Artykuły

Tak wygląda centrum Tegucigalpy, stolicy Hondurasu. Po obu stronach głównej ulicy mieszczą się stragany, na których można dostać wszystko. Towarzyszą temu tłumy ludzi, trąbienie przeciskających się między nimi samochodów i autobusów oraz głośno rozbrzmiewające honduraskie hity muzyczne.
       fot. Piotr Mazurkiewicz
Wszędzie na ulicach stolicy Hondurasu pełno żołnierzy
       fot. Piotr Mazurkiewicz
Nad Jeziorem Nikaraguańskim leży założona przez kolonistów hiszpańskich Granada. Kolorowe bryczki można spotkać na każdej ulicy
       fot. Piotr Mazurkiewicz

Piotr Mazurkiewicz w podróży dookoła świata
   Raz w Hondurasie
   My zostajemy w Tegucigalpie, stolicy Hondurasu. Na centralnej ulicy wszystkiemu towarzyszą tłumy ludzi, stragany i trąbienie przeciskających się między nimi samochodów. Ulica ta biegnie również nad rzeką będąca niczym innym jak zlewiskiem ścieków z całego miasta. Na jej brzegu dostrzec można dziesiątki sępów, żywiących się wyrzuconymi do rzeki śmieciami i padliną.

   SPALIŚMY W CHACIE NA PALACH
(18 MAJA, 199 DZIEŃ)
   Rano promem opuszczamy piękną wyspę Utilę. Podczas ponad godzinnego rejsu w stronę stałego lądu, korzystamy z okazji i wymieniamy informacje z innymi podróżnikami. Po dopłynięciu do portu w La Ceiba i znalezieniu autobusu do San Pedro Sula planujemy, gdzie spędzimy kolejny nocleg. Spontanicznie wybieramy Pulhapanzak, małą wioskę, obok której znajduje się ogromny wodospad. Czasu na dotarcie mamy niewiele, a droga jeszcze długa. W San Pedro Sula zmieniamy autobusy. W czasie oczekiwania na kolejny, idziemy rozejrzeć się za biletami lotniczymi do Europy. Jacek z Jowitą zostają z plecakami przy jednym z banków. Ceny biletów w tutejszych agencjach niestety przerażają. Dużo ponad nasz budżet. Późnym popołudniem kolejnym autobusem ruszamy w stronę wioski z wodospadem. Na miejsce przyjeżdżamy po zmroku. Ostatni etap tuż pod sam wodospad pokonujemy pieszo pytając co jakiś czas o drogę mieszkańców wsi. Zasypiamy pod namiotami rozbitymi w opustoszałej chacie na palach, słysząc w oddali huk spadającej z dużej wysokości wody. 
   TOTALNE TARGOWISKO
(19 MAJA, 200 DZIEŃ)
   Jacek jak zwykle organizuje bardzo wczesną pobudkę. O świcie całą czwórką ruszamy zobaczyć wodospad, którego całkowita różnica poziomów wody wynosi ponad 400 metrów. Położony w totalnej dziczy, robi niesamowite wrażenie. Nasyceni widokiem wracamy do namiotów i po sprawnym spakowaniu, ruszamy na południe. Tuż po wyjściu na drogę łapiemy stopa. Para młodych Kanadyjczyków podróżujących lądem aż z Kanady zabiera nas swoim mikrobusem do Tegucigalpy. Tu żegnamy się z Jackiem i Jowitą. Towarzyszyli nam na szlaku przez ponad dwa tygodnie, a teraz niestety muszą przyśpieszyć swoją podróż, ponieważ mają odlot z Panamy do Miami już za tydzień, a przed nimi jeszcze trzy kraje. My zostajemy w Tegucigalpie, stolicy Hondurasu. Nasz hotel znajduje się na końcu ulicy prowadzącej do centrum miasta. Po obu jej stronach mieszczą się stragany, na których można dostać wszystko. Temu wszystkiemu towarzyszą tłumy ludzi, trąbienie przeciskających się między nimi samochodów i autobusów oraz głośno rozbrzmiewające honduraskie hity muzyczne. Mieszanka godna zobaczenia, no i sfotografowania. Ulica ta biegnie również nad rzeką będąca niczym innym jak zlewiskiem ścieków z całego miasta. Na jej brzegu dostrzec można dziesiątki sępów, żywiących się wyrzuconymi do rzeki śmieciami i padliną.
   WJEŻDŻAMY DO NIKARAGUI 
(20 MAJA, 201 DZIEŃ)
   Dzień rozpoczynamy zwiedzaniem miasta oraz poszukiwaniem kolejnej oferty lotu do Europy. Przemierzając zatłoczone uliczki mijamy liczne katolickie świątynie z głównym kościołem Los Dolores, w którym dostrzec można ogromne, wzorzyste i kolorowe witraże. Na ulicach widać również uzbrojone po zęby patrole wojskowe, których żołnierze dumnie pozują do zdjęć. W jednej z agencji turystycznych rezerwujemy lot do Berlina, którego cena jest dość korzystna. Zadowoleni z rezerwacji, po południu ruszamy na wschód w kierunku granicy. Również i tu w Hondurasie żółty autobus wożący niegdyś dzieci do szkoły w USA jest teraz głównym środkiem transportu. Dojeżdżamy nim w okolice przejścia granicznego. Niewiele mamy czasu, gdyż przejście graniczne zamykane jest o 1700. Jedynym sposobem dostania się przed 1700 jest dojechanie na nie taksówką i tak też robimy. Odprawę nikaraguańską zaczynamy przed 1700, powolni celnicy kończą ją jednak po 1700, za co zmuszeni jesteśmy uiścić dodatkową opłatę za nadgodziny ich pracy. Będąc już w Nikaraguii łapiemy stopa na pace, którym późnym wieczorem docieramy do Esteli, małego wiejskiego miasteczka.
   ZWIEDZAMY MANAGUĘ
(21 MAJA, 202 DZIEŃ)
   Na noc nie założyliśmy moskitier przez co budzimy się pogryzieni przez niegroźne moskity. Po szybkim śniadaniu pakujemy się do jednego z pierwszych dziś autobusów, chcąc stosunkowo wcześnie dotrzeć do Managuy - stolicy Nikaragui. Po drodze mijamy liczne wysypiska śmieci, na których żerują popularne bardzo w tej części świata sępy. Widzimy też kilka koczowisk, w których duże grupy ludzi mieszkają w prowizorycznych szałasach. Do stolicy docieramy przed południem. Po zostawieniu garbów w hostelu ruszamy rozejrzeć się po mieście. Również i tu szukamy taniego połączenia do Europy i tu robimy kolejną rezerwację, rezygnując jednocześnie z tej dokonanej wcześniej w Hondurasie. Zwiedzając poruszamy się po bardzo brudnych i ubogich dzielnicach. Niewiele widać poza tymi slumsami. Najlepiej utrzymana część miasta to plac, przy którym znajdują się ruiny starej Katedry, zniszczonej podczas trzęsienia ziemi w 1938 roku. W jej sąsiedztwie stoi Pałac Prezydencki oraz budynki rządowe. Managua położona jest nad ogromnym jeziorem, którego stan czystości niestety przyprawia o dreszcze, szczególnie gdy widzimy kąpiących się w nim ludzi. Na zakończenie dnia spotyka nas miły polski akcent - plac Jana Pawła II - pamiątka po ostatniej wizycie Ojca Świętego. Przed snem natomiast kolejna miła rzecz, a mianowicie lokalne piwo serwowane w szklanych butelkach o pojemności 1 litra.
   PIĘKNA GRANADA
(22 MAJA, 203 DZIEŃ)
   Chcąc czym prędzej opuścić tą mało ciekawą stolicę, autobusem ruszamy do położonych nieopodal ruin Leon Viejo czyli Starego Leon. Trasa wiedzie wzdłuż widzianego wczoraj ogromnego jeziora, na końcu którego widnieje wulkan. W małej wiosce położonej kilka kilometrów od ruin zmieniamy środek transportu i kolejne kilka kilometrów pokonujemy na wypchanym ludźmi tyle półciężarówki. Po dotarciu na miejsce zwiedzamy owe ruiny. Niewiele pozostało z tego prężnego za czasów hiszpańskiej ekspansji ośrodka handlowego i kulturalnego. Jego zniszczenie spowodowane zostało erupcja wulkanu, którego pył i lawa doszczętnie zniszczyły miasto. Wracając na autobus przechodzimy przez małą wieś, której młodzi mieszkańcy żywo reagują na widok dwóch białasów z garbami na plecach. Wsiadamy do autobusu i rozmawiając z miłymi tubylcami pokonujemy kolejnych kilkadziesiąt kilometrów. Powracamy na chwilę do stolicy, z której ruszamy dalej na wschód. Późnym popołudniem docieramy nad Jezioro Nikaraguańskie, nad brzegiem którego położona jest Granada - kolejny ważny ośrodek za czasów Hiszpanów. Miasteczko to znajduje się na liście światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Poza przepiękną, niską i kolorową zabudową, panuje w nim bardzo przyjazny klimat. My zatrzymujemy się w bardzo popularnym i tanim hotelu pełnym młodych ludzi z całego świata. Ku naszemu zdziwieniu spotykamy tu parę Izraelczyków, poznaną podczas nurkowań na honduraskiej wyspie Utili.
   WULKANICZNA WYSPA OMATEPE
(23 MAJA, 204 DZIEŃ)
   Rankiem dalszy ciąg zwiedzana pięknej starówki Granady. Podziwiamy jeżdżące po miecie kolorowe bryczki, do których zaprzęgnięto konie oraz odwiedzamy kolejne stare kościoły, których jest tu mnóstwo. Późnym popołudniem z dworca autobusowego ruszamy do San Jorge. Czekając w autobusie na odjazd obserwujemy krzątające się po korytarzu młode dziewczyny, które sprzedają podróżnym napoje i przekąski. Tanie napoje podawane są w foliowych woreczkach z rurką. Przekąski to głównie owoce oraz tacos (czyli placki kukurydziane) z różnymi sosami. Co ciekawe, kupić też u nich można bieliznę, niestety tylko damską. Po kilku godzinach docieramy do niewielkiego portowego miasteczka San Jorge, położonego nad Jeziorem Nikaraguańskim. Tam oczekując na prom płynący na wulkaniczną wyspę Omatepe zmagamy się z rojem szarańczy. Jest on tak gęsty, że wszystko dookoła łącznie z nami i naszymi plecakami jest dokładnie oklejone małymi muszkami. Podróż promem trwa kilkadziesiąt minut. W czasie jej trwania poznajemy kilku Amerykanów oraz obserwujemy przepiękny zachód słońca. Wyspa Omatepe leżąca na ogromnym jeziorze nikaraguańskim jest jednym z cudów przyrody. Powstała ona w wyniku erupcji dwóch wulkanów, których lawa połączyła je ze sobą. Na wyspie trafiamy do kolejnego znanego podróżnikom hostelu, będącego filią hostelu, w którym zatrzymaliśmy się w Granadzie. I tu spotykamy ludzi poznanych dzień wcześniej w Granadzie oraz poznajemy mnóstwo nowych podróżników. Zasypiamy przy dźwiękach chrapania w wieloosobowej sypialni.

Paweł Maczel
Piotr Mazurkiewicz

Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 657 (38/2004)

Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta bazy danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj.
Copyright 2006-2010 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry