Artykuły

Biegły: stwierdzone ślady nie wskazywały na żadną przemoc
     Obrona wzywa na świadka doktora Z.
     Oskarżeni Joanna M. i Sebastian Sz. nie wyglądali podczas ostatniej rozprawy na zmartwionych. Korzystne dla nich zeznania pozwoliły na sali rozpraw wymienić kilka uśmiechów i parę słów.

     W piątek w Sądzie Okręgowym w Bydgoszczy odbyła się czwarta rozprawa dotycząca śmierci dwuletniej Wiktorii ze Żnina. Dziecko na skutek znęcania się nad nim zmarło w styczniu. Przypomnijmy, że na ławie oskarżonych zasiadają rodzice dziewczynki. Sebastian Sz. jest oskarżony o znęcanie się nad córką, co doprowadziło do jej śmierci, natomiast Joanna M. - o narażenie dziecka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia.
     ŚLADY NIE WSKAZUJĄ NA PRZEMOC
     Podczas ostatniej rozprawy sąd przesłuchał kolejnych świadków i biegłych. Pierwszy zeznawał biegły, który sporządzał opinię na temat obrażeń Wiktorii, które powstały przed dwoma laty. Przypomnijmy, że w październiku 2009 roku policja otrzymała zgłoszenie, że dziewczynka ma ślady pobicia. Lekarze ze żnińskiego szpitala, podejrzewając u Wiktorii zespół dziecka maltretowanego, skierowali ją na badania do szpitala w Bydgoszczy. Dziecko nosiło na ciele ślady, które mogły być skutkiem pobicia. Prokuratura powołała w tej sprawie biegłego. Śledztwo umorzono z powodu braku dowodów. Stało się tak na podstawie opinii, o którą pytany był biegły podczas ostatniej rozprawy. Biegły stwierdził na ciele Wiktorii krwiaki podskórne barwy sinej. Zaznaczył, że w przypadku dziewczynki miał do czynienia wyłącznie z krwiakami podskórnymi.
     - Jak powstają takie krwiaki? - pytał sędzia Andrzej Rumiński. Biegły wyjaśnił, że powstają one w wyniku uderzenia tępym narzędziem lub z powodu upadku i uderzenia się o taki przedmiot. Biegły sporządzający opinię oprócz krwiaków nie stwierdził na ciele dziecka innych śladów. Dodał, że z rozmów przeprowadzonych z lekarzami, którzy zajmowali się dzieckiem w bydgoskim szpitalu, wynikało, że dziecko miało dobry kontakt z matką, zbliżało się do niej. I zaznaczył: - Nie miałem podstaw, by przypuszczać, że są to obrażenia zadane przez osoby trzecie. Mogły one powstać w wyniku podnoszenia dziecka. Zwrócił też uwagę, że dziecko było raczkujące i przemieszczające się. Dlatego nie miał podstaw, by stwierdzić, że ślady na policzkach powstały poprzez ingerencję osób trzecich.
     - Cechy krzywdzenia fizycznego to jest zadawanie obrażeń. Dla mnie stwierdzone ślady były na tyle niewielkie i charakterystyczne, że nie miałem podstaw do twierdzenia, że mamy do czynienia z maltretowaniem. Musiałyby to być ślady wyraźniejsze i rozleglejsze. Te stwierdzone nie wskazywały na żadną przemoc. One wskazywały, że dziecko mogło samo się uderzyć. Żeby stwierdzić, że to cechy maltretowania, to za daleko idące wnioski. W tym wieku (Wiktoria miała wówczas 9 miesięcy - am) trudno by znaleźć dziecko, które nie miałoby siniaka. Te stwierdzone ślady nie wskazują na przemoc - powtórzył po raz kolejny biegły. Jednakże - odpowiadając na pytanie sądu - podkreślił, że działania osób trzecich nie można całkowicie wykluczyć.
     ŚLADY KRWI
     Biegły psychiatra Ryszard Łochowski wyjaśnił, że nie stwierdzono u oskarżonego choroby psychicznej. Miał zachowaną zdolność rozeznania popełnienia zarzucanego mu czynu.
     - Stwierdziliśmy zaburzenia osobowości, które potwierdziła biegła psycholog. Zaburzenia te nie są chorobą psychiczną, lecz trwałą anomalią, której istotą jest niedokształcenie. Badany ma skłonności do zachowań agresywnych, które są słabo kontrolowane przez wyższe instancje psychiczne. Był zdolny do rozeznania, że stosowanie przemocy wobec dziecka może spowodować śmierć - zeznał Ryszard Łochowski. Z opinią tą w pełni zgodził się biegły Rafał Lubosik oraz biegła psycholog.
     Biegły Marcin Woźniak zajmował się badaniem śladów biologicznych na zabezpieczonych przez policję zakrwawionych koszulkach dziewczynki i poduszce, na której spała, oraz pluszowym misiu, którym się bawiła. Duże zakrwawienie ustalono w centralnej części poduszki. Dziewczynka - jak wiadomo - po podaniu przez Joannę M. herbaty, krótko przed śmiercią zwymiotowała. Badania miały ustalić, czy wraz z wymiocinami na zewnątrz wydostała się krew (przyczyną śmierci dziecka według ustaleń prokuratury było pourazowe pęknięcie jelita i zapalenie otrzewnej) oraz czy ślady krwi nie były zacierane.
     - Stwierdziliśmy obecność substancji, która mogła pochodzić z krwi. W tych śladach występowało DNA Wiktorii. To, co badaliśmy, było charakterystyczne dla plam powstałych w wyniku bezpośredniego kontaktu krwi z podłożem - wyjaśnił Marcin Woźniak. I dodał, że nie może wykluczyć, że rozmycie na poduszce pochodzi od wymiocin. Według biegłego, nauka nie pozwala jednoznacznie określić, czy rozmycie na poduszce było spowodowane wymiocinami, czy próbą zacierania śladów, oraz czy krew została wydalona z organizmu wraz z wymiocinami.
     TUSZOWANIE SINIAKÓW
     Dyżur na izbie przyjęć w Pałuckim Centrum Zdrowia w nocy, w której doszło do zdarzenia, miał lekarz Sławomir B.
     - Było rozeznanie. Chodziło o dziecko, które nie oddycha i jest nieprzytomne. Pogotowie przywiozło pacjentkę. Dziewczynka miała ma podbrzuszu coś takiego jak siniec - relacjonował lekarz.
Świadek Joanna B.-M. jest żoną kuzyna oskarżonej. Pamięta, jak widziała u Wiktorii zasinienie w okolicy policzka i oka. Zapytała przy matce, skąd się wziął u dziecka siniak. I usłyszała odpowiedź, że jak zobaczy, co Wiktoria wyprawia, to będzie wiedziała, skąd się to wzięło. Według składającej zeznania, dziecko było normalne. Joanna B.-M. tłumaczyła, że pewnego razu oskarżona mówiła, że nie ma gdzie mieszkać, bo krążyły pogłoski, że uciekła od oskarżonego.
     - Oskarżona mi wprost powiedziała, że nie chce do niego wracać. To było na weselu u siostry oskarżonej. To było na początku 2010 roku - zeznała świadek. I dodała, że Wiktoria nie bała się matki. Z oskarżonym nigdy dziecka nie widziała. Zaznaczyła też, że podczas rozmów w gronie rodzinnym zastanawiano się, czy nie stanie się coś złego w związku Joanny i Sebastiana. Podkreśliła też, że po ubiegłorocznej Wigilii matka oskarżonej opowiadała jej teściowej o dziwnych zachowaniach Wiktorii. Jakich?
     - Że dziecko nie mogło pić przez słomkę, choć czynność tę opanowało wcześniej. Krztusiła się. Mówiła też, że miała zasinienie w okolicy szyi - mówiła Joanna B.-M.
     Podczas zeznań w czasie postępowania prokuratorskiego świadek zeznała, iż oskarżona próbowała zakryć zasinienia i pomalowała Wiktorię. Poproszona o rozwinięcie tej kwestii wyjaśniła, iż matka oskarżonej jej mówiła, że dziewczynka miała tuszowane siniaki na szyi.
     ADWOKAT PYTA: SKĄD MA TAKIE INFORMACJE?
     Obrońca oskarżonego Marek Sałacki złożył wniosek o przesłuchanie ordynatora oddziału dziecięcego w Pałuckim Centrum Zdrowia dra Tomasza Z. Argumentował to w taki sposób, że Tomasz Z. stwierdził w programie Tomasz Lis na żywo, że od 6. miesiąca życia dziecko było regularnie bite.
     - Ja chciałem się dowiedzieć, skąd ten pan ma takie informacje? - dociekał mecenas.
Sędzia Andrzej Rumiński przyznał, iż nie wiedział, że Tomasz Lis poświęcił wydarzeniom ze Żnina jeden ze swoich programów. Zaznaczył, że skoro doktor taką wiedzę posiada, to powinien się nią podzielić przed sądem.
     Na kolejnej rozprawie, którą wyznaczono na 13 października, przesłuchane zostaną ponadto Maria H. i Agnieszka Ł. - lekarze pediatrzy oraz biegła, która sporządzała protokół z oględzin ciała dziewczynki po jej śmierci.

Arkadiusz Majszak
Pałuki nr 1024 (39/2011)

Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta bazy danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj.
Copyright 2006-2010 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry