Artykuły

Piotr Mazurkiewicz nad Jeziorem Nikaraguańskim
                fot. Paweł Maczel
Paweł Maczel na tle wyspy Omatepe
       fot. Piotr Mazurkiewicz

Piotr Mazurkiewicz w podróży dookoła świata
   Z Kostaryki w kierunku Panamy
    Mamy również okazję obserwować stado małp, kolorowe ptaki oraz krążące nad nami i szukające padliny sępy. Przez chwilę mamy nawet wrażenie, że czekają na nas, aż padniemy stając się ich pożywieniem.

    RYBA Z GRILLA
    (24 MAJA, 205 DZIEŃ)
    Budzimy się u podnóża jednego z dwóch wulkanów. Wyspa po erupcji przyjęła kształt ósemki. Postanawiamy dziś objechać dookoła wyższy z wulkanów mający 1.610 m n.p.m. Korzystamy z lokalnych autobusów, które obsługują porozrzucane po całej wyspie małe osady. Początkowo trafiamy na czarną plażę, powstałą z pyłu wulkanicznego. Później idąc jej brzegiem docieramy nad mały staw, a także wspinamy się na niewielki szczyt, z którego rozciąga się wspaniały widok na wyspę oraz górujące nad nią wulkany. Mamy również okazję obserwować stado małp, kolorowe ptaki oraz krążące nad nami i szukające padliny sępy. Przez chwilę mamy nawet wrażenie, że czekają na nas, aż padniemy stając się ich pożywieniem. Zbocza wulkanów poprzedzielane są ogrodzeniami, za którymi wypasane jest bydło i konie. Ostatni odcinek z małego miasteczka leżącego po wschodniej stronie próbujemy pokonać na stopa. Jednak brak jakiegokolwiek samochodu przez ponad godzinę zmusza nas do powrotu lokalnym autobusem. Wracamy po zmroku. Niesamowicie głodni udajemy się do poleconej przez innych podróżników knajpki. Tu zamawiamy poleconą również przez nich rybę z grilla z sałatkami i lokalne piwo w litrowych butelkach. I tu niezła niespodzianka, nie chodzi jednak o wielkość piwa, bo do litrowych butelek już przywykliśmy, ale o rybę. Po kilkudziesięciu minutach miła kelnerka serwuje nam usmażoną na grillu całą rybę, mającą ponad 30 cm długości. I z uśmiechem na twarzy, życzy smacznego. Po zjedzeniu takiej kolacji, aż trudno się ruszyć. Tak więc się nie ruszamy i zamawiamy kolejne litrowe nikaraguańskie długo warzone, by ryba mogła sobie popływać.
   W KIERUNKU KOSTARYKI
    (25 MAJA, 206 DZIEŃ)
   Wcześnie rano opuszczamy wyspę i wracamy do portu w San Jorge. Tam chcąc wysłać widokówki zostajemy skierowani do jedynej czynnej poczty znajdującej się w stolicy prowincji - miasteczku Rivas. Po wysłaniu kartek trafiamy na obskórnie wyglądający dworzec, stąd ruszamy autobusem w kierunku przejścia granicznego z Kostaryką.
    Przed wejściem na teren przejścia granicznego zostajemy zmuszeni do uiszczenia opłaty w wysokości 1 dolara. Na początku nie zgadzamy się na zapłatę, ponieważ kobieta ją zbierająca nie wygląda na pogranicznika. Jednak po chwili do naszej rozmowy włącza się jeden ze strażników granicznych i nakazuje ją uiścić. Będąc już na terminalu, kolejny pogranicznik robiący odprawę paszportową żąda od nas kolejnej opłaty wyjazdowej z Nikaragui w wysokości 4 dolarów. My pokazujemy kwitek, że chwilę temu płaciliśmy 1 dolara opłaty, a on na to, że to nie była żadna opłata graniczna i nie musieliśmy jej płacić. No i znów sięgamy do kieszeni. Odprawa kostarykańska, czym jesteśmy zszokowani odbywa się bez żadnych dodatkowych opłat. Tylko stempel i miłego pobytu z ust pogranicznika. 
    Jest wczesne popołudnie, więc aż się prosi by spróbować złapać jakiegoś stopa. Po kilkudziesięciu minutach machania przy drodze wyjazdowej z granicy, trafiamy do kabiny ciężarówki prowadzonej przez miłego Salwadorczyka. Jedzie on dokładnie w naszym kierunku, czyli do stolicy Kostaryki - San Jose. W czasie drogi podziwiamy piękne górskie krajobrazy. Na miejsce docieramy po zmroku i nasze kroki kierujemy do polecanego przez naszą podróżniczą biblię - Hotelu Nikaragua. Hotel ten znacznie odbiega od tych z ostatnich dni. Brak jakichkolwiek młodych turystów.
   STOLICA KOSTARYKI 
    (26 MAJA, 207 DZIEŃ)
   San Jose jest kolejną odwiedzoną przez nas stolicą Środkowej Ameryki. Jest jednak znacznie lepiej rozwinięte i zorganizowane niż te widziane dotychczas. W oczy rzuca się duża ilość sklepów oraz centr handlowych. Ludzie na ulicach są znacznie lepiej ubrani. Czuć, że kraj ten jest znacznie bogatszy niż te z nim sąsiadujące. 
    Również i tu można zaobserwować typowe dla pohiszpańskich miast bardzo regularne ułożenie ulic w mieście. Biegną one do siebie równolegle, a także przecinają się prostopadle, niczym linie w zeszycie w kratkę. Nazwy ulic zostały zastąpione numerami, z wyjątkiem "Ulicy Środkowa" i "Alei Środkowa", od których zaczyna się liczenie. Taki układ ulic bardzo ułatwia poruszanie się po mieście.
    Tu równie szukamy połączenia do Europy i co lepsza trafiamy na niezwykłą ofertę lotu do Madrytu przez Miami za 380 dolarów. To najlepsza cena, jaką do tej pory mieliśmy, nie zastanawiając się zbyt długo po prostu kupujemy go. Termin odlotu na 9 czerwca, mamy więc dwa tygodnie na zobaczenie reszty Kostaryki i krótką wycieczkę do Panamy. Tego samego dnia przez internet kasujemy inne rezerwacje. Wieczorem - tym razem już przy kostarykańskich również litrowych browarkach - planujemy trasę na tych kilkanaście dni.
   W KIERUNKU PANAMY
    (27 MAJA, DZIEŃ 208)
   Rano dużą część naszego bagażu zostawiamy w przyjaznym hotelu, do którego wrócimy za około 10 dni i z lekkimi plecakami wyruszamy w stronę Panamy. W drodze na przystanek autobusowy odwiedzamy miejscową katedrę. Poza pięknymi witrażami w oknach i wspaniałymi kolorowymi kaflami na podłogach w oczy rzucają się pozwijane pod ścianami materace. Poza rolą świątyni, ten Dom Boży służy również bezdomnym jako noclegownia. To pierwszy taki katolicki kościół, jaki spotkaliśmy na naszej drodze. San Jose opuszczamy wczesnym popołudniem. Trasa biegnie głównie górską drogą leżącą na pewnych odcinkach na wysokości około 3.500 m n.p.m. Odczuwamy zmianę ciśnienia, a zewsząd otaczające nas chmury utrudniają podziwianie widoków. Popołudniem docieramy do San Isidro de El General. Tu próbujemy złapać stopa, ale po ponad godzinie bez rezultatów decydujemy się kontynuować podróż autobusem. Wieczorem w strugach deszczu autobus dowozi nas do Neily będącego noclegownią przed wjazdem do Panamy. Znajdujemy tani hotel, a w nim książkę meldunkową, w której widnieje wpis innego polskiego podróżnika. Zadowoleni głośno stwierdzamy: - "Świetnie, nasi tu byli". Kolację jemy w znajdującej się w miasteczku taniej, chińskiej restauracji, gdzie przy kurczaku z ryżem wspominamy dobry czas spędzony w Azji.

Paweł Maczel
Piotr Mazurkiewicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 658 (39/2004)

Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta bazy danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj.
Copyright 2006-2010 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry