-
Przez rynek nie ma przejazdu
Do 21 czerwca żniński rynek jest wyłączony z ruchu samochodowego. Zmiany w organizacji ruchu obowiązują także w Szubinie, a z utrudnieniami kierowcy muszą liczyć się w Gąsawie. Szczegóły poniżej.
Najczęściej czytane
- Qumple na trzecim miejscu
- Winni dokonania gwałtów
- Ojciec dwuletniej Wiktorii na wolności
- Wyrok: zgwałcili nastoletnie koleżanki
- Śmiertelna dekompresja w szmaragdowym raju
- Układ rodzinny w Szkole Podstawowej nr 2
- Wielka muzyczna majówka
- Żnin pożegnał profesora
- Ojciec zabił nożem syna
- 650.000 zł straty na basenie w zeszłym roku
- Komendant Lukstaedt zamyka posterunki
- Wola Kożuszkowa z pucharem
Artykuły
- Czwartek, 02 Lutego 2012
Strzelno, straż miejska, policja, interwencja
Dym z papierosa
Strażnik miejski i policjant o mieszkańcu Łąkiego: palił papierosa w miejscu publicznym, był wulgarny, nie chciał pokazać dowodu osobistego. Sławomir Czajka o fukcjonariuszach: pobili mnie, dostałem kopniaka w jądra, bił mnie po twarzy, podarli mi kurtkę.
![]() |
| Sławomir Czajka pokazuje reporterowi podartą - jego zdaniem przez funkcjonariuszy - nową kurtkę fot. Paweł Lachowicz |
PRZYSTANEK
19 stycznia po 17:00 na dworcu PKS w Strzelnie było kilku pasażerów. O 17:25 miał odjeżdżać autobus do Bydgoszczy. Wśród oczekujących na ten autobus był także Sławomir Czajka z Łąkiego (gm. Strzelno). Około 1715 w okolicach dworca pojawił się patrol mieszany policji i straży miejskiej. Radiowozem straży miejskiej podjechali policjant z posterunku policji w Strzelnie st. sierż. Krzysztof Lewandowski wraz ze strażnikiem miejskim Sławomirem Pinczewskim.
Wszystko, co od tej pory działo się na przystanku, w radiowozie i na komendzie, zupełnie inaczej przedstawiają funkcjonariusze i mieszkaniec Łąkiego.
OD UWAGI DO INTERWENCJI
Z relacji komendanta straży miejskiej Pawła Namieśnika wynika, że była to rutynowa kontrola ulic Strzelna. Policjant przebywający na przystanku miał zaważyć, że Sławomir Czajka pali papierosa, łamiąc w ten sposób obowiązujący zakaz palenia w miejscu publicznym (na dworcach obowiązuje obligatoryjny zakaz palenia papierosów). Policjant postanowił mężczyźnie zwrócić uwagę.
- Sławomir Pinczewski nawet nie wysiadł z samochodu, bo całe zdarzenie było potraktowane nie jako interwencja, tylko jako zwrócenie uwagi. Sławek widział, że ta rozmowa nie jest zbyt spokojna, i że mężczyzna zaczyna mocno wymachiwać rękoma. Strażnik znał tego pana, bo to był jego były kolega, jeszcze ze szkoły. Widząc, że sytuacja robi się niezbyt ciekawa wysiadł również z samochodu i zapytał, jaki jest problem. Jednak ten pan nie zamierzał rozmawiać spokojnie. Używał słów wulgarnych. Mówił m.in.: „K...a, co się czepiacie, nie macie co robić? Ja jadę do Bydgoszczy, do pracy - opowiada Paweł Namieśnik.
Z jego relacji wynika, że policjant nie znał mężczyzny i chciał go wylegitymować, ale ten odmówił mu podania danych i udzielenia informacji. Wówczas Sławomir Pinczewski miał do niego powiedzieć, żeby dał te dokumenty, gdyż popełnił wykroczenie, a policjant chce go tylko wylegitymować.
- Ten pan był w widocznym stanie nietrzeźwości i stawał się agresywny. Sytuacja tak się rozwinęła, że funkcjonariusze nie mogli już odstąpić od czynności służbowych i podjęli interwencję. Nie ma czegoś takiego, że strażnik czy policjant prosi o dowód osobisty, a ta osoba mówi: „Sp...j, nie mam”. I tu był koniec kontroli i rozpoczęła się interwencja. Tym bardziej, że na przystanku były inne osoby - mówi Paweł Namieśnik.
Ponieważ mężczyzna nie zamierzał się uspokoić i współpracować z funkcjonariuszami, musieli oni użyć w stosunku do niego siły fizycznej. Funkcjonariusze zdaniem komendanta Namieśnika chcieli zatrzymać mężczyznę i sprawdzić stan jego trzeźwości oraz ustalić dane personalne.
- Jak ten pan usłyszał o zatrzymaniu, wpadł w furię, krzyczał, że nie zdąży na autobus i rzeczywiście nie zdążył. Wtedy dopiero wykrzykiwane epitety w kierunku policjanta i strażnika były konkretne. Absolutnie nie było żadnej współpracy tego pana z patrolem - dodaje Paweł Namieśnik. Funkcjonariusze zgłosili dyżurnemu policji, że zatrzymany do kontroli odmawia poddania się badaniu kontrolnemu na zawartość w organizmie alkoholu. Wówczas dyżurny miał powiedzieć, że jest to drobne wykroczenie i nie ma powodu, żeby zawozić mężczyznę na pobranie krwi. - Oni po prostu nie chcieli go narażać na koszty, bo za badanie on by płacił. Mieli go wylegitymować, potwierdzić dane i wypuścić. Wezwać jak wytrzeźwieje i rozliczyć za nieudzielenie informacji policjantowi, za palenie w miejscu publicznym i używanie wulgaryzmów w miejscu publicznym. Żeby wyegzekwować od niego podanie danych osobowych funkcjonariusze musieli użyć siły fizycznej, ale zgodnej ze sztuką zawodu, gdyż mężczyzna był agresywny - mówi Paweł Namieśnik.
Mężczyzna nie chciał wsiąść do radiowozu i najprawdopodobniej wtedy podczas szarpaniny uszkodzeniu mogła ulec jego kurtka. Zdaniem funkcjonariuszy, którzy złożyli raport u swoich przełożonych, mężczyzna siłą się zapierał rękoma i głową.
- Koledzy moi męczyli się z nim niesamowicie. Wcale się nie dziwię, że kurtkę miał rozdartą, bo to jest normalne przy szarpaninie. Może mieć nawet głowę obitą, bo jak się zastawiał, mógł się o rant samochodu uderzyć. I na taką opcję mogę się zgodzić. Jeżeli któryś, czy policjant, czy strażnik klapnąłby go w twarz czy użył pięści, to już by nie była siła fizyczna, to byłoby nadużycie władzy. A w wyniku szarpaniny mogą powstać otarcia naskórka czy podarta odzież. Każdy, kto się nie stosuje do wydanych poleceń, musi wziąć to pod uwagę. Na przystanku stało kilkanaście osób. Dziwne, że policjant akurat podjechał i wybrał tego jednego. Widocznie powodem było to, że palił papierosa. I od tego się zaczęło. Policjant, tak jak inny człowiek, nie może sobie pozwolić, aby w miejscu publicznym został znieważany. W takiej sytuacji jestem zwolennikiem konkretnych, twardych decyzji i zastosowania środków przymusu. Sławomir Pinczewski jest zasadniczy i nieważnie, czy to jest kolega, czy nie, jak trzeba nawet koledze mandat wypisze. Sławek nie był wcale inicjatorem tej interwencji, Sławek po prostu pomógł policjantowi. Gdy powiedział do mężczyzny: „O co ci chodzi człowieku, daj dowód”, to reakcja była taka - „A ty co Pinczer taki jesteś mocny, bo mundur ubrałeś, ty też spier...j”. Teraz sprawę prowadzi policja - dodał Paweł Namieśnik.
POBILI MNIE
Jeszcze tego samego dnia wieczorem Sławomir Czajka zadzwonił do reportera Pałuk. Spotkaliśmy się z nim w niedzielę 22 grudnia.
Jego relacja ze zdarzenia jest zupełnie odmienna do relacji funkcjonariuszy. Twierdzi, że nie palił papierosa na przystanku, bo doskonale wie, że obowiązuje taki zakaz. Jego zdaniem, palił papierosa idąc ulicą, co nie jest zabronione, a w chwili dojścia na przystanek od razu zgasił go w koszu znajdującym się na przystanku. Mówi, że gdy dotarł na dworzec, jedna ze stojących tam pań spytała go o autobus, który miał odjeżdżać o 17:05. - Powiedziałem jej, że on jeździ tylko w soboty i niedziele. W tym czasie podjechał radiowóz. Usłyszałem, że ktoś krzyczy: „Ej ty, ej ty”. Wtedy ta kobieta do mnie powiedziała, że chyba mnie wołają. Odwróciłem się i w tym czasie wyskoczył policjant z samochodu, złapał mnie za ramię i powiedział: „K...a nie słyszysz, jak do ciebie mówię, że cię wołam”. Ja go zapytałem, że skąd ja mogę wiedzieć, że do mnie krzyczy. „Ej ty” - to przecież do każdego może krzyczeć. W tym wszystkim również udzielał się Pinczewski i mówił: „K...a, nie słyszysz, paliłeś papierosa”. Ja mu odpowiedziałem, że nie paliłem. Stoję tutaj, z tą panią rozmawiam i żadnego papierosa nie paliłem - opowiada Sławomir Czajka.
Jego zdaniem, funkcjonariusz miał zażądać od niego dowodu osobistego i podawał mu alkomat do dmuchania. Mieszkaniec Łąkiego miał powiedzieć, że nie będzie dmuchać, bo spieszy się na autobus.
- Wtedy znowu powiedział: „No k...a, nie słyszysz, jak do ciebie mówię” i wtedy powykręcali mi ręce, a Pinczewski kopnął mnie w jądra, tak, że się skuliłem i zaraz wrzucili mnie do samochodu. Tam zaczęła się dyskusja, że mam podpisać mu mandat. Ja twardo powiedziałem, że nic nie będę podpisywał, żadnego mandatu, bo ja nic nie zrobiłem. Wtedy stwierdzili, że pojedziemy na komendę i tam mnie zabrali. Na komendzie jeszcze Pinczewski mnie pobił, kurtkę mi podarł i bił mnie po twarzy i mówił do mnie: „K...a, nie upieraj się, co taki uparty jesteś”. W końcu oddali mi torbę i powiedział: „A teraz wypierdalaj” - opowiada Sławomir Czajka.
OBDUKCJA
Zaraz po opuszczeniu komisariatu policji poszedł do miejscowego szpitala na obdukcję. Sprawdziliśmy, karta informacyjna założona została w strzeleńskim szpitalu o 18:59. Diagnoza wystawiona przez specjalistę chirurga Marka Banaszewskiego opisuje stan po pobiciu, w tym bóle i zawroty głowy. Wykonano rentgen czaszki, który nie wykazał zmian. Pacjent podał, że został pobity w tym dniu i skarżył się na bóle i zawroty głowy oraz ból kręgosłupa szyjnego. Badanie nie stwierdziło widocznych obrażeń. W wystawionym zaświadczeniu czytamy, że zaleceniem lekarza była wizyta na oddziale neurologicznym w szpitalu w Inowrocławiu. Jednak na takie badanie Sławomir Czajka nie dotarł.
LACZKI
Z jego opowiadania wynika także, że jak wyszedł ze szpitala, to stanął koło sklepu naprzeciwko szpitala. Tam spotkał kolegów, którzy powiedzieli mu, że po mieście jeździ i szuka go strażnik Sławomir Pinczewski.
- Nie wiedziałem, co jeszcze ode mnie chciał, w końcu podjechał pod sklep. Okazało się, że mi z torby wypadły laczki i mówił do mnie: „Na ch... ci to było potrzebne”. Jeszcze raz powiedziałem mu, że nic nie zrobiłem i nie popełniłem żadnego przestępstwa. Powiedziałem mu, że zachowuje się jakby był pod wpływem jakiś narkotyków. Wtedy powiedział mi „Nie świruj” i odjechał. Policjanta nie znalem, ale z Pinczewskim chodziłem do jednej klasy w podstawówce - opowiada Sławomir Czajka.
PO POMOC DO BURMISTRZA
Nasz czytelnik potwierdził, że w czwartkowy wieczór miał wypite, i że było od niego czuć alkohol, ale nie był pijany. Następnego dnia, 20 stycznia, mając przy sobie obdukcję poszedł do burmistrza. - Bo jak myślę, że burmistrz jakieś konsekwencje powinien wyciągnąć. Bo tak bestialsko podejść do człowieka. Ale go nie zastałem. Ja nową kurtkę sobie kupiłem, a on podarł mi ją, a ja tak sobie po prostu 200 zł nie wyrzucę. Ja rozumiem, że ktoś jest na służbie, ale niech normalnie podejdzie, jak człowiek do człowieka. Przedstawi się, a nie żeby od razu w kajdanki kogoś skuwać, bo ktoś ma wypite. Nigdy nie miałem zatargów z policją, jest to pierwszy raz. Nigdy nikt do mnie o nic nie czepiał. Bardzo dziwne było dla mnie, że najpierw czepiali się o papierosa, a później kazali mi dmuchać w alkomat. A żadnego przestępstwa nie popełniłem - skarży się pan Sławomir.
ŚCIGANY, ŚCIGANI
Jeszcze w czwartek Sławomir Czajka zadzwonił do komendanta policji i opowiedział o całym zajściu. Ten miał mu powiedzieć, że ma przyjechać do Mogilna i wtedy porozmawiają. Jednak do niedzieli 22 stycznia, do chwili, kiedy z nim rozmawialiśmy, nie kontaktował się z komendantem. Nie złożył oficjalnego doniesienia. Nie pojechał także na badania neurochirurgiczne, gdyż, jak twierdził, czekał na telefon w sprawie swojej pracy.
Z naszych ustaleń wynika, że sprawę wszczęła policja. Jest to postępowanie wyjaśniające, które obejmuje zachowanie Sławomira Czajki na dworcu PKS: palenie papierosów w miejscu publicznym, używanie słów wulgarnych w miejscu publicznym oraz odmowę podania danych osobowych funkcjonariuszom na służbie.
W poniedziałek 23 stycznia, po 4 dniach od incydentu, Sławomir Czajka zgłosił się na komendę i złożył oficjalne doniesienie o popełnieniu przestępstwa przez funkcjonariuszy. Funkcjonariusze sporządzili dokumentację zdjęciową podartej kurtki i spisali jego zeznania. Otrzymał także wezwanie do stawienia się w komisariacie policji w piątek 27 stycznia o 1940 w celu wyjaśnienia sprawy odmowy przyjęcia w czwartek mandatu.
Paweł Lachowicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1041 (4/2011)







