozłowskiej zwrócił się słowami: - "Błogosławię tobie i twojej rodzinie. Bądź zdrowa".
    - "Uprzedzano nas, żeby się nie rozgadywać, bo było nas około 240 osób. I tak niektórzy, szczególnie starsi go zagadywali. Przyjmował nas w Sali Klementyńskiej. Tam gdzie teraz leżał" - mówi pani Zofia.
    Mieszkanka Januszkowa przyznaje, że po spotkaniu z Ojcem Świętym i uściśnięciu jej dłoni zastanawiała się, czy to działo się naprawdę. Czy czasem nie był to sen? Pozostali uczestnicy mieli identyczne odczucia.
    Zofia Kozłowska była trzy razy na Placu Św. Piotra. Dwie kolejne audiencje, w których uczestniczyła były już ogólne, kiedy Papież nie przyjmował wszystkich osobiście.
    Wiadomość o śmierci Ojca Świętego dotarła do pani Zofii, gdy była w odwiedzinach u brata. W pewnym momencie na ekranie telewizora ujrzeli napis "Polska w żałobie". Domownicy nagle zamilkli. Czekali co się będzie działo. Gdy informację, której nikt nie chciał usłyszeć, potwierdzono, wszystkim popłynęły łzy. Zofia Kozłowska przyznaje, że chyba nie płakała tak bardzo, gdy umierali jej rodzice. - "Do dziś czuję ogromne wzruszenie, że miałam to szczęście być tak blisko Papieża. Ojciec Święty zostawił tyle dobra po sobie. I to dobro powinno mieć wpływ na nas wszystkich. Ludzie powinni pozytywnie myśleć i kroczyć Jego drogą. Powinniśmy być dumni, że mieliśmy takiego rodaka. Trudno będzie oczekiwać następnego Polaka, który pozostawiłby po sobie tak wielkie dzieło. W dużym stopniu udało mu się zrealizować zadanie zjednoczenia świata, bo przedstawiciele wszystkich religii oddają Mu teraz hołd" - podkreśla Zofia Kozłowska.
   
Najważniejsze spotkanie
    Kilka razy w życiu okazję do spotkań z Papieżem miał dr Tomasz Zwolenkiewicz ze Żnina. Najbardziej jednak utkwiło mu w pamięci pierwsze spotkanie we wrześniu 1980 r. w Castel Gandolfo. Jako student przez kilka miesięcy pracował w Wiedniu, a za zarobione pieniądze zwiedzał z kolegą Europę. Podstawowym punktem była autostopowa wyprawa do Włoch z obowiązkowym uczestnictwem w papieskiej audiencji.
    - "Niespodziewanie już w Rzymie pojawiła się możliwość przyłączenia się do wycieczki z Polski, która udawała się na poranną mszę odprawianą przez Papieża w ogrodach Castel Gandolfo.  
    - We mszy brało udział około 100 Polaków z kraju i z USA. Atmosfera była niesamowita tak z uwagi na osobę Papieża, jak i na przepiękne otoczenie ogrodów. Po mszy udało nam się przejść w bezpośrednie otoczenie Papieża. Stałem z kolegą i z czwórką innych Polaków całkowicie onieśmielony i porażony jakimś trudnym do określenia blaskiem bijącym od Papieża. Papież zapytał, czy też czekamy na zdjęcie z Nim. Nieśmiało stwierdziłem, że byłaby to świetna pamiątka z tej mszy. Tak zostało zrobione zdjęcie, które od 25 lat mi towarzyszy, a kilka zdań zamienionych z Papieżem w czasie, gdy papieski fotograf robił zdjęcie wryło mi się w pamięć na zawsze. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że te parę minut w bezpośredniej bliskości Papieża to najważniejsze spotkanie w moim życiu" - przyznaje Tomasz Zwolenkiewicz.
    Dwa lata temu w maju doktor i jego rodzina wzięli udział w audiencji generalnej na Placu Św. Piotra. Tomasz Zwolenkiewicz z daleka ledwie widział Papieża, ale i wtedy czuł niesamowitą moc płynącą od tego chorego już i bardzo słabego człowieka.
    - "Czym była ta moc, ten blask trudno określić, ale nigdy w kontakcie z innym człowiekiem takiego uczucia nie doświadczyłem" - mówi doktor. 

     Nauka miłości
    Od samego początku, czyli od 16 października 1978 r., kiedy to Henryk Pawlaczyk ze Żnina po raz pierwszy zobaczył Jana Pawła II w telewizji, wzbudzał jego wzruszenie. Skupiał uwagę i budził zaufanie. Płynęła z niego nieskończona dobroć. Henryk Pawlaczyk przyznaje, że miał to szczęście uczestniczyć w pielgrzymce i spotkaniu z Papieżem w 1987 r. Wspólnie z jego - od kilku miesięcy poślubioną - żoną i gronem znajomych pojechał do Gdańska. Jechali wczesnym rankiem. Pogoda była wspaniała. W drodze do miejsca spotkania mijali tysiące ludzi.
    - "Dotarliśmy do wyznaczonego sektora. Były śpiewy, rozmowy. Przyjechał Papież. Takiego entuzjazmu jeszcze nie słyszałem i nie widziałem. A później Papież mówił do nas. Chciało się Go słuchać. Chciało się z Nim być. Byłem w dużej odległości od Papieża, a kiedy mówił, wydawało mi się, że mówi do mnie, że stoi obok mnie i nie dlatego, że działały mikrofony i głośniki. Chciałem, żeby to spotkanie trwało. Ono się skończyło, jak wszystkie następne z udziałem Jana Pawła II. Ale czy na pewno? Papież umierając nie odszedł od nas. Pozostał w nas. Pozostał swoimi słowami i uczynkami" - wspomina Henryk Pawlaczyk. Nie ukrywa, że chciałby umieć przekazać Papieża Jana Pawła II swoim dzieciom, nauczyć ich Jego miłości do ludzi. To najprostszy sposób przekazywania Boga i Jego nauki.
   - "Będziemy uczyć się razem" - zapewnia Henryk Pawlaczyk.
   
Zaczniemy dostrzegać Papieża
    Wanda Grabowska ze Żnina była dwa razy na spotkaniu z Ojcem Świętym. Pierwszy raz była na pielgrzymce w Krakowie, gdy na ołtarze została wyniesiona Aniela Salawa. Jej drugie spotkanie miało miejsce w Bydgoszczy. Najbardziej przeżyła spotkanie w Krakowie. Wanda Grabowska stała wówczas bardzo blisko ołtarza. Po zmierzchu Papież jeździł w papamobilu.
    - "Jedno i drugie przeżycie było ogromne. Wśród tych, którzy przede mną byli na spotkaniu z Papieżem, każdy dzielił się wrażeniami, że Papież patrzy właśnie na niego. Wtedy, gdy miałam okazję być w Krakowie tak blisko Niego wydawało mi się, że On właśnie patrzy na mnie. Było to bardzo ogromne przeżycie. Pozostawi w mojej pamięci niezatarte wspomnienia. Początkowo, gdy Karol Wojtyła został Papieżem, to był ogromny szok. Później zaczęłam bardziej dojrzale myśleć. Zebrałam kilka pamiątek. W jednej z książek jest zdjęcie córki" - wspomina Wanda Grabowska.
    O śmierci Ojca Świętego dowiedziała się podczas pobytu w kościele Najświętszej Marii Panny w Żninie. Nabożeństwo, które rozpoczęło się o 2100 zakończyło się wysłuchaniem piosenki "Golec uOrkiestra", którą bracia wykonywali podczas ostatniej pielgrzymki, gdy Papież wyjeżdżał z kraju. Swoje czuwanie zaczynała młodzież. Dziewczyna zaczęła śpiewać "Barkę". Nagle wyszedł proboszcz Stanisław Talaczyński i powiedział, że przed chwilą podano wiadomość, że Papież nie żyje. Wtedy w kościele nastał jeden wielki szloch. Płakali wszyscy: dorośli i młodzież.
    - "Te 27 lat Jego pontyfikatu, to wspaniały okres. Takich wrażeń nikt już nam nie dostarczy. Teraz dopiero zaczniemy dostrzegać Papieża. Zawsze jest tak, że człowieka doceniamy dopiero po jego śmierci" - uważa Wanda Grabowska.
   
Człowiek z flagą
    Ojciec Święty Jan Paweł II pielgrzymował do ojczyzny dziewięć razy. Henrykowi Tokarzowi ze Żnina dane było uczestniczyć w sześciu pielgrzymkach: w 1983 r. w Poznaniu, w 1987 r. w Gdańsku, w 1991 r. we Włocławku, w 1997 r. w Gnieźnie, w 1999 r. w Bydgoszczy oraz 2002 r. w Krakowie. Henryk Tokarz przyznaje, że zabrakło z jego strony determinacji i silnej woli, aby przełamać opór propagandy komunistycznej odradzającej wyjazd do Gniezna. Pielgrzymkę przeżył przed ekranem telewizora. - "Wołanie Syna polskiej ziemi, a zarazem Jana Pawła II Papieża wraz z nami wszystkimi: "Niech zstąpi Duch Twój! Niech zstąpi Duch Twój! I odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi" na Placu Zwycięstwa w Warszawie zostało przez Pana wysłuchane. W następnym roku rozpoczęły się strajki robotników na Wybrzeżu, robotnicy upomnieli się o swoje prawa i tak powstał NSZZ "Solidarność". Przetrwał do 13 grudnia 1981 r., kiedy został wprowadzony stan wojenny i rozpoczęły się represje i internowania wielu tysięcy działaczy związkowych" - wspomina Henryk Tokarz.
    Jego zdaniem druga pielgrzymka Ojca Świętego w 1983 r. tchnęła w naród polski nową nadzieję, że warto, że nie wszystko zniewolone. Z tą nadzieją Henryk Tokarz wyruszył na spotkanie z Papieżem 20 czerwca 1983 r. do Poznania. Zabrał ze sobą flagę "Solidarności" głęboko schowaną, żeby nie utracić jej przed wejściem na plac celebry. Ze Żnina do Poznania wyjechało spod małego kościoła pięć autokarów. Był to dla Polaków trudny okres - stan wojenny od półtora roku, wielu bez pracy, w więzieniach. Była jeszcze nadzieja, że Ojciec Święty ich wysłucha i wstawi się za nimi u Boga.
     - "Pamiętam taki moment, gdy nasza grupa weszła na plac, gdzie miała za parę godzin odbyć się msza św., udało mi się zdobyć około 2-metrowe drzewce do mojej flagi i gdy przybyliśmy na miejsce, zobaczyłem kilka transparentów "Solidarności". Wtedy też założyłem na drzewce moją flagę z napisem "Solidarność" i uniosłem. Z przerażeniem zobaczyłem, że zostałem z flagą sam. Moi pielgrzymi odeszli szybko na odległość 3-4 metrów ode mnie. Rozległy się brawa, jakaś obca mi osoba podeszła do mnie i pocałowała mnie w policzek i powiedziała: "Jest pan odważny". Po zakończeniu mszy świętej w towarzystwie uzbrojonych milicjantów wracaliśmy do Żnina" - wspomina Henryk Tokarz.
     Druga pielgrzymka, którą będzie pamiętał do końca życia, wiodła w czerwcu 1987 r. do Gdańska, gdzie na osiedlu Zaspa z Ojcem Świętym spotkała się milionowa rzesza ludzi pracy z wielu stron Polski, w tym ze Żnina. Do Gdańska na spotkanie z Papieżem Henryk Tokarz wybrał się z całą rodziną: żoną Marzenną, jedenastoletnim synem Piotrem i dziewięcioletnim Krzysztofem. Żnińska grupa liczyła około 15 osób. Wszyscy zabrali ze sobą flagi biało-czerwone i biało-żółte oraz transparenty i flagi "Solidarności". Po przybyciu na miejsce pociągiem udali się pieszo na Zaspę. Po drodze zostali "wyczyszczeni" z wszelkich flag przez nieumundurowanych milicjantów. Najdalej flagę polską przemycił Piotr Tokarz, aż na Zaspę, ale i jemu wyrwano ją z ręki. - "Nie miała szczęścia nasza koleżanka Ania, która owinęła się w pasie transparentem z napisem "Solidarność Ziemi Pałuckiej Kcynia - Szubin - Żnin" i też poległa przy rewizji osobistej. Niesamowite wrażenie zrobił na nas niezwykły ołtarz papieski ustawiony na dziobie żaglowca w stanie budowy z trzema masztami - krzyżami. Homilia Ojca Świętego nawiązywała do pracy ludzkiej, do podmiotowości człowieka, do jego praw związanych z pracą, do jego pracowniczej samorządności, czego wyrazem są niezależne związki zawodowe, które powstały w Gdańsku. Po naładowaniu akumulatorów, pielgrzymi próbowali udać się pod dom Lecha Wałęsy. Moi koledzy odradzili mi ten przemarsz ze względu na bezpieczeństwo moich dzieci. Później okazało się, że mieli rację. Łomot na ulicach Zaspy był niesamowity. Spotkaliśmy się po kilku godzinach na dworcu kolejowym w drodze powrotnej do Bydgoszczy. Po niecałych dwóch latach 4 czerwca 1989 r. Polska znów odzyskała wolność. Gdy Ojciec Święty opuszczał plac pielgrzymkowy, żegnałem Go ze smutkiem, żalem, ale też z nadzieją, że znowu tu powróci. Gdy żegnaliśmy Ojca Świętego w 2002 r. na Krakowskich Błoniach, nad naszymi głowami unosił się niewidzialny znak, że Ojciec Święty Jan Paweł II przyjechał do naszego kraju, aby pożegnać się ze swoimi rodakami. Mało kto w to uwierzył, a jednak... Jan Paweł II mówił do nas słowami, których oczekiwaliśmy. Nie zostawił nas samych, nawet w trudnych czasach komunistycznych. To dzięki Niemu staliśmy się wolni. Nie poprzestał na tym, przyjął wyzwanie współczesnego świata, chciał obudzić w nas powrót do pamięci i poczucia własnej tożsamości. W pół drogi odszedł do swojego Pana, pozostawił nam obfitość drogowskazów, ale czy poradzimy sobie bez Niego, na tej ziemi, tej polskiej ziemi. Mam nadzieję, że tak" - myśli Henryk Tokarz.
   
Papieża pożegna córka
    W 1997 r. w pielgrzymce w Bydgoszczy wzięła udział Zofia Turzyńska ze Żnina. Sama nie może uwierzyć, że było jej to dane, gdyż - jak sama przyznaje - dotychczas nie pozwalał jej na to stan zdrowia.
     - "Bóg mi pozwolił przejść tyle kilometrów. Ja, która ledwo chodzę... Szliśmy na miejsce wizyty Papieża 8 kilometrów. Mąż i dzieci nie mogli w to uwierzyć. Byłam najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, że mogłam pójść i razem z nimi się modlić. Cieszyłam się tym bardziej, że Bydgoszcz to moje rodzinne miasto. Tu się urodziłam, skończyłam studia i było mi dane również tutaj spotkać się z Ojcem Świętym. Wracałam tak uduchowiona, że wydawało mi się, iż Jego dobroć przeze mnie do wszystkich emanuje" - wspomina Zofia Turzyńska.
     Gdy dowiedziała się o śmierci Jana Pawła II modli się i płacze.
    - "Będzie mi brakowało Ojca Świętego w każdym miejscu, w każdej dziedzinie. Nie zapomnimy go nigdy. Wiem, że teraz z Nieba będzie nad nami czuwać" - uważa Zofia Turzyńska.
    Jej mąż, Andrzej Turzyński ze Żnina trzy razy był blisko Papieża. Po raz pierwszy w Watykanie na audiencji z okazji 25-lecia swego małżeństwa. Mają z żoną specjalne pisemne błogosławieństwo z tej okazji od Ojca Świętego. - "Drugi raz spotkałem się w Gnieźnie już jako pracownik Radia "Plus" i pomimo specjalnej wejściówki wchodziłem przez płot, bo takie były tłumy. Do trzeciego spotkania doszło w Bydgoszczy, gdzie po kilkukilometrowym marszu z żoną zmęczeni, ale szczęśliwi dotarliśmy do celu. Teraz w Rzymie jest nasza córka Anna. Pojechała pożegnać Ojca Świętego, któremu moja rodzina tak wiele zawdzięcza" - dodaje Andrzej Turzyński.
Wystarczyłoby słowo
    - Było to w Gdańsku podczas drugiej pielgrzymki Papieża do Polski. Po załatwieniu wszelkich formalności związanych z wyjazdem, zezwolenia, załatwienie autokaru wyruszyliśmy w nocy do Gdańska. Tuż przed wyjazdem zabroniono nam fotografować, manifestować, zabierać transparentów z napisem "Solidarność". Tylko ma być modlitwa. My z kolei wiedzieliśmy, że i tak nie będziemy respektować tych zaleceń. Jedziemy nocą. Do Tczewa ciągnie się kolumna autobusów i autokarów. Jeden za drugim. Jadąc modlimy się, śpiewamy i w oknach wystawiamy zabrane hasła i plakaty. Od Tczewa szok. Po obu stronach szosy jak mur stoją transportery i opancerzone samochody wojskowe. Stojący żołnierze uzbrojeni po zęby. Chowamy plakaty i transparenty. Chcemy dojechać do Ojca Świętego. Autobus zatrzymywany jest co parę kilometrów. Wchodzą do środka. My milczymy wrogo. Oni mówią nam, że to dla naszego bezpieczeństwa. Dojeżdżamy do Gdańska. Miasto wygląda jak twierdza obronna. W Żninie nawet w stanie wojennym wojska nie było, więc wrażenie jest przerażające. Mijają godziny, a my przesuwamy się bardzo wolno. Obok gdańskich krzyży stoją czołgi i potrójny kordon. Docieramy na Zaspę. Tam tłumy ludzi. Przechodzimy przez ostatnie bramki i kontrole. Jesteśmy wśród swoich. Nad wszystkim góruje ołtarz - okręt. Ale nad nim na dachach wieżowców umieszczeni są strzelcy wyborowi z lornetkami i bronią by strzec nas przed nami. Śpiewamy, modlimy się. Czekamy. Wreszcie jest. I nagle ten szary, przerażony tłum obecnością opiekunów, zmienia się. Magia Ojca Świętego wyzwoliła w nas poczucie wartości, swobody, prawa do emocji. Każde wieloznaczne słowo chwytane w lot, wywoływało znany nam dziś wszystkim, oczywisty, a wtedy zupełnie niezwykły entuzjazm. Wtedy wiedzieliśmy, że naprawdę jesteśmy ważni, solidarni i że wreszcie przestajemy się bać. Miałam wrażenie i pewnie inni też, że Papież mówi do mnie, mówiąc do wszystkich. Nie znaliśmy tego. Zawsze mówiono do nas, ON mówił do osoby. W górę unosiliśmy transparenty, hasła, plakaty i nie wiadomo skąd tyle ich naraz było. I jak zostały mimo kontroli wniesione. Tak gwałtownie jak się pojawiały tak i też gwałtownie były chowane by ci z dachów nie mogli namierzyć osób, które je trzymają. Myślę, że wtedy w 1983 roku gdyby Ojciec Święty powiedział jedno słowo zachęty, wykonał gest, to ten prawie milionowy tłum ruszyłby na te stojące transportery i wojsko. Byliśmy zdeterminowani. Ale ON był mądry, wiedział co dobre dla nas i Polski. Dał nam słowo, siłę, moc i nadzieję na wolność z którą wtedy zdawało się, że wiemy co zrobić" - wspomina Joanna Janowska.

Arkadiusz Majszak
współpraca Jacek Mielcarzewicz
Pałuki nr 686 (14/2005)
Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta bazy danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj.
Copyright 2006-2010 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry