Artykuły

Piotr Mazurkiewicz w podróży dokoła świata
   Dotarliśmy do Belize
   Po szybkim spakowaniu obozowiska ruszamy w stronę granicy z Belize. Podróż zajmuje około trzech godzin. Na granicy dowiadujemy się, że wiza do tego malutkiego kraju leżącego nad Morzem Karaibskim kosztuje 25 dolarów i można ją bez problemu wyrobić na miejscu. Jest jednak mały problem z zapłatą. Pieniądze mamy, ale w czekach podróżnych których pogranicznicy nie przyjmują.

   POBYT W EL RENATE
(8 MAJA, DZIEŃ 191)
   W okolicach tych dwóch, niemal że połączonych w jedno miasteczko znajduje się kompleks jaskiń. Przewodnik o Ameryce Centralnej poleca ich odwiedzenie, więc wybieramy się tam wczesnym rankiem. Idąc pieszo trzeba przejść przez owo targowisko na które przyjechaliśmy wczoraj. Jak zwykle panuje tam ogromny tłok, przepychający się ludzie, wykrzykujący swoje oferty kupcy, a do tego wszystkiego odjeżdżające minibusy, których kierowcy ciągle jeszcze szukają ludzi do kompletu. Komplet pasażerów w gwatemalskim busie to około sześciu osób więcej niż przewidują siedzenia. Do owych jaskiń dochodzimy po około 30 minutach marszu. Brak zainstalowanego wewnątrz oświetlenia utrudnia zwiedzanie, a przy naszych małych latarkach trudno podziwiać ich wielkość. Po odwiedzeniu kilku komór w jaskini wracamy do hotelu, by odebrać plecaki. Z garbami na plecach szukamy busa do El Remate. Pomagają nam w tym naganiacze którzy znakomicie orientują się w rozkładzie jazdy minibusów. Nasze plecaki zostają wrzucone na dach, a my znowu w klaustrofobicznych warunkach pokonujemy kolejne kilometry. El Remate to malutka, atrakcyjna turystycznie wioska leżąca tuż nad brzegiem jeziora. Po przyjeździe, by nie chodzić od hotelu do hotelu z plecakami Paweł i Jacek idą szukać jakiegoś taniego hotelu, a Piotr z Jowitą pilnują bagaży, w czym towarzyszy im grupa dzieci która przyszła zobaczyć kolejnych białasów. Chłopcy wracają po kilkudziesięciu minutach. Mówią, że znaleźli chatę w jakiej jeszcze nie spaliśmy i że na pewno nam się spodoba. I mają rację. Jej ściany do półtora metra wysokości zbudowane są z kamieni, reszta ściany to powiązane ze sobą gałęzie. Dach pokryty trzciną, a drzwi również zbudowane z gałęzi zamykane są na lunch. Do tego wszystkiego wewnątrz brak jakichkolwiek mebli. Są tylko łóżka wybudowane również z kamienia i nakryte materacem. Nie codziennie można spać w czymś takim. Upał, który towarzyszy nam już od rana zmusza do szybkiej kąpieli. Po zrzuceniu plecaków udajemy się czym prędzej nad jezioro. Tam przy jednym z mostów kąpie się grupa dzieci. Widząc, że i my przyszliśmy popływać popisują się umiejętnościami skoków do wody. Jezioro jest płytkie, co sprawia, że woda jest tu niezmiernie ciepła. Po skończeniu kąpieli nasi młodzi znajomi oferują nam własnoręcznie wyrzeźbione w drewnie pamiątki przedstawiające zwierzęta z okolicznej dżungli. Każdy z nas kupuje po jednej z małych rzeźb. Dzień niespodziewanie kończymy meczem piłki nożnej grając z miejscowymi. Mecz kończy się wynikiem 3:7 dla reprezentacji Polski, więc mamy co świętować gwatemalską tequillą.
   NA KONIACH I W KAJAKU
(9 MAJA, DZIEŃ 192)
   Rano od jednego z gospodarzy wypożyczamy konie, na których udajemy się w czterogodzinną przejażdżkę po okolicy. Towarzyszy nam przewodnik, który zabiera nas nad tzw. Słone Jezioro, którego woda wcale nie jest słona. Odwiedzamy również ruiny niewielkiej świątyni Majów, po której zostały tylko kopce ziemi oraz kilka kamiennych tablic z płaskorzeźbami. Mamy również okazję zobaczyć jak wypalana jest dżungla, by pozyskać miejsce pod uprawę kukurydzy. Wypalanie dżungli w Gwatemali jest wielkim problemem, z którym walczy wiele międzynarodowych organizacji jednak wyniki tej walki są raczej mierne. Wycieczkę konną ku naszemu zdziwieniu kończymy wcześniej, ponieważ nasz przewodnik stwierdza, że konie są już zmęczone. My jednak wynajęliśmy konie na cztery godziny, a nie na trzy. Jako rekompensatę dostajemy na godzinę łódź podobną do naszego kajaka zwana "kanuu". Późnym popołudniem próbujemy na stopa dostać się do Tikal. Jednak po godzinie bez rezultatów zatrzymujemy minibusa, którym dojeżdżamy do największego kompleksu Majów w Gwatemali. Jeszcze tego wieczora, tuż po rozbiciu namiotów, udajemy się zobaczyć Wielki Plac, przy którym stoją dwie ogromne piramidy numerowane jako Piramida I i II. Robią one niesamowite wrażenie. Na ich szczyt prowadzą bardzo strome, wysokie schody, z których jak głosi historia byli zrzucani ludzie poświęceni jako ofiara bogom. Cały kompleks położony jest w dżungli, która jeszcze kilkadziesiąt lat temu miała go w swoim władaniu. Po dziś dzień jest ona powstrzymywana przed ponownym wdarciem się do świątyń poprzez systematyczne karczowanie. 
   ŚWIĄTYNIE W DŻUNGLI
(10 MAJA, DZIEŃ 193)
   Pobudkę o 630 rano organizuje nam Jacek. Mówi, że trzeba iść eksplorować, mamy z Pawłem niezły ubaw bo eksplorować, to Jacka ulubione słowo. My jeśli nie ma wielkiej potrzeby to nie wstajemy tak wcześnie, szczególnie jeśli chodzi o zwiedzanie. Mimo tej całej nagonki mówimy, że dojdziemy za chwilę. Jacek i Jowita wychodzą pierwsi, my opuszczamy namioty pół godziny później. Dochodząc do głównego wejścia już z daleka widzimy grupę ludzi stojących i czekających na otwarcie. A co lepsze są wśród nich nasi przyjaciele. Okazało, że wejście na teren świątyń jest otwierane o 800, więc nawet my jesteśmy zbyt wcześnie. Zwiedzanie zaczynamy od widzianego wczoraj Wielkiego Placu, później z mapą w ręku odwiedzamy kolejne świątynie tego wspaniałego kompleksu. Przechodzimy przez ruiny Centralnego i Północnego Akropolis znajdujące się przy Wielkim Placu. Następnie kierujemy się zobaczyć Piramidę V ze szczytu, której rozciąga się zadziwiający widok na dżunglę, nad którą górują czubki Piramid I, II i VI. Kolejne miejsca kompleksu to Plac Siedmiu Świątyń oraz Pałac Nietoperzy. Wchodzimy również na największą piramidę kompleksu oznaczoną numerem V. I tu podziwiamy kolejny przepiękny widok i wystające czubki innych piramid. Zwiedzanie całego kompleksu zajmuje ponad pięć godzin. Wracając na pole namiotowe mamy okazję dostrzec Tukana, kolorowo opierzonego ptaka z wielkim dziobem. Jest on jednym z symboli Gwatemali. Po szybkim spakowaniu obozowiska ruszamy w stronę granicy z Beliz. Podróż zajmuje około trzech godzin. Na granicy dowiadujemy się, że wiza do tego malutkiego kraju leżącego nad Morzem Karaibskim kosztuje 25 dolarów i można ją bez problemu wyrobić na miejscu. Jest jednak mały problem z zapłatą. Pieniądze mamy, ale w czekach podróżnych których pogranicznicy nie przyjmują. Po kilkudziesięciu minutach okazuje się, że jeden z cinkciarzy na granicy zmienił Pawłowi czek na belizejską walutę. Tak więc płacimy za wizę i wjeżdżamy do 13 już kraju na trasie naszej podróży dookoła świata. W tym kraju jako jedynym w Ameryce Centralnej językiem urzędowym jest angielski. Przyczyna tego leży w tym, iż jest on byłą kolonią brytyjską. Na banknotach ciągle widnieje portret królowej Elżbiety II. Idąc z granicy pieszo łapiemy stopa, który dowozi nas do San Ignacio, gdzie na jednym z pól namiotowych rozbijamy nasze M-1.

Piotr Mazurkiewicz
Paweł Maczel
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 653 (34/2004)

Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta bazy danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj.
Copyright 2006-2010 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry