Artykuły

Piotr Mazurkiewicz z Mogilna w podróży dookoła świata 
   Tuńczyki przed oczami
   Rafa tworzy korytarze, w których nurkowanie jest jak latanie. Ryby pływające pomiędzy koralowcami przybierają niemal wszystkie kolory tęczy. Przejrzystość wody jest absolutnie wspaniała. Po dwóch nurkowaniach uraczeni wspaniałymi widokami podwodnego świata oraz nieco wyczerpani wracamy na ląd.

   KOKOSOWY RUM (11 MAJA, 192 DZIEŃ)
   Pogoda jak na karaibski kraj przystało - wspaniała. Jacek i Jowita wyruszają na krótką wycieczkę po okolicy. My załatwiamy sprawy w internecie oraz musimy zrobić małe pranie. Wieczorem organizujemy grilla, w czasie którego smakujemy przysmak karaibskich piratów czyli rum kokosowy. Polecamy. Na naszą imprezę wpada mieszkająca już od sześciu lat w Belize Francuzka, która współpracuje tu z lokalnymi muzykami.
   KĄPIEL W NIEBIESKIEJ DZIURZE (12 MAJA, 193 DZIEŃ)
   Wczesnym rankiem zwijamy nasze obozowisko i lokalnym autobusem ruszamy do Belmopan, stolicy kraju. Belmopan to małe miasteczko. Ma tylko 4.000 mieszkańców, a stolicą zostało tylko dlatego, że położone jest w centralnej części kraju. Nie zabawiamy tam długo. Po 15 minutach siedzimy już w kolejnym autobusie wiozącym nas w kierunku morza, na które z niecierpliwością czekamy. Po drodze wysiadamy zobaczyć małe oczko wodne o nazwie "Blue Hole". Położone w dżungli, stanowi jedną z atrakcji tutejszego parku narodowego. Przy wejściu strażnik wymaga uiszczenia opłaty za zobaczenie całego parku. My jednak chcemy się tylko wykąpać w owej "Niebieskiej dziurze" i ruszyć dalej. Udajemy się więc do drugiego wejścia oddalonego kilka kilometrów. Po drodze próbując złapać stopa łapiemy ciągnik z przyczepą pełną pomarańczy, na której dojeżdżamy pod drugie wejście. Tu udaje się nam przekonać strażnika i wejść na małą kąpiel bez opłaty. Po kilku minutach marszu wąską, kilkusetmetrową ścieżką przez dżunglę, naszym oczom ukazuje się małe oczko wodne, będące zarazem początkiem strumienia. Woda jest tu bardzo zimna, co niesamowicie orzeźwia podczas upału. Po kąpieli wracamy na drogę i ruszamy dalej w kierunku wybrzeża. Dojeżdżamy do Dangrigi, małej portowej miejscowości położonej tuż nad Morzem Karaibskim. Pierwsze kroki kierujemy ku plaży. Już z daleka widać spienione fale i lekki wiatr od morza. W końcu dotarliśmy na Karaiby. Po przywitaniu się z morzem wracamy do centrum na obiad oraz po informacje o łodziach odpływających do Hondurasu. Dowiadujemy się, że dziś jedna łódź już odpłynęła, a następna będzie za dwa dni. Cena 50 dolarów od głowy. Obiad - co może wydać się dziwne - spożywamy w chińskiej knajpie, gdzie jak wiadomo jest zawsze najwięcej i najtaniej. W Belize poza rdzennymi czarnymi mieszkańcami żyje wielu Chińczyków. Plotka głosi, że jeszcze kilka lat temu można było legalnie stać się obywatelem tego kraju za 1.000 dolarów, więc Chińczycy masowo tu wyemigrowali. Z Dangrigi na stopa ruszamy do Independenci, kolejnego portowego miasta. Po drodze mijamy plantacje bananów i trzciny cukrowej. Kierowca pick-upa podwozi nas aż na przystań, bo jak się po chwili okazuje, próbował coś na tym kursie zarobić. My, jako młodzi podróżnicy, forsą nie szastamy, wiec uściskiem dłoni dziękujemy za podwiezienie. Na przystani cena za rejs do położonej na bardzo długim półwyspie Placenci jest dla nas zbyt wysoka. Wracamy na drogę i próbujemy dostać się tam drogą lądową, która jest niestety znacznie dłuższa. Kawałek podwozi nas młoda Wenezuelka pracująca dla organizacji charytatywnej budującej domy dla biednych. Resztę drogi pokonujemy autobusem. Na miejsce dojeżdżamy późnym wieczorem. Hotele nie należą tu raczej do najtańszych. Mazur z Jowitą szukają jakiegoś miejsca pod namiot, Paweł z Jackiem zostają z bagażami. Ciężko jest jednak poszukać odpowiedniego miejsca na biwak po zmroku. Paweł załatwia nocleg za 5 dolarów w starym, nieczynnym sklepie, którego właścicielka serwuje w cenie kolację. Zasypiamy na drewnianej podłodze.
   KARAIBSKIE KĄPIELE (13 MAJA, 194 DZIEŃ)
   Skoro świt z garbami na plecach odchodzimy od centrum Placenci i rozbijamy namioty na bocznej plaży. Cały dzień upływa na wylegiwaniu się w słońcu przerywanym kąpielami w ciepłej wodzie Morza Karaibskiego. Po południu organizujemy mały wypad do miasteczka po jedzenie oraz kupujemy bilety na jutrzejszy rejs do Hondurasu. W drodze powrotnej zrywamy kilka kokosów, których mleko jest niezłym napojem orzeźwiającym. Obserwujemy również bawiące się kilkadziesiąt metrów od brzegu delfiny.
   MOTORÓWKA DO HONDURASKIEGO PORTU (14 MAJA, 195 DZIEŃ)
   Rankiem jak na Karaiby przystało orzeźwiająca kąpiel w morzu. Następnie zwijamy namioty i ruszamy na przystań, skąd o 12.00 odpływa nasza łódź. Odprawa paszportowa przebiega na pokładzie naszej wielkiej motorówki, która mieści 25 pasażerów. Rejs do do honduraskiego portu Puerto Cortes trwa ponad 2,5 godziny. Łódź płynąc z zawrotną prędkością skacze na falach niczym zając. Całe to kołysanie i wstrząsy powodują, że co mniej odporni pasażerowie zaczynają wymiotować. Nie należy to do najciekawszych widoków, więc aby i nam się nie zebrało na chorobę morską najlepiej jest jak najszybciej zasnąć. Odprawa celna w honduraskim porcie przebiega bez problemów i większych strat w gotówce. Pomimo braku wiz dla obywateli Polski, musimy uiścić opłatę turystyczną w wysokości 3 dolary na głowę. Z portu trafiamy do małej knajpy, gdzie spożywamy pysznego kurczaka i smażone pataty (owoce wyglądem przypominające banany, ale smakujące jak ziemniaki). Dziwne, ale smaczne. Następnie minibusem dojeżdżamy do San Pedro Sula i dalej autobusem do La Ceiba. W czasie drogi poznajemy dwóch Niemców, dwie Angielki oraz kilka Szwedek. Wszyscy oni również zmierzają na wyspę Utilę. Późnym wieczorem dojeżdżamy do wspomnianego wcześniej miasteczka. Kierowca autobusu podwozi nas pod hostel, z którym ma oczywiście układ. Proponuje również podwiezienia jutrzejszym rankiem do portu, na co zbiera już dziś pieniądze. My jednak tłumaczymy mu, że płacimy zawsze po kursie, a nie przed.
   NURKUJEMY W KORALOWEJ RAFIE (15 MAJA, 196 DZIEŃ)
   Pobudka o 6.00 nie należy do najciekawszych, ale cóż takie życie podróżnika, że nieraz trzeba się zerwać rankiem. Autobus już czeka, ale zjawiają się również taksówkarze, dla których kurs do portu to niezły zarobek. Widząc, że kierowca autobusu chce ich "wykręcić" z interesu, szybko wybijają mu to z głowy kilkoma groźbami. No i dopinają swego. Skołowani i zdenerwowani ludzie wiedząc, że za kilkanaście minut odpływa prom zapominają o wpłaconych wcześniej pieniądzach i czym prędzej wsiadają do podstawionych taksówek. Na szczęście my nic nie wpłacaliśmy, więc nie mamy z tym żadnego problemu, a co lepsze po targach dostajemy znacznie lepszą cenę na taxi. W czasie prawie dwugodzinnego rejsu znów nieźle buja. Utila to mała wysepka będąca mekką dla nurków. Leżąca na Morzu Karaibskim otoczona jest południową częścią drugiej co do wielkości rafy koralowej na świecie. Trafiają tu głównie ludzie młodzi o małej zasobności portfeli, gdyż ceny za nurkowanie są tu najniższe na świecie. Tuż po dopłynięciu zostajemy obdarowani ulotkami szkół nurkowych. Na głównej ulicy widać młodych ludzi z podręcznikami nurkowania w ręku. My trafiamy do szkoły "Paradise Divers" prowadzonej przez Francuza Pascala. Mazur, Jowita i Jacek mają już kurs płetwonurka. Paweł zamierza go zrobić właśnie w tej szkole. Po zakwaterowaniu w hotelu szkoły, Pascal pyta kto chce już dziś płynąc nurkować na rafie. Po szybkim dopasowaniu i wybraniu sprzętu całą trójką siedzimy na łodzi, która zabiera nas na rafę. Paweł ma dziś teorię i podstawy, więc zostaje na brzegu. Na łodzi poznajemy młodą Japonkę mieszkającą tu już od pół roku, parę z Izraela, Szwajcarkę i Francuza robiących kurs instruktora. Nurkowanie na tej rafie to niesamowite przeżycie. Rafa tworzy korytarze, w których nurkowanie jest jak latanie. Ryby pływające pomiędzy koralowcami przybierają niemal wszystkie kolory tęczy. Przejrzystość wody jest absolutnie wspaniała. Po dwóch nurkowaniach uraczeni wspaniałymi widokami podwodnego świata oraz nieco wyczerpani wracamy na ląd. Tam szybko padamy do łóżek na małą drzemkę. Wieczorem odwiedzamy lokalne knajpki, w których panuje jeden temat - nurkowanie.
   TUŃCZYKI PRZED OCZAMI (16 MAJA, 197 DZIEŃ)
   Wypływamy o 7.00 rano. Dziś płyniemy na inną część rafy. Znów niesamowite przeżycia podczas pierwszego nurkowania. W tym podwodnym świecie ciszy jest tak wspaniale, że aż nie chce się wracać na powierzchni. Po pierwszym nurkowaniu odwiedzamy malutką wysepkę, na której czekają przygotowane już hamburgery zamówione przez kapitana naszej łajby. Następne nurkowanie mamy na nieco płytszej wodzie. Mamy tu jednak okazję zobaczyć trzy ogromne tuńczyki przepływające tuż przed naszą podwodną grupą. Po powrocie znów robimy drzemkę. Po południu zwiedzamy wyspę, docierając na jeden z jej końców, gdzie mieści się mała plaża. Wieczorem przypadkiem trafiamy na prywatną imprezę, gdzie kilku instruktorów świętuje swoje urodziny. Z tej okazji piwo i rum są za darmo, więc zabawa na całego.
   JUTRO OPUSZCZAMY UTILĘ (17 MAJA, 198 DZIEŃ)
   Znów pobudka przed 7.00 rano. Tym razem Paweł wypływa z nami. Bierzemy podwodny aparat, by uwiecznić nasze podwodne przygody. Świat ciszy tak jak zawsze i dziś jest wspaniały i pełen niespodzianek. Przez ponad 40 minut podziwiamy podwodne życie, obserwując żyjące tam rośliny i zwierzęta. Po krótkiej przerwie na hamburgera na zaprzyjaźnionej wysepce znów wracamy pod wodę. Po drugim nurkowaniu równie wspaniałym jak wcześniejsze, mamy okazję porozmawiać z Pascalem, który mieszka na Utilii już kilkanaście lat i jak mówi nurkuje od zawsze. Ma za sobą już ponad 9.000 nurkowań i ciągle mu się nie nudzi pod wodą. Mówi, że za każdym nurkiem odkrywa coś nowego o sobie i podwodnym świecie. Poznajemy również inne młode osoby i ich sposób na życie. Po zdobyciu uprawnień instruktora nurkowania, podróżują oni po świecie i pracują jako instruktorzy nurkowania. Mieszkając i pracując w miejscach, które zwykły śmiertelnik zna tylko z katalogów turystycznych, odkładają pieniądze na lot do kolejnego raju nurkowego. Po południu robimy małe zakupy pamiątek z tej cudownej wyspy. Jutro rano opuszczamy Utilę, więc wieczorem przy piwie planujemy następny dzień.

Piotr Mazurkiewicz
Paweł Maczel

Pałuki i Ziemia Mogileńśka nr 656 (37/2004)

Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta bazy danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj.
Copyright 2006-2010 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry