-
Przez rynek nie ma przejazdu
Do 21 czerwca żniński rynek jest wyłączony z ruchu samochodowego. Zmiany w organizacji ruchu obowiązują także w Szubinie, a z utrudnieniami kierowcy muszą liczyć się w Gąsawie. Szczegóły poniżej.
Najczęściej czytane
- Qumple na trzecim miejscu
- Winni dokonania gwałtów
- Wyrok: zgwałcili nastoletnie koleżanki
- Śmiertelna dekompresja w szmaragdowym raju
- Układ rodzinny w Szkole Podstawowej nr 2
- Wielka muzyczna majówka
- Ojciec zabił nożem syna
- Żnin pożegnał profesora
- 650.000 zł straty na basenie w zeszłym roku
- Komendant Lukstaedt zamyka posterunki
- Wola Kożuszkowa z pucharem
- Skowroński w miejsce Kussa
Artykuły
- Piątek, 17 Listopad 2006
Plany życiowe a
zdrowie
Renta co rok, choć noga się nie
goi
27-letni dziś mieszkaniec Krotoszyna, gdy
miał 11 lat uległ wypadkowi. Odniósł bardzo poważne obrażenia. Wielokrotne zabiegi i operacje na jego prawej stopie nie
przynosiły poprawy. Wdał się gronkowiec. Mężczyzna nie może prawidłowo chodzić. Ma orzeczone trwałe kalectwo 65%.
Lekarzom z komisji ZUS i urzędnikom nie wystarcza to jednak, by wydać bezterminowe orzeczenie o niepełnosprawności, które
gwarantuje stałą rentę.
Rajmund Andrzejczak w 1990 r. miał 11 lat.
Mieszkał w starym Barcinie. 17 maja 1990 r. wracał do domu rowerem z pobliskiego Krotoszyna. Jechał obwodnicą miasta i na
skrzyżowaniu przed mostem najprawdopodobniej chciał skręcić w lewo, na ul. Kościelną. Jechał za ciągnikiem. Gdy jego rower
wychylił się do skrętu w lewo, w chłopca uderzył jadący z kierunku Bydgoszczy star. Co się wtedy działo, Rajmund Andrzejczak
wie tylko od świadków wypadku. Sam już nic nie pamięta. Po uderzeniu stracił przytomność i dopiero po kilku tygodniach
obudził się w Szpitalu Rejonowym w Szubinie.
Ciągłe zmiany opatrunków to codzienność fot. Karol
Gapiński
Miał wstrząśnienie mózgu i
uszkodzony pień mózgu. Prawą nogę złamał w trzech miejscach. W kości udowej było to złamanie otwarte. Najbardziej jednak
ucierpiała prawa stopa. Lekarzom nigdy nie udało się przywrócić Rajmundowi Andrzejczakowi pełnej sprawności. W prawym
śródstopiu ma tzw. końskie stopie.
Rajmund Andrzejczak został uznany winnym spowodowania wypadku, bo
nie udzielił pierwszeństwa, a ponadto jeździł bez uprawnień, czyli karty rowerowej.
PLANY ŻYCIOWE
A ZDROWIE
Miał nadzieję, że jeszcze będzie swobodnie się poruszać, właściwie innej możliwości nie brał pod uwagę,
dlatego po ukończeniu szkoły podstawowej postanowił zostać kucharzem.
Jednak rehabilitacja nie przynosiła skutku. Nadal
nie miał czucia w stopie i chodził na palcach.
- Komórka nerwowa człowieka składa się z dwóch
wiązek. Jedna odpowiada za możliwość poruszania się. Ona stymuluje mięśnie. Jest też druga wiązka odpowiadająca za możność
czucia temperatury czy dotyku. Gdy ona jest zniszczona, to można mieć paradoksalnie możliwość wykonywania ruchu i brak czucia
w tej samej kończynie jednocześnie - wyjaśnił Marek Szczepaniec, ortopeda z bydgoskiego Szpitala im. Biziela.
- W ostatniej klasie mojej szkoły dr Bogumił Gąsior (ortopeda pracujący w szpitalu w Żninie - przypis
kg), do którego jeździłem na konsultacje do Szubina, gdzie wtedy też przyjmował pacjentów, powiedział, że operację, która
poprawi stan mojej nogi można wykonać w Żninie. Jesienią 1997 r. zdiagnozowano mnie tam i zakwalifikowano na operację -
opowiada Rajmund Andrzejczak.
W pierwszej połowie 1998 r. trzykrotnie leżał w szpitalu w Żninie.
Zastosowano leczenie operacyjne: ...klinowa resekcja stawu Listranca, wydłużenie ścięgna Achillesa, częściowe przecięcie
rozcięgna podeszwowego... - czytamy w karcie leczenia. To właśnie na rozcięgnie podeszwowym do dzisiaj znajduje się rana,
która nie może się wygoić. Pomimo że - jak deklaruje Rajmund Adrzejczak - zastosował wszystkie wskazania lekarskie. Sam robił
codzienne zmiany opatrunku z salcoserylu, raz w tygodniu pomimo bólu i trudności z poruszaniem się jeździł na konsultacje w
poradni urazowo-ortopedycznej. Wreszcie przez 5 tygodni na podudziu nosił opatrunek gipsowy.
Później
Rajmund Andrzejczak wielokrotnie wracał do szpitala w Żninie. Musiał wracać, bo rana się nie goiła. Przechodził wiele
operacji i zabiegów, było to m.in. usuwanie śrub zespoleniowych, oczyszczanie owrzodzenia, operacyjne wycięcie brzegów ubytku
oraz ziarnicy, oczyszczenie przetoki stawu śródstopowego palcowego i wprowadzenie gąbki gentamycytowej, wycięcie przetoki i
ponowne zszycie. Pomimo powtarzanych rozcięć i zszywania, rana się nie goiła. Podobnych zabiegów Rajmund Andrzejczak przeżył
kilkanaście w latach 1998-2003 r.
Chciał się poddać leczeniu w innej placówce. W 2003 r. był w szpitalu im. dra E.
Warmińskiego w Bydgoszczy. Tu usłyszał od lekarza, że w najgorszym przypadku grozi mu amputacja stopy. Zrozumiał tę
przestrogę bardzo emocjonalnie. - Pomyślałem po prostu, że mogę mieć nie kiedyś amputowaną nogę, ale że po prostu oni mi ją
zaraz utną. Pomyślałem, że lepsza noga taka, jaką mam, niż żadna. Stąd zaraz wypisałem się na własne życzenie i uciekłem
stamtąd czym prędzej - opowiada Rajmund Andrzejczak.
Dwa lata później dowiedział się od kolegi z
Barcina, który z obrażeń doznanych w wypadku w Kniei w 2004 r. wyleczył się skutecznie, że bardzo dobrzy specjaliści
ortopedii pracują w szpitalu im. dra Biziela w Bydgoszczy. Pojechał tam.
ZARZUT: GRONKOWIEC
W Bizielu zastosowano oczyszczanie
przetoki i usunięcie martwiaków. Rajmund Andrzejczak leżał tam 3 tygodnie, a nie 2, 3 dni, jak było każdorazowo w Żninie. -
Nie zszyto mi od razu wyczyszczonej przetoki, jak w Żninie. Rana była na głębokość 1,5 cm i kilka centymetrów długości.
Przechodziłem w szpitalu codzienne czyszczenia, płukania. Przyjmowałem antybiotyki doustnie. Wstrzykiwali też leki
bezpośrednio w stopę. Nie zszywali, bo miało się samo zagoić. Po wyjściu ze szpitala chodziłem o kulach, których miałem
używać do czasu całkowitego zagojenia. Jeździłem też do Biziela na konsultacje. Wreszcie zdecydowali, że mogę odrzucić kule i
chodzić na całych stopach, a nie jak koń, na palcach, jak było przez ostatnich 15 lat. Gdy stanąłem na stopach, rana
otworzyła się ponownie. I znów pojechałem do Biziela, gdzie jeżdżę co miesiąc. Zalecili maść “polseptol”, którą
przykładam 2 razy dziennie.
- Niestety, dr Marek Szczepaniec, który prowadzi mnie jako pacjenta,
powiedział podczas którejś z tych wizyt, że rana się do końca nie goi, że w którymś momencie wcześniej złapałem gronkowca.
Dodał, że faktycznie, jeśli byłby to szczególnie złośliwy gronkowiec, to mogą być komplikacje i nawet amputacja stopy, ale
raczej będzie to łagodniejsza bakteria, którą da się zwalczyć.
Rajmund Andrzejczak mówił nam, że
prawdopodobnie zakażenie gronkowcem nastąpiło w żnińskim szpitalu.
Tomasz Zwolenkiewicz, rzecznik
prasowy Pałuckiego Centrum Zdrowia w Żninie, powiedział, że problem gronkowca często jest zbyt demonizowany przez pacjentów i
przez piszącą o tym prasę. Gronkowiec złocisty, który jest najpopularniejszy, bytuje na każdej skórze. Zresztą organizm
człowieka jest domem dla miliona bakterii, a nie oznacza to od razu, że człowiek jest chory.
-
Gronkowiec jest to bakteria saprofityczna, która zmienia wrażliwość na antybiotyki. Na każdym człowieku gnieżdżą się takie
bakterie. Choć nie jestem specjalistą ortopedii, to na pewno gronkowiec złocisty jest najczęstszą przyczyną zapaleń kości u
ludzi. Zapalenie kości wskutek gronkowca zawsze jest ciężkie do zwalczenia, a każdy tego typu przypadek należy rozpatrywać
indywidualnie - zakończył dr Zwolenkiewicz.
NFZ tłumaczy, że rzekome zarażenia gronkowcem w szpitalu
są często spotykanym zarzutem stawianym przez niezadowolonych pacjentów.
- Gdyby Rajmund Andrzejczak
poddał się szczegółowym badaniom, przeprowadzono by posiewy i stwierdzono rodzaj bakterii. On nie jest w stanie udokumentować
w tym momencie, że bakteria nie znalazła się w jego ciele np. z powodu ubytków w zębach, choroby uszu, itd. Zgadzam się
z dr. Tomaszem Zwolenkiewiczem, że człowiek jest siedliskiem bakterii. Czasami lekarze wolą zostawić sprawę nie ruszając
kijem w mrowisku. Nie podjąć rzuconej rękawicy. Później, gdy się wszystko kończy pomyślnie, to wszyscy są zadowoleni, ale,
gdy czegoś nie uda się naprawić, to niezadowolony pacjent szuka wszędzie winnych - powiedział Marek Szczepaniec.
DROGA DO RENTY NA CZAS NIEOKREŚLONY
- Już nie wiem, co robić. Ostatnio zmarła mi matka, mieszkam przez
dłuższe okresy czasu w domu po babci w Krotoszynie sam. Czasami z rodzeństwem, które tu zjeżdża. Ciężko mi patrzeć z nadzieją
w przyszłość, zwłaszcza, że i moja niska renta jest niepewna. Pomimo orzeczonej trwałej niepełnosprawności nie mogę uzyskać
orzeczenia o rencie na czas nieokreślony, a tylko mi to przedłużają - ostatnio raz na rok - i każą powłóczyć nogami po tych
wszystkich przychodniach, szpitalach, gabinetach - żali się Rajmund Andrzejczak.
Wprawdzie 6 kwietnia
1998 r. Wojewódzki Zespół do spraw Orzekania o Stopniu Niepełnosprawności w Bydgoszczy zaliczył niepełnosprawność Rajmunda
Andrzejczaka do umiarkowanego stopnia niepełnosprawności, ale wtedy sam pacjent jeszcze wierzył, że to nie jest kalectwo na
całe życie.
Lekarze prowadzący leczenie podtrzymywali opinię, że mamy do czynienia z 65% trwałym
kalectwem. Niemniej jednak decyzja zespołu orzekającego o stopniu niepełnosprawności wydana była na czas określony, na 3
lata. W 2001 r. zespół wydał nowe orzeczenie - na 4 lata. W 2005 r. na rok i w br. ponownie na rok. Rajmund
Andrzejczak ma już dość. - Nowa noga mi już nie urośnie, więc dlaczego tylko na rok wydajecie mi to orzeczenie? Dlatego, że
nigdy nie pracowałem i ZUS bardzo chce uniknąć płacenia renty? - dopytywał się Rajmund Andrzejczak pani doktor, kiedy w marcu
br. w Bydgoszczy ponownie przedłużano mu ważność orzeczenia. - Pani odpowiedziała mi, że niestety, takie mają przepisy. A ja
tymczasem nie wiem, czy za rok, 10, 15, 20 lat będę miał jeszcze nogę. I co? Wtedy też będę co roku jeździł przedłużać
ważność orzeczenia? Oni bronią się tym, że nigdy nie pracowałem zawodowo i nie mogę dostać trwałej renty. A jak miałem
pracować, gdy kalectwo dotknęło mnie w wieku 11 lat i po osiągnięciu pełnoletności nie nastąpiło cudowne uzdrowienie? Więc
trudno, by mnie ktoś zatrudnił. To kpina, a nie orzecznictwo niepełnosprawności - twierdzi mieszkaniec Krotoszyna.
WSKAZANIE: SZUKAĆ PRACY MIMO WSZYSTKO
- Czasami orzecznictwo ZUS bywa niezrozumiałe - mówi dr Marek Szczepaniec, lekarz prowadzący
barcińskiego pacjenta.
Główny lekarz orzecznik w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych w Bydgoszczy
powiedział nam, gdy przedstawiliśmy sprawę Rajmunda Andrzejczaka, że nie zna tego przypadku osobiście, ale historia jego
orzecznictwa niepełnosprawności stawia według niego sprawę jasno. Otóż stopień niepełnosprawności orzeka się dla
stwierdzenia, czy osoba może podjąć pracę zarobkową nawet pobierając rentę, np. w zakładach pracy chronionej czy na
stanowiskach, gdzie jej niepełnosprawność nie wyklucza pełnej sprawności zawodowej. - Orzekając na czas określony zespół
orzekający moim zdaniem wskazuje temu panu, by szukał on, mimo niepełnosprawności, pracy. Dysfunkcja stopy nie wyklucza pracy
na wielu stanowiskach. Zapewne pewnym błędem mogło być pokierowanie swą edukacją w młodości. Może mógł wybrać inną profesję,
bo jednak w przypadku kucharza dysfunkcja stopy jest dużą przeszkodą - powiedział główny orzecznik w Bydgoszczy.
Obecne - czasowe orzeczenie gwarantuje Rajmundowi Andrzejczakowi 418 zł renty socjalnej i 144 zł zasiłku
pielęgnacyjnego na miesiąc. Te 562 zł musi mu starczyć na utrzymanie oraz na opatrunki, leki na chorą stopę.
SEKUNDA Z ŻYCIA
Lekarz
ortopeda Marek Szczepaniec powiedział, że czasami o ludzkim życiu decyduje sekunda. Że ktoś jechał za wolno, zbyt szybko, czy
miał poluzowany łańcuch w rowerze, bądź za mało powietrza w oponie. - Ileś tam milionów Polaków wychodzi codziennie z domu.
Jest jakiś ułamek procenta, który nie wraca. Noga pana Rajmunda Andrzejczaka być może, gdyby nie pomoc lekarzy wtedy,
gdy miał te 11 lat, może w ogóle dziś by nie istniała. Z drugiej strony rozumiem, że nowa noga mu już nie urośnie, i dla
niego najlepszym rozwiązaniem byłaby proteza - tłumaczy Marek Szczepaniec.
Pomimo że końskie stopie
nie pozwala Rajmundowi Andrzejczakowi chodzić dalej niż kilkanaście kroków, to krotoszynianin nie poddaje się, nie zamyka się
w domu. Codziennie widać go przemierzającego Barcin na rowerze. Prawą nogą naciska na pedał jedynie piętą.





