Artykuł tygodnia
-
Przez rynek nie ma przejazdu
Do 21 czerwca żniński rynek jest wyłączony z ruchu samochodowego. Zmiany w organizacji ruchu obowiązują także w Szubinie, a z utrudnieniami kierowcy muszą liczyć się w Gąsawie. Szczegóły poniżej.
Najczęściej czytane
- Qumple na trzecim miejscu
- Winni dokonania gwałtów
- Wyrok: zgwałcili nastoletnie koleżanki
- Śmiertelna dekompresja w szmaragdowym raju
- Układ rodzinny w Szkole Podstawowej nr 2
- Wielka muzyczna majówka
- Ojciec zabił nożem syna
- Żnin pożegnał profesora
- 650.000 zł straty na basenie w zeszłym roku
- Komendant Lukstaedt zamyka posterunki
- Wola Kożuszkowa z pucharem
- Skowroński w miejsce Kussa
Artykuły
- Piątek, 22 Lutego 2008
Od 1980 roku Marek i Danuta Z. zajmują mieszkanie w domku jednorodzinnym w Żninie. Do niedawna był to ich dom rodzinny, obecnie ciąży na nich wyrok eksmisyjny przeprowadzony przez własną matkę. Wyprowadzić się w tej chwili nie mają dokąd, a mieszkać dłużej w budynku, który ma nowego właściciela, nie sposób.
Historia
W 1980 roku mieszkający na wsi rodzice Marka Z. z myślą o swojej i swoich dzieci przyszłości kupili w grodzie Śniadeckich dom. Mieli w nim zamieszkać wspólnie z dziećmi. Sami nie spieszyli się jednak do objęcia nieruchomości, bowiem pracowali i mieszkali pod Żniniem. Dom nie był w najlepszym stanie. Wymagał remontu.
Marek Z.- za zgodą rodziców - stał się pierwszym lokatorem domu. Wprowadził się doń krótko po ślubie, w tym samym roku, w którym dom kupiono. Na mieszkanie zaadaptował strych, na którym urządził trzypokojowe mieszkanie. Dobrze im się żyło, bowiem - jak mówią sąsiedzi - Marek był bardzo pracowity, a przy tym uczynny. Chętnie pomagał sąsiadom, którzy byli na ogół "na dorobku". Rodzice Marka Z. zamieszkali w domku w 1987 roku. Zajęli mieszkanie na parterze. Marek starał się remontować dom, który był własnością rodziców, a nie jego. Nie było bowiem powodu, aby myśleć o pozostawieniu rodziców samych.
![]() |
| Wodę w tych wiadrach trzeba nosić od sąsiadów fot. Maria Warda |
Cztery lata po śmierci ojca w spokojnym dotychczas domu zaczęło dziać się źle. - "Było to krótko po tym - wspomina Marek Z. - jak matka wyjechała na jakiś czas do córki, która urodziła dziecko. Wtedy też zdecydowała się otworzyć testament pozostawiony przez męża".
Testament otwarty cztery lata po śmierci
Marek Z. wspomina, iż ojciec, który był właścicielem domu, nie spodziewał się, że umrze. Dlatego testament został sporządzony w ostatniej chwili. Dom zapisał na żonę, jednakże z mapek, które zostały sporządzone przez geodetę wynajętego przez ojca, wynika, że ojciec chciał zabezpieczyć synowi mieszkanie. Dom i ogród rozrysowany jest na dwie części, które miały przypaść dzieciom. Sąd przeprowadzając przewód nie wziął - jak mówi Marek Z. - pod uwagę tej intencji zmarłego i całą nieruchomość zasądził matce.
Kobieta, jak się okazało, spieszyła się z uregulowaniem spraw spadkowych, bowiem chciała sprzedać dom. Ogłosiła w prasie, że sprzeda dom z lokatorem. Kiedy nie zgłaszał się kupiec, postanowiła wyeksmitować syna.
Sędzia prowadzący postępowanie w sprawie 11 listopada 1996 roku wydał wyrok o eksmisji. Marek Z. próbował odwołać się od wyroku. W grudniu 1997 roku wnosił sprawę o zabezpieczenie hipoteki przymusowej w kwocie 100.000 złotych, aby w ten sposób zabezpieczyć sobie spłatę tak zwanego zachowku. Sędzia wniosek oddalił uznając, że: "powód Marek Z. w żaden sposób nie uprawdopodobnił, iż brak zabezpieczenia pozbawi go zaspokojenia z tytułu zachowku". Matka zachowku nie wypłaciła, wytoczyła natomiast synowi sprawę o spłatę czynszu. Przegrał i tę sprawę, chociaż - jak zapewnia - ten dom to i tak on utrzymywał (co potwierdzają sąsiedzi).
Marek nie brał adwokata i na procesach bronił się sam. Niewiele zdziałał. Matka, która obecnie mieszka u córki pod Żninem, dom sprzedała, z czego jest bardzo zadowolona. Mówi: - "Testament był na mnie, to z domem mogłam zrobić co chcę". Twierdzi, że syn ją bardzo źle traktował, ubliżał, więc nie ma do niego serca. Ponadto uważa, że syn mógł zadbać o swój los, bo miał książeczkę mieszkaniową.
Marek informuje, że owszem była, ale hiperinflacja spowodowała, że za pieniądze, które były tam odłożone, mógł co najwyżej kupić kilogram kiełbasy. Kobieta wspomina, że ojciec mówił mu: - "Wprowadź się i remontuj dom, ale on nic nie robił". Marek opowiada, że było odwrotnie. Pracował bardzo ciężko, nawet jakiś czas za granicą. Teraz ma sprzęt, dzięki któremu zarabia na życie. Sąsiedzi potwierdzają słowa Marka, a widomo, że "wiedzą sąsiedzi, jak kto siedzi".
Dom z zewnątrz, przyznaje, wymaga remontu. Miał zamiar go odnowić. W tym celu pracował nawet u znajomego, który później miał odpracować przy odbudowie altanki u Marka.
Konflikt z matką spowodował, że nie jest pewien jutra, bowiem w tej chwili nie ma dokąd się wyprowadzić. Matka jest zadowolona z tego faktu i informuje, że jeśli zostanie wyeksmitowany w kwietniu - choćby na bruk, nie będzie jej żal. Wie wszystko, bo kontaktuje się często z nowym właścicielem.
Nowy właściciel
Niewielu było zainteresowanych kupnem domu, a i ci rezygnowali, kiedy dowiedzieli się o sytuacji rodzinnej Marka Z. Dom ostatecznie został sprzedany rok temu. Kupił go Zbigniew N., urzędnik, który mieszkał w Bydgoszczy. Kupując go wiedział, że mieszkanie na piętrze zajmuje rodzina z wyrokiem eksmisyjnym. Jak dowiedziałam się z nieoficjalnego źródła, z tego powodu cena nieruchomości na żądanie Zbigniewa N. została obniżona. Marek Z. przyznaje, że kiedy Zbigniew N. kupował nieruchomość, nie obawiał się o przyszłość swojej rodziny. Nowy właściciel obiecał pomóc mu w załatwieniu mieszkania.
Burmistrz Leszek Jakubowski przyznaje, że Zbigniew N., przychodził w 1997 roku (czyli zanim doszło do transakcji kupna) do urzędu w tej sprawie. Jednakże ze względu na trudną sytuację mieszkaniową w mieście, burmistrz nie mógł zaoferować żadnego lokalu.
Zbigniew Z. pomimo wszystko zdecydował kupić nieruchomość, a lokatorów zmusić, aby sami wynieśli się z domu. W tym celu zamknął piwnicę, w której stał piec do centralnego ogrzewania, lokatorom nie pozwolił palić w piecu kuchennym znajdującym się w ich mieszkaniu. Swoje mieszkanie podłączył do kanalizacji, góra nadal jest przyłączona do przydomowego szamba. Ostatecznie po modernizacji swojej części domu w lutym - zakręcił kurek doprowadzający na piętro wodę. Od tego czasu pani Danka nosi w wiaderkach wodę, którą użyczają jej sąsiedzi. Raz w tygodniu kąpie u nich dziecko.
Zbigniew Z. twierdzi, że w swoim mieszkaniu ma prawo robić co zechce. Podkreśla: - "Kupowaliśmy dom z wyrokiem, ci państwo dla nas nie istnieją". Ma nadzieję, że komornik jak najszybciej wyrzuci ich z domu bo: wyrzucenie na bruk ludzi z wyrokiem jest prawne. Podkreśla też, że Z. nie płacą czynszu.
Państwo Z. twierdzą, że to nie jest prawda. Płacą na konto N. sumę, którą nalicza im biegły sądowy. Mówią: - "Nie mogliśmy zgodzić się na kwotę, jaką życzył sobie N."
Pod dom często zajeżdża policja, jednak stróże prawa nie bardzo chcą wypowiadać się na temat tych interwencji, bowiem jak mówią: - "Policja ma naprawdę poważniejsze kłopoty na głowie".
Państwo Z., wiedzą, że powinni się wyprowadzić, ale nie mają dokąd. Za rok, może nawet wcześniej, wyprowadzą się do Rydlewa, gdzie kupili nieruchomość. Obecnie nie mogą jeszcze przenieść się tam, bowiem ich budynek jest w stanie surowym. Wydali nań wszystkie pieniądze i muszą uzbierać trochę grosza na wykończenie choćby jednego pokoju. Gdyby pan N. okazał trochę cierpliwości, mogliby rozstać się w zgodzie.
Ale pan N. czekać nie chce. Wody nie ma zamiaru włączyć. Tego nie może zrozumieć sąsiad, który przypomina sobie: - "Mnie rodzice uczyli, wody i chleba nikomu nie żałuj, bo nie wiesz, co cię czeka".
MARIA WARDA
Pałuki nr 374 (16/1999)
Pałuki nr 374 (16/1999)






