-
Przez rynek nie ma przejazdu
Do 21 czerwca żniński rynek jest wyłączony z ruchu samochodowego. Zmiany w organizacji ruchu obowiązują także w Szubinie, a z utrudnieniami kierowcy muszą liczyć się w Gąsawie. Szczegóły poniżej.
Najczęściej czytane
- Qumple na trzecim miejscu
- Winni dokonania gwałtów
- Wyrok: zgwałcili nastoletnie koleżanki
- Śmiertelna dekompresja w szmaragdowym raju
- Układ rodzinny w Szkole Podstawowej nr 2
- Wielka muzyczna majówka
- Ojciec zabił nożem syna
- Żnin pożegnał profesora
- 650.000 zł straty na basenie w zeszłym roku
- Komendant Lukstaedt zamyka posterunki
- Wola Kożuszkowa z pucharem
- Skowroński w miejsce Kussa
Artykuły
- Piątek, 03 Październik 2008
* Piotr Mazurkiewicz w podróży dookoła świata * W Singapurze * Odmowa australijskiej wizy
Stanęli w Ameryce
10 kwietnia trwał dla podróżników aż 39 godzin. Wylecieli samolotem z Hong Kongu o 11.30 czasu lokalnego. Po kilkunastu godzinach lotu wylądowali w San Francisco tego samego dnia o 8.00 rano, też czasu lokalnego.
NIE POJADĄ NA NOWY KONTYNENT
CZWARTEK 1 KWIETNIA, DZIEŃ 152
Po dwóch tygodniach znów udajemy się do ambasady australijskiej z nadzieją odebrania wizy i możliwości kontynuowania podróży na Nowy Kontynent i dalej do Ameryki. Wchodzimy po schodach, podchodzimy do okienka, odbieramy paszporty z listem w środku i czytamy... odmowa. Odmawiają nam wiz do Australii i nie jest to żart na pierwszego kwietnia. Zostajemy postawieni przed faktem dokonanym, bez możliwości odwołania się od tej decyzji w tym miejscu. Ani na chwilę nie tracimy zapału i wiary w okrążenie tego świata. Po krótkim zastanowieniu podejmujemy decyzję o wyjeździe do Singapuru i rozejrzeniu się za możliwościami dostania się do Ameryki z innego już kraju. Wieczorem wsiadamy do nocnego pociągu. Jego komfort znacznie odbiega od poprzedniego malezyjskiego pociągu (Kuala Lipis Kuala Tembeling) i ten relacji Kuala Lumpur - Singapur jest już znacznie wygodniejszy. Zasypiamy na siedzeniach wagonu najtańszej klasy, który też wyposażony jest w klimatyzację.
W SINGAPURZE
PIĄTEK 2 KWIETNIA, DZIEŃ 153
Rano docieramy nad granicę, którą bez problemów przekraczamy. Przejeżdżamy pociągiem most nad cieśniną i jesteśmy już na wyspie Singapur. Mija kolejnych kilkadziesiąt minut i znajdujemy się na stacji kolejowej na jej południowo-wschodnim krańcu. Ciekawym jest fakt, że stacja należy do Malezji, mimo że znajduje się na terenie innego już kraju. Zbyt mały Singapur nie ma własnych kolei, a jedynymi kolejami tu dojeżdżającymi są koleje malezyjskie. Na terenie wyspy prawie wszędzie można dojechać, korzystając z komunikacji miejskiej. Wysiadamy i udajemy się w kierunku centrum w poszukiwaniu taniego noclegu. Nasz pobyt w tym miejscu ma jeden główny cel znaleźć połączenie do Ameryki. Mamy kilka planów, jak dokonać tego i od razu ruszamy do roboty. Cały dzień poszukiwań w drogim (jak na południowo-wschodnią Azję) mieście nie przynosi rozwiązania. Udaje się jednak dostrzec jeszcze wyraźniejszy niż w Kuala Lumpur międzynarodowy charakter tego państwa-miasta.
STATEK DO AMERYKI ODPŁYNĄŁ W LUTYM
SOBOTA 3 KWIETNIA, DZIEŃ 154
Kolejny dzień poszukiwań skupia się na sprawdzeniu połączeń morskich, jako że większość agencji linii lotniczych jest dziś zamknięta. Odwiedzamy kilka miejsc w obrębie jednego z największych i najbardziej strategicznych portów świata. Bez rezultatu, ale za to z jednym wnioskiem. Dociera do nas, że pokonanie Pacyfiku na statku w obrębie naszego budżetu graniczy właściwie z cudem. Po 11 września niemalże niemożliwym jest złapanie statku towarowego, prywatne jachty pływające na tym odcinku to niezwykła rzadkość, a jedyny w roku statek pasażerski odpłynął do Ameryki... w lutym. Bogatsi o tą wiedzę wracamy do schroniska. Do naszej hotelowej siedziby wprowadza się starszy Chińczyk i Murzynka z Zimbabwe. Wieczorem idziemy zbadać nocne życie tego kosmopolitycznego miasta. Uwagę przykuwa jeden z kościołów, dookoła którego znajduje się parking samochodowy, restauracja i dyskoteka, ściągająca młodych ludzi.
NIEDZIELA PALMOWA
4 KWIETNIA, DZIEŃ 155
Dziś Niedziela Palmowa, a za tydzień Wielkanoc. Różnorodność połączeń, ale z drugiej strony brak tego jedynego, właściwego i odpowiadającego naszej kieszeni połączenia do Ameryki sprawia, że zaczynamy rozważać różne wersje pokonania Pacyfiku. Nie mamy pojęcia, gdzie będziemy za tydzień, w to największe katolickie święto całego roku. Całkiem możliwy jest: Bangkok, Georgetown, Kuala Lumpur, Singapur, Hong Kong i Dżakarta, a może już Ameryka? Wtedy jaka? Północna, południowa czy środkowa? Msza święta w Katedrze Dobrego Pasterza odprawiana jest również po angielsku. Po mszy udajemy się do niewielkiego centrum, gdzie znajduje się fontanna, należąca do największych na świecie. Mijamy boisko do krykieta i teatr z bardzo oryginalnym dachem, imitującym rybią łuskę. Wieczorem centrum miasta nabiera dodatkowego uroku. Podświetlone palmy ozdabiają już ulice, odwiedzane przez licznych spacerowiczów. Z uwagi na zbliżające się święta postanawiamy obejrzeć film "Niedziela Palmowa w Singapurze".
WRACAMY DO MALEZJI
PONIEDZIAŁEK 5 KWIETNIA, DZIEŃ 156
Niepewni co przyniesie kolejny dzień, wymeldowujemy się ze schroniska. Ruszamy na poszukiwanie rozwiązań pokonania Pacyfiku. Chodzimy od agencji do agencji i uczymy się nowej rzeczy. Najtaniej do Ameryki dolecieć możemy tylko przez Stany Zjednoczone, do których jednak konieczna będzie wiza. Szybko dowiadujemy się jednak, że jej załatwienie w Singapurze potrwa około tygodnia i decydujemy się na rychły powrót do dużo tańszej Malezji. W oczekiwaniu na nocny pociąg, zwiedzamy jeszcze część miasta. W pewnym momencie dostrzegamy papugę, która siedzi sobie na drewnianym palu na jednym z chodników. Pewien odcinek miasta pokonujemy autobusem. Autobusy są tu piętrowe i mają bardzo wysoki standard. Niemalże każdy z nich wyposażony jest w kilka telewizorów. Ciekawą rzeczą są linie wymalowane na słupku, obok kierowcy. Znajdują się na wysokości 0.9 i 1.2 metra i określają wzrost dziecka, do którego uprzywilejowane jest ono jechać na odpowiedniej zniżce (40% - wzrost poniżej 1,2 m) lub za darmo (wzrost poniżej 90 cm). Wieczorem docieramy na znaną nam stację kolejową, na której widnieje już napis Malaysia. Ruszamy nocnym do Kuala Lumpur.
WIZA PRZEZ INTERNET
WTOREK 6 KWIETNIA, DZIEŃ 157
Rano docieramy po raz trzeci już do stolicy Malezji. Cel wizyty jest dość sprecyzowany: załatwić wizę do USA, wydostać się z Azji i dotrzeć nad Pacyfikiem do Ameryki, gdziekolwiek do Ameryki, byle w obrębie naszego budżetu. Z takim założeniem ruszamy w biegu do pracy. To wszystko co dzieje się od tej pory do Wielkanocy można spokojnie nazwać bardzo wyraźną ingerencją Bożą w naszą wyprawę. Po pierwszym telefonie do jednej z agencji amerykańskich linii lotniczych, okazuje się, że jest połączenie w cenie dwukrotnie niższej niż najtańszy dotychczasowy, znany nam bilet lotniczy z tej części świata do Ameryki. Dokonujemy rezerwacji lotu i udajemy się do ambasady Stanów Zjednoczonych. Tu kolejna miła niespodzianka. Dowiadujemy się, że składając podanie o wizę przez internet, jest szansa otrzymania jej w ciągu jednego dnia. Spędzamy kilka godzin na kompletowaniu dokumentów i składamy podania w jednej z kafejek w centrum Kuala Lumpur. Padnięci, ale z wielką nadzieją szybkiego opuszczenia Azji i kontynuacji wyprawy, kładziemy się spać.
CZEKAMY NA WIZĘ
ŚRODA 7 KWIETNIA, DZIEŃ 158
Po wczorajszym złożeniu internetowego podania o wizę, idziemy osobiście do ambasady USA. Kilka godzin czekamy na naszą kolej rozmowy z urzędnikiem imigracyjnym. W poczekalni widnieją zdjęcia prezydenta Busha i innych polityków amerykańskich. Na ścianach można dostrzec również listy gończe terrorystów poszukiwanych przez amerykański rząd. Przychodzi nasza kolej na rozmowę. Miły urzędnik pyta o naszą dotychczasową podróż, widząc liczne wizy i stemple graniczne z dotychczasowej części wyprawy. Pyta również o sytuację polityczną w Polsce, po czym mówi z uśmiechem na twarzy: "Proszę przyjść po wizę jutro o 14.00". Wersja opuszczenia Azji przed Wielkanocą, samolotem w granicach naszego budżetu, stała się błyskawicznie bardzo, bardzo realna.
WIELKI CZWARTEK W MALEZJI
8 KWIETNIA, DZIEŃ 159
Dziś Wielki Czwartek. Rano przygotowujemy plan działania. O 14.00 odbieramy wizę do Stanów i od razu udajemy się do linii lotniczych kupić bilet na lot, na który mamy już rezerwację od przedwczoraj. Załatwiamy to bez problemu, targując jeszcze nieco i tak tanią już cenę biletu. Od miłej agentki dostajemy zniżkę dla Polaków i zniżkę za opłatę gotówkową. W ten oto sposób dostajemy do ręki bilet lotniczy na jutro na trase: Kuala Lumpur - Singapur - Hong Kong - San Francisco - Mexico City. Za lot do Meksyku musielibyśmy zapłacić w Singapurze po 1.100 dolarów amerykańskich. Tu udało się to zrobić za 530. Jesteśmy niesamowicie zadowoleni z takiego rozwoju sytuacji. Wieczorem idziemy do kościoła, jest Wielki Czwartek. Na mszy świętej, ksiądz siada z miską wody przed ołtarzem i obmywa nogi kilkunastu wybranym wiernym. Wieczorem Paweł udaję się jeszcze na Adorację Najświętszego Sakramentu, co jest i w zwyczaju malezyjskich katolików.
WIELKI PIĄTEK W SINGAPURZE
9 KWIETNIA, DZIEŃ 160
Wielki Piątek. Przyszedł czas na opuszczenie Azji. Poranek i wczesne popołudnie wykorzystujemy na sprawy organizacyjne, związane z wyjazdem. Myślami jesteśmy już powoli w Ameryce, ale fizycznie tkwimy ciągle jeszcze w stolicy Malezji. W kościele odbywa się droga krzyżowa. Przypominają się nam sceny z oglądanego kilka dni temu w Singapurze filmu. Po południu ruszamy w kierunku lotniska, oddalonego od Kuala Lumpur o kilkadziesiąt kilometrów. Czekamy kilka godzin i pakujemy się do samolotu. Odrywamy się od ziemi z wielkim przyśpieszeniem. Nie ma nawet czasu napić się w powietrzu herbaty. Po 35 minutach jesteśmy już ponownie w Singapurze. Tym razem nie opuszczamy nawet lotniska. W oczekiwaniu na kolejny lot do Hong Kongu spędzamy tam całą noc. Korzystamy z darmowego internetu, filmów, otwartego całodobowo sklepu i ogródka z basenem na dachu lotniska, dostępnego w nocy też za darmo. Tej nocy nie śpimy wcale.
WIELKA SOBOTA W SAMOLOCIE I W AMERYCE
10 KWIETNIA, DZIEŃ 161
10 kwietnia 2004 roku to najdłuższy dzień naszego życia. Właśnie się zaczął na lotnisku w Singapurze. Dziś przekroczyć planujemy samolotem linię zmiany daty. Rano lecimy do Hong Kongu, spędzamy na lotnisku kilka godzin i o 11.30 mamy lot do San Francisco. Pakujemy się na pokład "Boeinga 747" z 350 pasażerami na pokładzie. Lot trwa ponad 11 godzin. Wszystko przebiega zgodnie z planem, ale przekroczenie 180 południka, lecąc z zachodu na wschód, wiąże się z kilkoma ciekawymi zjawiskami. Wylatujemy za dnia i w trakcie lotu oglądamy zachód i kolejny już dziś wschód słońca. Ciągle mamy 10 kwietnia. Innymi słowy, wylatujemy z Hong Kongu o 11.30 czasu lokalnego i po kilkunastu godzinach lotu, lądujemy w San Francisco tego samego dnia o 8.00 rano, też czasu lokalnego. W ten sposób doba trwa dziś dla nas 39 godzin i można powiedzieć, że jesteśmy jeden dzień młodsi. Po wylądowaniu, udaje się nam na chwilę odwiedzić kabinę pilotów i przy okazji zadać kilka pytań jednemu z nich. Dowiadujemy się, że pod koniec lotu, gdy samolot był już lżejszy (w wyniku spalania paliwa), lecieliśmy z prędkością prawie 1.000 km/h i byliśmy na wysokości ponad 10 km nad taflą oceanu. Dziękujemy pilotom za bezpieczny lot, po odprawie paszportowej opuszczamy lotnisko i wczesnym rankiem - ciągle 10 kwietnia - stawiamy pierwsze kroki na amerykańskiej ziemi.
Paweł Maczel
Piotr Mazurkiewicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 646 (27/2004)





