Artykuły

Rekonstrukcja ze sfotografowanych części
            fot. Dominik Księski

Historia, kultura
     Uczta Tadeusza Małachowskiego
     Tadeusz Małachowski sportretował swoich znajomych, popchnął ich w objęcia sławne aktorki i upozował całość na płótno wielkiej skali. Połączył tradycję wielkiego europejskiego malarstwa i humoru Zielonego Balonika, młodopolskiego spleenu i eviva l’arte!, powagi matejkowskich płócien i powoli napływającej z Zachodu mody na filozofię egzystencjalną.

Tadeusz Małachowski (pierwszy z prawej ze skrzypcami) na koleżeńskim spotkaniu z przyjaciółmi. Zdjęcie z lat pięćdziesiątych zrobione w okresie gwiazdkowym w jednej ze żnińskich kamienic przy ul. 700-lecia.
          fot z archiwum Pałuk

     OBRAZ NA PŁYCIE PILŚNIOWEJ
     Obraz nie jest znany nawet największym miłośnikom talentu Tadeusza Małachowskiego. Przez ponad 40 lat nie był wystawiany na widok publiczny. Wcześniej oglądały go oczy wąskiego grona przyjaciół i znajomych malarza, czyli bywalców pakamery w podwórzu domu państwa Tokarskich przy ulicy Podmurnej - solidnie wyremontowanego pomieszczenia w jednym z budynków gospodarczych, stworzonego dla towarzyskich, przyjacielskich spotkań. - Można było tam sobie swobodnie posiedzieć, porozmawiać, wypić i zaśpiewać. Tadeusz ze swoim basem i znajomością nie tylko melodii, ale i słów, był tam bardzo miłym i oczekiwanym gościem. Rozmowy z nim były dla nas, młodych atrakcją i przyjemnością - opowiada mieszkaniec Bożejewic, Wiktor Wysocki, prezentując obraz.
     Został on namalowany na zwykłej płycie pilśniowej i - jak się później okazało - było to jego nieszczęście. Pakamerę z reguły zamykano tylko na zasuwę. Nietrudno ją było otworzyć, wejść mógł praktycznie każdy. Wszedł też i sąsiad, który wieczorem poszukiwał płyty do zabicia dziury w drzwiach. Nie zdając sobie sprawy co ma w ręku, odłamał część obrazu, a potem odciął sobie potrzebny kawałek i przybił do drzwi. Stąd na odciętej części obrazu widać ślady po gwoździach.
     - Nazajutrz wspólnie z sąsiadką zobaczyliśmy szkodę. Sąsiadka pokiwała tylko głową, nic nie mówiąc. Sąsiad był nieosiągalny i nieobecny. Było nam przykro i smutno, bo zdążyliśmy się już do tego obrazu przyzwyczaić. Nikt jednak nie miał pomysłu ani czasu, co z tym zrobić, choć w różnym okresie były próby naprawy i poskładania obrazu - wspomina dalej Wiktor Wysocki. Brakująca część została zdjęta z drzwi i zastąpiona czym innym.
     Przez całe dziesięciolecia nikt nie próbował nawet połączyć obrazu w całość. Młodzi ludzie nie przychodzili do pakamery, żeby obcować ze sztuką Tadeusza Małachowskiego - to był tylko program uzupełniający. Raczej dbano o to, żeby nie zabrakło piwa i wódki. Miało być przede wszystkim przyjemnie i wesoło. - Stali bywalcy znali też tajne wejście i wyjście zarazem, które było zasłonięte jakimś obrazem. W razie skarg sąsiadów na nadmierny hałas można było tamtędy uciec przed nalotami milicji - wspomina uczestnik spotkań Jan Kotlarek. Kiedy w pakamerze zrobiło się nazbyt wesoło, a uczestnicy spotkań zaczęli nadużywać gościnności cioci Stasi, zamknęła ona to pomieszczenie dla osób z zewnątrz.
     Wszystkie elementy obrazu zachowały się do dziś i dzięki temu można go było poskładać w jedną całość. Widać, gdzie odłamano ćwierć dykty, widać poziomy ślad po pierwszym piłowaniu i pionowy po drugim; widać też, że podczas tej pracy kolejne drobne kawałki odłamywano, aby piła szła lepiej.
     Kiedy obraz powstał? Damian Zieliński, wieloletni kolega malarza, przypuszcza, że raczej przed rokiem 1954. - W okresie od 1954 do 1968 roku spotykałem się z Tadeuszem niemal codziennie. Wówczas ten obraz nie powstał na pewno. Wiedziałbym, że taki obraz maluje - stwierdza stanowczo Damian Zieliński.
     Odmiennego zdania jest inny znajomy artysty Andrzej Wilhelm, który z nie mniejszym przekonaniem datuje powstanie obrazu na rok 1957 lub 1958. - Pamiętam, ze zanim Tadeusz namalował ten obraz, w swoim szkicowniku rysował osoby, które na nim umieścił - wspomina Andrzej Wilhelm.
     - Tadziu nie miał gdzie tego obrazu trzymać ze względu na jego duże rozmiary - dwa i pół metra na metr dwadzieścia. Zdecydował o przeniesieniu do tego naszego lokum, które udostępniła nam moja ciocia Stasia, zadowolona, że będzie się coś działo. Nie wiem jednak, gdzie obraz znajdował się wcześniej i skąd go przyniesiono - wspomina Wiktor Wysocki.
     - Prawdopodobnie został namalowany w jakimś pomieszczeniu gospodarczym przy domu Tadeusza na ul. Spokojnej i następnie został przeniesiony do pakamery - stwierdza Andrzej Wilhelm. - Tadeusz pewnie chciał, żeby ci, którzy przychodzą się tam spotykać, mieli tam swój obraz, obraz na którym są razem - dodaje.
     Dzieło opuściło pakamerę w wyniku wyprowadzki jej właścicieli do Bożejewiczek, co miało miejsce około 1970 r. Ponieważ zbudowany tam nowy dom jeszcze wykańczano i nie było w nim zbyt wiele miejsca, Wiktor Wysocki zabrał obraz dopiero kilka lat później, aby uchronić go przed dalszymi uszkodzeniami. - Po wybudowaniu dużej szopy przy nowym miejscu zamieszkania, pod koniec lat siedemdziesiątych zabrałem wszystkie fragmenty ze sobą. Odcięty narożnik ustawiłem w pokoju, gdzie cieszył swym widokiem oczy gości. W Bożejewiczkach dzieło Tadeusza Małachowskiego znajduje się do dziś.

     CO WIDZIMY
     Najpierw spojrzyjmy na kompozycję. Rozciąga się przed nami stosunkowo niewielkie wnętrze: za stołem siedzi trzech mężczyzn, każdy z nich trzyma na kolanach kobietę. Po lewej stronie tłoczy się - jakby od wejścia - kilka osób. Ten, który jest najbliżej stołu, wnosi toast. Po prawej stronie trzy arkady otwierają się na daleki pejzaż. Na ich tle i rozdzielającego je filara rysują się monumentalne postaci dwóch mężczyzn, którzy ze wzrokiem wbitym w kielichy niosą je w stronę stołu. Po prawej stronie w kierunku stołu patrzy potężny atleta w stroju cyrkowego pierrota.
Na pierwszym planie przykucnęły dwie postacie, jakby komentujące całą scenę. Brodacz z lewej chwycił za gitarę i gra. Mężczyzna kucający po prawej wsparł głowę na ręce w geście zadumy. To sam mistrz Małachowski. Pozostałe postacie to głównie jego znajomi i przyjaciele.
     Poszczególne postacie identyfikujemy na podstawie wspomnień osób, które się z obrazem zetknęły wtedy, gdy można było go jeszcze widzieć w całości. Większość udało się nam rozpoznać, choć stuprocentowej pewności co do niektórych pewno nigdy nie będziemy mieli ze względu na upływ czasu i zawodną pamięć, a czasem zwykły brak wiedzy o tym, czyj wizerunek artysta namalował.
     CZECHU RECHOL I GINA LOLLOBRYGIDA
     Tak więc w prawym dolnym rogu duma nad czymś autor dzieła - Tadeusz Małachowski (1). Nad nim widzimy postawnego Kazimierza Stachurskiego (2), na którego mówiono Stachura, z zawodu księgowego, sporządzającego bilanse Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej. Kieliszek i profil podczaszego w kapeluszu wyeksponowane są pod najbardziej wyrazistą z arkad. To pracownik Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej - Zdzisław Szyszkowicz (3), zwany Piratem. Spoglądając dalej ku lewej stronie widzimy Zbigniewa Kujawę (4), artystę plastyka, przez znajomych nazywanego Traperem. Na wysokości niesionego przezeń kieliszka, zauważamy profil Damiana Zielińskiego (5), trudniącego się leśnictwem; autora wspomnień o Tadeuszu Małachowskim. Tuż obok niego siedzi na krześle jeden z trzech głównych biesiadników - Edward Troch (6), wytwórca luster, znany powszechnie jako Doktor. Obejmuje powabną i obfitą brunetkę - to Gina Lollobrygida (7), włoska legenda kina, piękność lat 50. i 60. XX wieku. Naprzeciw tej pary nierozpoznana postać (8), być może drugi wizerunek Tadeusza Małachowskiego, tym razem w centrum obrazu.
     Obok niego siedzi Kazimierz Widziński (9), który pracował jako dyspozytor w Państwowym Ośrodku Maszynowym. Grał pięknie na trąbce, także w lokalnej orkiestrze, z racji czego od nazwiska słynnego trębacza i wokalisty jazzowego nazywano go Armstrongiem. Na jego kolanach siedzi Sophia Loren (10), włoska gwiazda światowego kina. Nie wiemy zupełnie, kim są kolejne dwie postaci po jej lewej stronie - młody człowiek w niebieskiej czapce (11) i pucułowaty właściciel bujnej czupryny (12) - jest przypuszczenie, że to pracownik cukrowni Landowicz, ale pewności nie ma.
     Obok nich z kieliszkiem uśmiecha się rybak Czesław Reszewski (13), który lubił sam o sobie mówić - Pan Czesiu, a powszechnie znany był w Żninie jako Czechu Rechol (i pod tym mianem uwieczniony w znanym wierszu Kazimierza Binkowskiego). Za nim stoi Edward Kuchciński (14), pracownik Spółdzielni Transportu Wiejskiego, znany z zamiłowania do wędkarstwa, dlatego noszący pseudonim Linek. Obok niego, w okularach, widzimy rejenta Tadeusza Dobaczewskiego (17) - kajakarza, szachistę, bohatera licznych anegdot. Na lewo od rejenta spogląda na nas na wprost Bronisław Bachora (18), z zawodu szklarz, zajmujący się też oprawą obrazów. Przed nim na krześle siedzi Jarosław Ruciński (20), właściciel odzieżowego komisu. Na jego kolanach siedzi Kim Novak (15), blond amantka amerykańskiego kina lat pięćdziesiątych. W lewym górnym rogu w charakterystycznym czarnym płaszczu można dostrzec twarz zegarmistrza Antoniego Kędzierskiego.
     Być może po przeczytaniu tego tekstu i obejrzeniu obrazu ktoś rozpozna na nim znajome twarze sprzed pięćdziesięciu lat, ewentualnie sprostuje błędne rozpoznanie przez nas jakichś postaci. Nie wiemy, kim jest gitarzysta na pierwszym planie (21), nie wiemy też, czyją głowę (16) ma naprzeciw siebie Kim Novak.
     Z uwiecznionych na obrazie postaci do dziś żyją Damian Zieliński i Edward Kuchciński, a także wszystkie trzy gwiazdy kina.
     Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, iż Tadeusz Małachowski nigdy nie mówił nikomu, jakie konkretnie kobiety namalował. Wymienione wyżej gwiazdy ekranu rozpoznali na płótnie ci, którzy wówczas obraz co dzień mieli przed oczyma. Przyjmijmy więc to za dobrą monetę, szczególnie że porównanie ich postaci ze zdjęciami z epoki potwierdza podobieństwo.
     OSTATNIA WIECZERZA?
     O obrazie po raz pierwszy usłyszeliśmy od Tadeusza Rucińskiego, satyryka i rysownika, pochodzącego ze Żnina, gdy szukaliśmy materiału na okładkę do Słownika Gwary Pałuckiej. W jego relacji miał to być pastisz Ostatniej Wieczerzy Leonarda da Vinci, legendarne płótno z Tadeuszem Małachowskim w centrum i szanowanymi obywatelami Żnina przemieszanymi z postaciami z półświatka, którym na kolanach siedzą kobiety, a wszyscy pogrążeni są w pijatyce.
     - Informacja o tym dziele - mówi Tadeusz Ruciński - rozniosła się przez Trybunał Okien [tak nasz rysownik zwie wszystkowiedzące żninianki w wieku balzakowskim, które opierają się w oknach na poduszkach i obserwują uważnie swój odcinek ulicy]. Panie przekazywały sobie wzajemnie oburzenie i krytyczne uwagi na temat obrazu, którego - jak sądzę - na oczy nie widziały. Ja też nie widziałem, ale słyszałem o nim nie raz.
     UCZTA BALTAZARA?
     - Tadeusz Małachowski na obraz mówił po prostu „Uczta” - ciągnie dalej swą opowieść Wiktor Wysocki. - Później do tego tytułu Zbyszek Kujawa dodał słowo „Baltazara” i w ten sposób w pamięci utrwalił się tytuł „Uczta Baltazara”.
     Obraz Rembrandta o tym tytule przedstawia wydarzenie opisane w biblijnej księdze Daniela i ukazuje babilońskiego króla Baltazara podczas uczty, na której wspólnie z pijanymi dostojnikami, dworzanami, żonami i nałożnicami, zbezcześcił naczynia liturgiczne ze świątyni jerozolimskiej. Wywołał w ten sposób gniew Boga Jahwe, którego pojawiające się na obrazie proroctwo (Mane, tekel, fares) zapowiadało koniec panowania i śmierć Baltazara oraz podział państwa babilońskiego między Medów i Persów.
     UCZTA, ALE JAKA?
     Spoglądając na obraz, natychmiast dostrzegamy, że nie ma w nim nawiązań ani do Ostatniej Wieczerzy Leonarda da Vinci, ani do Uczty Baltazara Rembrandta.
     Trop naszej interpretacji winien być inny. Tadeusz Małachowski postanowił sportretować swoich znajomych, popchnąć ich w objęcia sławne aktorki i na dodatek upozować całość na płótno wielkiej skali. Postanowił połączyć tradycję wielkiego europejskiego malarstwa i humoru Zielonego Balonika, młodopolskiego spleenu i eviva l’arte!, powagi Matejkowskich płócien i powoli napływającej z Zachodu mody na filozofię egzystencjalną - oto źródła pomysłu na ten obraz.
     Spójrzmy na przykład na sylwetkę podczaszego - Zbigniewa Kujawy (4), która nawiązuje do monumentalnych, robotniczych postaci znanych z socrealistycznych płócien, płaskorzeźb czy rzeźb zdobiących Pałac Kultury i Nauki w Warszawie, tyle że zamiast cegły, podaje kieliszek z winem. Jego gest jest bardzo klasyczny, renesansowy, strój zaś (walonki i kombinezon mechanika) bardzo socjalistyczny.
     Jest też bardzo wyraźne odwołanie do mistrza Matejki, którego artysta bardzo sobie cenił. Autoportret Małachowskiego to przecież wypisz wymaluj parafraza postaci Stańczyka, który kucając na pierwszym planie Hołdu Pruskiego rozmyśla nad przyszłością Rzeczypospolitej.
     Ponad autoportretem Małachowskiego, w dalekiej perspektywie widnieje Don Kiszot z Sancho Pansą, znany z grafik Honoré Daumiera. To mimo rozmazania cytat najbardziej rozpoznawalny. Postać z powieści Cervantesa nieprzypadkowo znalazła się w tym miejscu, gdyż Tadeusz Małachowski czuł się często w żnińskiej rzeczywistości drugiej połowy XX wieku jak błędny rycerz - myślami i twórczością daleko poza tym, czym żyli tutaj ludzie.
     Co do wielkiej sztuki europejskiej, wspomnijmy niderlandzkie portrety zbiorowe, które często bywały właśnie ucztami. Dodajmy: ucztami rozmaitych miłych, rubasznych kompanii. Przecież wznoszący kielich Pan Czesiu (13) o czerwonych policzkach to jedno z wcieleń birbantów Fransa Halsa albo Jacoba Jordaensa (na przykład obraz Król pije tegoż ostatniego). Popatrzmy na Tycjanowe Bachanalia. Obraz Małachowskiego jest podobnie zakomponowany, po części równie szczelnie wypełniony postaciami; przestrzeń jest tu dość płytka, a zwłaszcza po lewej stronie równie zapchana ludźmi, jak w wielu dawnych obrazach.
     Małachowski nie był oczywiście jedynym współczesnym artystą polskim tworzącym kompozycje towarzyskich uczt. Przed nim malował je Zygmunt Waliszewski, zmarły jeszcze przed wojną. Na sławnych płótnach Waliszewskiego widzimy nagie piękności i pijących z nimi a ubranych Don Juanów, a w tle - renesansowe arkadki i muzykantów. Środkowa scena z panną odwróconą tyłem jest jakby wprost wzięta z Waliszewskiego, tyle że ujęta inaczej stylistycznie.
     UCZTA W DOMU LEVIEGO
     Jedno z dzieł, do którego Tadeusz Małachowski mógł nawiązywać w tym obrazie, to Uczta w domu Lewiego namalowana przez Paolo Veronese.
     Najbardziej rzucającą się w oczy cechą wspólną tych dzieł są duże arkady, a w nich zarysowane budynki miasta. Podobne jest także nagromadzenie wielu postaci w dość dużym tłoku i w różnych pozycjach. Każda stanowi ważny element obrazu, odgrywa swoją rolę i wnosi do obrazu własną historię. Uczestnicy uczty rozmawiają, biesiadują, bawią się, być może załatwiają jakieś interesy. Na obu obrazach nie dostrzegamy żadnej wybijającej się postaci z tłumu, którą można by określić jako główną. Wszyscy bohaterowie wydają się być tak samo ważni, choć pochodzą z różnych grup społecznych i reprezentują różne profesje.
     Jeśli - wiedzeni ciekawością - chcielibyśmy się dowiedzieć, kim był ów Levi, co to była za uczta, którą księgę Starego Testamentu powinniśmy sobie przypomnieć - spotka nas zaskoczenie. Nie musimy tego czynić. Obraz zatytułowany Uczta w domu Lewiego nie przedstawia bowiem uczty u Lewiego, lecz... ostatnią wieczerzę.
     Zmiana tytułu nastąpiła wskutek zainteresowana się tym dziełem przez Świętą Inkwizycję, czyli instytucję kościoła katolickiego z kompetencjami do wyszukiwania, nawracania i karania osób głoszących poglądy lub podejmujących czynności sprzeczne z doktryną wiary wyznaczoną przez papieża. Inkwizytorom nie podobało się zamówione u Veronese`a przedstawienie Ostatniej Wieczerzy ze względu na niestosowne, ich zdaniem, potraktowanie wydarzenia dotykającego prawd wiary i życia Chrystusa. Chodziło głównie o ukazanie razem z Chrystusem różnej proweniencji biesiadników, pijanych żołnierzy, karłów, błaznów, luteran z Niemiec i zwierząt. Sprawa nie była błaha, gdyż Inkwizycja miała na swoim koncie już wiele wydanych wyroków kary śmierci w formie spalenia na stosie. Veronese, broniąc się przed Trybunałem Inkwizycji, powoływał się na prawo do twórczej swobody i wyobraźni oraz stosowania własnych artystycznych środków wyrazu. Trybunału to nie przekonało. Malarz w końcu ustąpił, ale uczynił to tylko w kwestii tytułu, nic nie zmieniając w samym obrazie. Zagrożony spaleniem na stosie stwierdził w końcu pojednawczo, że rzeczywiście Inkwizycja ma rację, ten obraz nie może przedstawiać ostatniej wieczerzy, to jest inny posiłek - uczta w domu Leviego.
     Możliwe, że tu właśnie mamy klucz do legendy, że obraz przedstawia ostatnią wieczerzę. Żniński artysta, który przecież doskonale znał arkady Veronese`a i historię obrazu wiedział, że obraz prezentowany pod cywilnym tytułem tak naprawdę przedstawia ostatnią wieczerzę.
     - Biorąc pod uwagę jego krnąbrny i przekorny charakter, można potraktować ten obraz jako prześmiewcze ukazanie żnińskiego towarzystwa w konwencji podniosłego tematu - stwierdza Tadeusz Ruciński, dla którego Tadeusz Małachowski do dziś jest niedoścignionym mistrzem.
     Jego opinię odnośnie tytułu potwierdza Andrzej Wilhelm, przywołując słowa Tadeusza Małachowskiego o tym obrazie: - Jest to „Ostatnia Wieczerza” w doborowym żnińskim towarzystwie.
     SKANDALISTA MAŁACHOWSKI?
     Nazywanie tego obrazu Ostatnią wieczerzą (przez tych, którzy obrazu nie widzieli) czy „Ucztą Baltazara” (przez tych, co widzieli) niesie posmak skandalu. Dodajmy precyzyjnie: skandalu obyczajowego. Takiego, jaki wywołało Śniadanie na trawie Edwarda Maneta. Przypomnijmy: obraz Maneta stoi na przedłużeniu tradycji renesansowej, a malarz ów odwoływał się do wielbionych obrazów Giorgione`a i Tycjana: Burzy i Koncertu wiejskiego, z tym że Giorgione`a i Tycjana wielbiono za klasyczną niewinność kompozycji, Manet zaś wywołał skandal, bo nie namalował anonimowych bogiń lecz bardzo konkretne paryskie panie, znane z tego, że dobrze się czuły w ramionach różnych mężczyzn. Właśnie ta konkretność i aktualny kontekst wywołały wzburzenie. Czy sytuacje są podobne?
     NIE, RACZEJ ŻARTOWNIŚ MAŁACHOWSKI...
     W obrazie Tadeusza Małachowskiego więcej jest zabawy z artystyczną konwencją, niż prowokacji. A panie jednak nie są całkowicie rozebrane i nie spotykamy ich w Żninie, lecz w kinie - tak przynajmniej głosi wersja przekazana nam ustami kolegów artysty; on sam nigdy tej sprawy nie wyjaśnił (my przynajmniej nie dotarliśmy do nikogo, kto słyszałby inne wyjaśnienie), musimy więc wierzyć im na słowo. Wiara musi być mocna... bo aż dwie spośród bohaterek odwracają się do nas plecami.
     Więc skandalu nie ma. Jest raczej przymrużenie oka, przeniesienie się - wraz z doborową żnińską kompanią - w świat marzeń, Don Kichotów, Don Juanów i światowej sławy kochanek. W prowincjonalnym Żninie lat pięćdziesiątych osiągalnych jedynie na jego obrazie.

 

Bartosz Woźniak
współpraca:
Jacek Kowalski
Autor będzie wdzięczny za wszelkie informacje dotyczące obrazu, tel. 505-797-687.
Pałuki nr 1031 (46/2011)

Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta bazy danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj.
Copyright 2006-2010 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry