Artykuły

    Po opublikowaniu artykułu o otwarciu ośrodka dla niepełnosprawnych w Ostrówcach w redakcji zjawiła się czytelniczka. Pokazując zdjęcie uczestniczącego w uroczystości księdza Leszka Zakrzewskiego, proboszcza z Jabłówka, poprosiła, byśmy opisali jego wcześniejszą współpracę z Holendrami.  
    Gdy ksiądz traci zaufanie parafian   
    W styczniu ubiegłego roku holenderska Fundacja Przyjaciół Wschodniej Europy SVO zerwała współpracę z proboszczem parafii w Jabłówku Leszkiem Zakrzewskim, kierując w jego stronę zarzuty. Od tego czasu część parafian Kościoła NMP Różańcowej w Jabłówku, żyje w konflikcie z księdzem, uważając że oskarżenia Holendrów są uzasadnione. Ksiądz temu zaprzecza.  

    SVO
    Fundacja Przyjaźni z Europą Wschodnią (Stichting Vrieden OostEuropa) jest zarejestrowana od 1994 roku w niderlandzkim mieście Enschede. Pomaga ludziom w wielu miejscowościach w Polsce: w Buszkowie, Wąsoszu, Szubinie, Gąbinie, Żędowie, Bydgoszczy, Sulęcinie, a także w Jabłówku. Pieniądze na swą działalność uzyskuje z ofiar i darów, przekazywanych przez holenderskie rodziny i firmy.
   
Początki współpracy
    Współpraca  parafii w  Jabłówku z fundacją została zapoczątkowana dzięki staraniom księdza Zakrzewskiego. To on nawiązał kontakt z Holendrami. SVO informuje, iż miało to miejsce w 1988 roku, podczas spotkania z pierwszą rodziną z Żędowa, której fundacja zaczęła pomagać. Sam ksiądz mówi, że było to tak dawno, że już nie pamięta kiedy.
   
Nawet przyjaźnie
    Regularna pomoc fundacji dla parafian Jabłówka rozpoczęła się w 1990 roku i układała się bardzo pomyślnie. Za pośrednictwem księdza wieś otrzymywała dary, a młodzież trzykrotnie pojechała do Holandii na wakacje. Holendrzy przyjeżdżali do Jabłówka niemalże co roku, zawsze przywożąc ze sobą dary. Czasami były to całe kontenery. Z niektórymi rodzinami nawiązali też bliższe, niemalże przyjacielskie stosunki.
    Nikt w Jabłówku nie zaprzecza, że pomoc SVO dla wsi była i jest w dużej mierze zasługą proboszcza Jabłówka. To on znał język niemiecki biegle, on rozmawiał z Holendrami i brał na siebie trud organizacyjny.
 
    Finansowo uczuleni
    Mieszkańcy są jednak uczuleni na wszystkie finansowe sprawy dotyczące księdza. Rodzina Zbigniewa Słowika przez pięć kolejnych lat przekazywała księdzu pieniądze na opłacenie studiów w seminarium biednego kleryka. - Obowiązku tego podjęły się trzy gospodarstwa domowe mojej rodziny - mówi Zbigniew Słowik - mojej matki Stefanii, stryja Słowika i moje. Pieniądze wręczaliśmy co miesiąc, osobiście księdzu od około 1973 roku. Ponieważ nie dawaliśmy na chwałę wsi, a na chwałę Bogu, nie dopytywaliśmy się szczególnie o dalszy los pieniędzy, ani nawet o pokwitowania. Nie przeszło nam wówczas przez myśl, że pieniądze mogłyby nie dochodzić do głównego, założonego celu. Faktem jest jednak, że nigdy nie poznaliśmy kleryka, któremu opłacaliśmy studia, choć bywa to w zwyczaju. Ani ja, ani moja rodzina nigdy nie otrzymała dokumentów, potwierdzających i wpłaty i istnienie owego kleryka. O takie dokumenty staram się od 1994. Ustnie obiecano mi w Seminarium Gnieźnieńskim sprawdzić sprawę. Niestety nie otrzymałem, jak dotąd potwierdzenia.
    Ksiądz Leszek zapytany o pieniądze dla kleryka odpowiedział, że przekazywał je do wspólnej puli, bez ujawniania, jakiej konkretnej osobie. - Panu Słowikowi obiecałem tą sprtawę wyjaśnić - dodaje.
   
Dobrodziej  
    To nie tylko jedyna sprawa, jaką wierni pamiętają duchownemu. We wsi większość składek na określone cele (np. za deszcz, za pogodę, na kwiaty do Grobu Pańskiego) jest przekazywana w formie imiennej listy, którą parafianie podpisują, łącznie z wysokością kwoty, jaką przekazali. Parafianie zwracają uwagę na niedelikatność takiego postępowania: - Składki powinny być dobrowolne, a sytuacja, gdy każdy widzi, ile dał sąsiad jest krępująca. - We wsi ksiądz ma przydomek "poborcy", "dobrodzieja", śmiejemy się, że niedługo wprowadzi bilety na wejście do kościoła - mówią mieszkańcy.
  
Przyjrzeć się bliżej
    6 lipca 1997 Holendrzy nabrali podejrzeń, że ksiądz nie rozlicza się dokładnie ze wszystkich sum. Od tego czasu członkowie fundacji, przy pomocy tłumaczki polsko - holenderskiej zaczęli się bliżej przyglądać jego działalności, po czym sformułowali 8 zarzutów i zerwali z księdzem współpracę.  
    Ksiądz żałuje, że pracownicy fundacji nie zwrócili się do niego z prośbą o wyjaśnienia. Prezes fundacji, Hennie Kieneker przekazał nam, że rozważał możliwość rozmowy, ale gdy fakty wyszły na jaw, nie widział sensu w usłyszeniu, co ksiądz ma do powiedzenia gdyż i tak by w to nie uwierzył.  
List wyszczególniający wszystkie skargi fundacja wysłała do arcybiskupa Henryka Muszyńskiego. Kuria zapewniła księdza, że wysłała odpowiedź do Holandii, jej treść nie jest jednak znana księdzu.
   
Zarzuty
    Najpoważniejsze z zarzutów to:  
    - przekazanie fundacji na sfinansowanie w roku 1996 wakacji dzieci w Holandii mniejszej sumy, niż zebrana na ten cel od rodziców (chodzi o kwotę rzędu 2 tys. zł., stanowiącej ok. połowę zebranych pieniędzy);
    - nieprzekazanie rodzinie z Bydgoszczy pełnej sumy ofiarowanych jej przez fundację pieniędzy;  
    - pobranie od czterech rodzin kwot na przejazd (150 zł przyznanych dla każdej z rodzin przez opiekę społeczną) - mimo, iż podróż tych dzieci była opłacona przez fundację;  
    - niedostarczanie wszystkich darów rzeczowych do adresatów.  
    Ksiądz odpiera te oskarżenia:  
    - W 1996 roku gotówkę, z której chce rozliczyć mnie fundacja, wydałem w czasie podróży na dodatkowe koszta związane z przejazdem. Gdyby nie te pieniądze, byłbym w czasie wycieczki bez grosza, a w podróży wyskakują czasem niespodziewanie różne wydatki. Część pieniędzy wydałem na prezenty dla Holendrów, poza upominkami od dzieci.  Reszta została w kasie komitetu przeznaczona na fundowane wakacje dla zarządu SVO (6 osób) z objazdem po Polsce.
    - Zarzut jest bezpodstawny. Sprawę rodziny z Bydgoszczy załatwiłem zgodnie z życzeniami ofiarodawcy. Rodzina nie ma o to żadnych pretensji.  
    - Pieniądze od opieki społecznej wykorzystałem częściowo na poczet wyjazdu, a częściowo do kasy Komitetu Charytatywnego.
    - Dary przekazuję adresatom - są na to potwierdzenia. Z resztą część rozwozili Holendrzy sami.
    Na skierowane do kurii zarzuty, znane też części mieszkańców wsi, ksiądz napisał do Gniezna odpowiedź. Każdy z punktów szczegółowo wyjaśnił, popierając posiadanymi dokumentami, jako materiałami dowodowymi.
    Na zakończenie napisał - Przykro mi, że obcy ludzie zawłaszczyli sobie prawo do sympatii lub antypatii w kategorii parafii, siejąc zamęt. Mimo to jestem Holendrom wdzięczny za ten prawie 10-letni trud organizowania pomocy i opieki nad naszą parafią oraz szkołą. Serdecznie im w imieniu naszej społeczności za wszystko dziękuję.
Kuria, ze względu na konieczność korzystania z zasobów wiadomości, które są objęte ścisłą tajemnicą, nie chce ujawnić żadnych faktów w sprawie działalności charytatywnej księdza Leszka Zakrzewskiego.  
   
Podejrzenia
    Ksiądz Leszek przedstawił nam swoje prywatne podejrzenie, dlaczego Holendrzy zerwali z nim współpracę. Ksiądz podejrzewa, że fundacja nie rozlicza się całkowicie ze swoich pieniędzy tam w Holandii; nie ujawnia stanu kont. Kiedy zaczął coś podejrzewać, usamodzielnił się, chciał zorganizować wymianę na własną rękę, stał się dla fundacji niewygodny - mówi ksiądz. Zapytany o dowody, nie potrafi potwierdzić swych domysłów niczym konkretnym.  
Holendrzy zapytani przez "Pałuki", jak rozliczają się ze swoich pieniędzy odpowiadają, że są oficjalnie wpisani do rejestru izby handlowej, rozliczenia sporządza skarbnik, gotówka przechodzi przez bank, a finanase bada komisja kontroli skarbowej.  
   
Podważony autorytet
    Oskarżenie Holendrów znacznie podważyło autorytet księdza w parafii. Wielu mieszkańców jest przekonanych o tym, że zarzuty fundacji są prawdziwe i ksiądz rzeczywiście wykorzystywał gotówkę niezgodnie z przeznaczeniem. - Bez przyczyny nie zrywa się długoletniej współpracy z osobą duchowną - mówi jeden z mieszkańców.
    Stosunki między księdzem, a niektórymi parafianami pogorszyły się. Część rodzin na mszę jeździ do innego kościoła, inni twierdzą, że rozliczenia i postępowanie są indywidualną sprawą księdza i nie należy robić z tego sprawy publicznej.  
   
Kontakty nie ustały
    Mimo zerwania przez Holendrów współpracy z księdzem, kontakty wsi z fundacją zostały utrzymane. Obecnie wymiana darów i współpraca odbywa się za pośrednictwem szkoły i działającego przy niej społecznego komitetu.
Paulina Dobaczewska
Pałuki nr 378 (20/1999)

Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta bazy danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj.
Copyright 2006-2010 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry