-
Przez rynek nie ma przejazdu
Do 21 czerwca żniński rynek jest wyłączony z ruchu samochodowego. Zmiany w organizacji ruchu obowiązują także w Szubinie, a z utrudnieniami kierowcy muszą liczyć się w Gąsawie. Szczegóły poniżej.
Najczęściej czytane
- Qumple na trzecim miejscu
- Winni dokonania gwałtów
- Ojciec dwuletniej Wiktorii na wolności
- Wyrok: zgwałcili nastoletnie koleżanki
- Śmiertelna dekompresja w szmaragdowym raju
- Układ rodzinny w Szkole Podstawowej nr 2
- Wielka muzyczna majówka
- Żnin pożegnał profesora
- Ojciec zabił nożem syna
- 650.000 zł straty na basenie w zeszłym roku
- Komendant Lukstaedt zamyka posterunki
- Wola Kożuszkowa z pucharem
Artykuły
- Piątek, 30 Wrzesień 2011
| Ważniejsze odznaczenia bojowe, polskie: - Krzyż Srebrny Orderu Virtuti Militari - Krzyż Walecznych (trzykrotnie) - Krzyż Armii Krajowej - Krzyż Partyzancki - Medal za Warszawę - Medal za Odrę, Nysę, Bałtyk - Medal za Zdobycie Berlina - Medal Zwycięstwa i Wolności Bojowe, radzieckie: - Za Oswobodzenie Warszawy - Za Zdobycie Berlina - Za Zwcięstwo Za pracę zawodową i społeczną: - Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski - Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski |
Pamięci Jerzego Ludwiczaka
W służbie Ojczyzny
12 lutego pożegnaliśmy Jerzego Ludwiczaka, żołnierza Armii Krajowej, pracownika żnińskiej cukrownii i długoletniego prezesa koła łowieckeigo. Pracował w wywiadzie AK, następnie brał udział w partyzanckich walkach z Niemcami, przyjmował alianckie zrzuty. Był świadkiem zbrodni dokonanej przez oddział Armii Ludowej na partyzantach AK. Uniknął łagru walcząc w 1 Armii Berlinga. Przeszedł z nią szlak bojowy od Wisły do Łaby. Później swe siły oddał pracy w żnińskiej cukrownii, z której zamknięciem do końca życia się nie pogodził.
Jerzy Ludwiczak urodził się 23 lipca 1924 roku w Szczepanowie Leśnym (gm. Dąbrowa). Ojciec Jerzego, Ksawery był nadleśniczym Nadleśnictwa Szczepanowo. W 1928 roku czteroletni Jerzy Ludwiczak wraz z rodziną, matką Salomeą i siostrami Krystyną i Marią, zamieszkał w Chomiąży Księżej. Rodzina Ludwiczaków mieszkała tam do wybuchu II wojny światowej, czyli do 1939 roku.
WOJNA
- "Trzeba powiedzieć, że 1 września był dla uczniów uciechą. Nie musieliśmy iść do szkoły. Wydawało nam się, że wojnę szybko wygramy. Dopiero później wszystkim się otworzyły oczy" - tak w 2002 roku początek wojny wspominał Jerzy Ludwiczak na łamach "Pałuk".
Późną jesienią 1939 roku rodzina Jerzego Ludwiczaka po raz kolejny musiała zmienić miejsce zamieszkania. Tym razem przymusowo. Niemcy wysiedlili ich z Wielkopolski do Generalnego Gubernatorstwa. Zimę 1939/1940 roku Jerzy wraz z rodziną spędził w Warszawie. W 1940 roku, wiosną, ojciec Ksawery otrzymał pracę jako zarządca lasów i tartaku w Żyrzynie na Lubelszczyźnie.
PARTYZANTKA
Działalność konspiracyjną Jerzy Ludwiczak podjął niemalże natychmiast. Początkowa działalność młodego konspiratora nie polegała na walce zbrojnej, lecz obserwacji.
- "Działałem w komórce wywiadu i do moich zadań należała między innymi obserwacja ruchu na szosach". Widział jak powierzonymi jego obserwacji szosami na wschód podążały całe armie Wehrmachtu, jego meldunki, wraz z obserwacjami innych wywiadowców złożyły się na raporty przekazywane przez polski wywiad aliantom.
W lutym 1941 roku w wieku 16 lat został zaprzysiężony do Związku Walki Zbrojnej, który rok później został przemianowany na Armię Krajową. Do partyzantki Jerzy Ludwiczak trafił w 1943 roku chroniąc się przed aresztowaniem gestapo. Gdy Niemcy odczytali, że potrzebny im Jerry Ludwiczak - do imienia przyznał się ojciec Jerzego - Ksawery. Syn zdążył uciec, ojciec przeżył.
Jerzy Ludwiczak walczył w 3.kompanii 15. pułku piechoty "Wilków" AK pod dowództwem "Hektora" - Zdzisława Targosińskiego. Brał udział w wielu akcjach, najczęściej wspominał rozbrojenie Niemców w Żyrzynie 6 stycznia 1944 roku. W konspiracji nosił pseudonim "Fiat". W AK otrzymał także dokumenty na fałszywe nazwisko Witold Ferenc, które później pomogły mu wstąpić do 1. Armii Wojska Polskiego.
Przyjacielem Jerzego Ludwiczaka z okresu okupacji był Jan Ramul ps. "Topór", który był żołnierzem AK służącym w oddziale przyjmującym zrzuty z alianckich samolotów. - "Poznaliśmy się w 1940 roku na polu konspiracji. Cała rodzina była w konspiracji. Pamiętam ich jako zacnych ludzi" - wspomina "Topór".
Rok 1944 był nie tylko ważny dla historii Polski, ale także dla wielu młodych ludzi, którzy w tym czasie byli w konspiracji. Ważny także dla Jerzego Ludwiczaka. W maju 1944 roku Jerzy Ludwiczak został ranny w lewą dłoń. Zmusiło to go do ciągłego ukrywania się. - "Tak się złożyło, że zostaliśmy ranni mniej więcej w tym samym czasie. Spotkaliśmy się w Kurowie, gdzie się ukrywaliśmy" - wspomina Jan Ramul. - "Wtedy ustalilismy, co zrobimy po wejściu Rosjan".
WOJSKO
Wyznając zasadę, że najciemniej będzie pod latarnią, uznali, iż najlepszym miejscem na dotrwanie do końca wojny będzie Armia Polska utworzona w Związku Sowieckim pod egidą komunistów ze Związku Patriotów Polskich.
Jerzy Ludwiczak po wkroczeniu Armii Czerwonej został aresztowany. Udało mu się uciec z transportu. Mając przy sobie wyrobione kilka dni wcześniej prawo jazdy na nazwisko Witold Ferenc postanowił wstąpić do 1. Armii WP. W ten sposób uniknął pościgu NKWD. Jak nam powiedział, nawet w wojsku nie mógł być pewnym przyszłości. Przyznanie się do członkostwa w AK groziło aresztowaniem, sądem polowym i rozstrzelaniem.
"Topór", przyjaciel "Fiata", nie miał tyle szczęścia. On także planował zaciągnąć się do 1. Armii WP. W dniu, w którym zamierzał zgłosić się do punktu werbunkowego, złapali go enkawudziści. Po pobycie w przejściowych obozach i fikcyjnym procesie został wywieziony w głąb Rosji. - "Oskarżono mnie o chęć obalenia nowego ustroju, a nawet o zamach na Osóbkę. Przesiedziałem tam trzy lata" - opowiada Jan Ramul. "Topór" z "Fiatem" spotkali się dopiero po 1990 roku w Żninie.
Jerzy Ludwiczak dzięki posiadanym dokumentom jako Witold Ferenc został kierowcą 8. samodzielnej kompanii samochodowej 6. Dywizji Piechoty w 1. Armii WP. W tej formacji słuzył aż do 1945 roku. Brał udział w zdobywaniu Warszawy, walkach o Wał Pomorski, forsowaniu Odry i w trakcie walk w Niemczech, gdzie stracił nogę. Jadąc motocyklem z rozkazem, wjechał na minę.
- Motocykl znalazł się na drzewie, noga w polu, a ja w rowie" - opowiadał dwa i pół roku temu Jerzy Ludwiczak. - "Kolega jechał szosą harleyem z boczną przyczepą. Chciał ominąć pole minowe i znalazł mnie leżącego w rowie. Byłem nieprzytomny. Obudziłem się na stole operacyjnym".
Jerzy Ludwiczak zwierzył nam się później, że w tak młodym wieku (miał 21 lat) został inwalidą. Jednak po latach ocenił, że lata spędzone w partyzantce i w wojsku nie zostały zmarnowane, choć jako żołnierz AK na pełne docenienie zasług musiał czekać do 1989 roku.
Po zakończeniu wojny Jerzy Ludwiczak przebywał jeszcze w szpitalu, najpierw w Wałczu, później w Bydgoszczy. W tym czasie ujawnił się i do domu powrócił w 1946 roku już pod prawdziwym nazwiskiem. Zamieszkał w Chomiąży.
CUKROWNIA
Jerzy Ludwiczak 20 kwietnia 1951 roku rozpoczął pracę w Cukrowni Żnin na stanowisku zastępcy głównego inspektora do spraw plantacji. Od grudnia 1968 roku do maja 1992 roku Jerzy Ludwiczak był zastępcą dyrektora cukrowni do spraw surowcowych.
Przez czternaście lat współpracował z nim Tadeusz Kaszak. - "To dyrektor Ludwiczak wprowadzał mnie do pracy, kiedy zaczynałem w 1978 roku. Mogę powiedzieć, że był człowiekiem o bardzo dużej wiedzy. Zawsze był dobrze zorganizowany i zaangażowany w pracy na odcinku surowcowym. Szczególnie dobry miał kontakt z plantatorami. Znał cały rejon plantacyjny naszej cukrowni. Jeżeli chodzi o pracę, to był bardzo wymagający, ale wymagał dużo od pracowników i od siebie. Jednocześnie dzielił się z nami wiedzą, którą posiadał. Do jego osiągnięć należy wprowadzenie systemu przepustkowego,dzięki czemu rolnikom łatwiej było odbierać wysłodki, bo nie musieli stać w kolejkach. Nasza cukrownia jako pierwsza w Polsce wprowadziła ten system. Po przejściu na emeryturę przekazał mi pełną wiedzę, dzięki której mogłem objąć po nim to stanowisko. Korzystałem także z informacji meteorologicznych zbieranych przez Jerzego Ludwiczaka. Miałem z nim kontakt do ostatnich dni" - wspomina Tadeusz Kaszak. - "Bardzo ciepło wspominam dyrektora Ludwiczaka. Był ciepły i życzliwy" - opowiadał Ryszard Skorupiński, zastępca dyrektora do spraw technologicznych. - "Poznałem go w 1978 roku, kiedy zaczynałem pracę w cukrowni. Z dyrektorem Lewandowskim pokazał mi wszystkie ciekawe strony Pałuk. Poznałem Biskupin, Wenecję i Marcinkowo".
KOŁO ŁOWIECKIE
Choć Jerzy Ludwiczak pracował w cukrowni, to całym sercem zawsze kochał lasy. Przez dziesiątki lat współpracował z Nadleśnictwami Szubin i Gołąbki. Nadleśniczy Franciszek Fiutak z Nadleśnictwa Gołąbki powiedział, że wiele nauczył się od Jerzego Ludwiczaka. - "Był człowiekiem aktywnym i serdecznym. Zawsze udzielał mi szczegółowych informacji z życia przyrodniczego. Zabierał mnie na łowisko, z pasją i miłością opowiadał. Przez wiele lat z dokładnością zegarka szwajcarskiego przysyłał wyniki swoich badań meteorologicznych. Miał wyczucie i potrafił przewidzieć, jaki będzie typ pogody. Muszę także powiedzieć, że Jerzy Ludwiczak był różdżkarzem. Potrafił wytyczyć przebieg żył wodnych. To właśnie podczas tej czynności w październiku ubiegłego roku, ostatni raz go spotkałem" - wspomina Franciszek Fiutak.
Od stycznia 1946 roku Jerzy Ludwiczak miał legitymację łowiecką. Od poczatku (1948 rok) aktywnie uczestniczył w pracach Koła Łowieckiego "Ryś", którego od początku lat dziewięćdziesiątych był prezesem. Funkcję tę pełnił do smierci.
Henryk Mielczarek, łowczy koła łowieckiego "Ryś" bardzo dobrze wspomina prezesa. - "Trzeba zaznaczyć, że Jerzy Ludwiczak organizował spotkania z młodzieżą. Tłumaczył im, że myślistwo to nie tylko polowania, ale troska o przyrodę. Zaczynał dzień od objazdu terenu. Dzięki temu wiedział na przykład, gdzie i ile jest saren. A sarny były jego oczkiem w głowie. Jak niedaleko jadownik pojawiła się sarna albinos, to powiedział nam, żeby nikt do niej nie strzelał, gdyż przynosi to nieszczęście. W ubiegłym roku pojawiły się na naszym terenie bobry. Chociaż były tylko przez jakiś czas, chciał ten fakt odnotować w swoich zapiskach. Był także inicjatorem nasadzeń krzewów w śródpolnych remizach, aby dbać w ten sposób o ptactwo. Każdy z nas myśliwych miał do niego szacunek, był dla nas autorytetem i wychował wiele pokoleń myśliwych" - mówił Henryk Mielczarek.
Nadleśniczy Kazimierz Stosik z Nadleśnictwa Szubin powiedział, że z Jerzym Ludwiczakiem zgadzał się pod wieloma względami. - "Był bardzo dobrym gospodarzem. Kupował sadzonki, poprawiał warunki łowienia zwierzyny. Propagował ochronę sarny. Trochę się z tym nie zgadzaliśmy, ale ze względu na niego ten temat odpuszczaliśmy. Nasza współpraca bardzo dobrze się układała".
Pogrzeb Jerzego Ludwiczaka odbył się w sobotę w Pakości. Pochowano go z honorami wojskowymi. Zadbał o to pułkownik Stanisław Kuciński.
- "W sobotę pożegnalismy wielkiego patriotę i Polaka. Można powiedzieć, że Jerzy Ludwiczak był Jeziorańskim Pałuk. Dla lasów jest to niepowetowana strata" - mówił nadleśniczy Franciszek Fiutak.
| ZE WSPOMNIEŃ JERZEGO LUDWICZAKA W pierwszych dniach września 1943 roku około 6.00 rano, nadleśnictwo otoczyli gestapowcy z Lublina, którzy po wejściu zapytali ojca: _ "Wo ist Ludwiczak Jerry?" Ojciec zrozumiał, że przyjechali po mnie i przytomnie odpowiedział: - "Das ich bin". Po krótkiej rewizji kazali ojcu się ubrać i pozwolili pożegnać się z nami. gdy ojciec mnie całował w czoło, szepnął: - "To po ciebie, uciekaj". W chwilę po aresztowaniu ojca otrzymałem z placówki skierowanie z adresem, wsiadłem na rower i pojechałem do Niwy, miejsca pobytu organizowanego przez por. Targosińskiego ps. "Hektor" oddziału leśnego. Nie przeczuwałem, że zobaczę rodziców dopiero w 1946 roku. Około godziny 12.00 autobus z gestapowcami i innymi aresztowanymi wjechał na dziedziniec Zamku Lubelskiego. W czasie legitymowania więźniów zadano ojcu powtórnie pytanie: - "Ludwiczak Jerry"? Ojciec odpowiedział: - "Ich bin Ludwiczak Ksawery". "A gdzie jest Jerry" - zapytano. Ojciec odpowiedział, że w domu w Puławach. Natychmiast zatelefonowali z Zamku do policji kryminalnej w Puławach z poleceniem aresztowania mnie, ale ja już w tym czasie dojeżdżałem do miejsca postoju oddziału leśnego. |
| ODMIENNE LOSY BOHATERÓW Dla dwojga przyjaciół z czasów wojny odmiennie potoczyły się losy po wkroczeniu Armii Czerwonej. Jan Ramul ps. "Topór" został wywieziony do Związku Sowieckiego. Przez trzy lata przebywał w łagrach w okolicach Uralu. Dzień zakończenia wojny przyszło mu spędzać w łagrze. Pracował przymusowo w kopalni węgla. O zakończeniu wojny dowiedział się dopiero w nocy z 9 na 10 maja 1945 roku. - "Naczalstwo tłumaczyło nam, że oni pokonali faszyzm. My staraliśmy wytłumaczyć im, że nie tylko oni walczyli w ojnie, że my także byliśmy w koalicji. Mówiliśmy, że to także nasze święto. Wewnętrzny komendant, lekarz 9. pułku ziemi zamojskiej powiedział Rosjanom, że powinniśmy zaśpiewać Hymn Polski. Zapytali się nas, czy chcemy zaśpiewać hymn Wasilewskiej, czy hymn Sikorskiego. My odpowiedzieliśmy, że hymn Wasielewskiej, bo przecież był ten sam. Po naradzie naczalstwo się zgodziło, ale pod warunkiem, że zaśpiewamy najpierw hymn radziecki. Wtedy powiedzielismy, że zaczniemy od Hymnu Polski. Zgodzili się na to. Padły komendy: "Czapki z głów" i "Do hymnu". Jak zaśpiewaliśmy "Jeszcze Polska nie zginęła...", to głos odbił się od gór Uralu i rozniósł siępocałejokolicy.Komendancizwątpiliicofnęli się. Skamienieli i stali. Po hymnie padła komenda: "Spocznij". Rosjanie czekali na swój hymn, ale my powiedzieliśmy, że nie znamy hymnu Związku Sowieckiego. Ogarnęła ich wściekłość, a my mieliśmy satysfakcję. I to było w Dzień Zwycięstwa nasze zwycięstwo w tej niewoli. Z tego najbardziej miałem satysfakcję po powrocie do kraju, kiedy dowiedziałem się, jak zostaliśmy oszukani przez aliantów i koalicję. Mówię o tym, żeby młode pokolenie pamiętało, jaka była prawda. (rk) |
Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 681 (9/2005)





