-
Przez rynek nie ma przejazdu
Do 21 czerwca żniński rynek jest wyłączony z ruchu samochodowego. Zmiany w organizacji ruchu obowiązują także w Szubinie, a z utrudnieniami kierowcy muszą liczyć się w Gąsawie. Szczegóły poniżej.
Najczęściej czytane
- Qumple na trzecim miejscu
- Winni dokonania gwałtów
- Wyrok: zgwałcili nastoletnie koleżanki
- Śmiertelna dekompresja w szmaragdowym raju
- Układ rodzinny w Szkole Podstawowej nr 2
- Wielka muzyczna majówka
- Ojciec zabił nożem syna
- Żnin pożegnał profesora
- 650.000 zł straty na basenie w zeszłym roku
- Komendant Lukstaedt zamyka posterunki
- Wola Kożuszkowa z pucharem
- Skowroński w miejsce Kussa
Artykuły
- Piątek, 10 Październik 2008
Piotr Mazurkiewicz z Mogilna w podróży dookoła świata
Surfowali na falach oceanu
Ocean oddalił się o kilkadziesiąt metrów od naszych namiotów, co
związane jest z porannym odpływem. Na plaży można zauważyć biegające
bokiem malutkie kraby, które na widok zbliżającego się człowieka
chowają się w norkach wydrążonych w piasku lub uciekają do oceanu.
Poranna kąpiel w oceanie daje prawdziwe orzeźwienie.
DOTARLI DO PANAMY
(28 MAJA, DZIEŃ 209)
Kilkanaście kilometrów docieramy do przejścia granicznego z Panamą. Ciekawą rzeczą jest to, że autobus bez żadnej kontroli wjeżdża i zatrzymuje się już po panamskiej stronie. W tej części świata brak pieczątki wjazdowej i wyjazdowej z kraju to wielkie kłopoty i utrata sporej części gotówki na łapówki. Informują nas o tym również dzieci, których jest mnóstwo na tym przejściu. Wracamy więc po wyjazdową pieczątkę kostarykańską i później po opłacie 1 dolara dostajemy pieczątkę wjazdu do Panamy. Po 10 minutach od wjazdu na teren Panamy zostajemy zatrzymani przez żołnierzy stacjonujących na przygranicznych posterunkach. Z łatwością wychwytują z autobusowego tłumu nasze białe twarze i przerzucając kartki w paszporcie szukają niezbędnych pieczątek. Na szczęście mamy to co trzeba i bez żadnych problemów możemy spokojnie jechać dalej. Po kilkunastu godzinach jazdy Americaną - najsłynniejsza autostrada ciągnąca się przez Amerykę Środkową docieramy do Panama City. Tuż przed wjazdem do stolicy Panamy przejeżdżany przez ogromny most, z którego rozciąga się widok na oświetlony Kanał Panamski. Z dworca położonego na obrzeżach miasta docieramy taksówką do centrum. Miły taksówkarz zawozi nas do najtańszego hotelu. Co ciekawe, ten najtańszy hotel ma na dachu basen z widokiem na miasto i SKY TV. Więc po zrzuceniu garbów, śmigamy troszkę popływać przed snem.
NAD KANAŁEM PANAMSKIM
(29 MAJA, DZIEŃ 210)
Głównym celem dzisiejszego dnia jest zobaczenie Kanału Panamskiego - będącego jednym z największych cudów budownictwa na świecie. Idąc w kierunku stacji autobusowej, przechodzimy przez ulicę pełną straganów. Widzimy tu wielu Murzynów, którzy mieszkają w tej części miasta. Po około 30 minutach jazdy lokalnym autobusem docieramy tuż nad słynny kanał, łączący dwa oceany. Miejsce to nosi nazwę Miraflores. Znajdują się tu ogromne śluzy, które opuszczają statek do poziomu wody Oceanu Spokojnego. Z wielkiego tarasu obserwujemy jak ogromny kontenerowiec zostaje wciągnięty do śluzy, a po wyrównaniu poziomu wody wyciągnięty na dalszą część kanału. Znajduje się tu również muzeum Kanału Panamskiego, gdzie dowiadujemy się wielu ciekawych rzeczy na temat budowy i funkcjonowania tego niezwykle praktycznego miejsca. Pokonanie 80-kilometrowego kanału zajmuje około 24 godzin. Trasa składa się z kilku śluz wyrównujących poziomy wody oraz jeziora, przez które przebiega kanał. Do hotelu wracamy wieczorem i siedząc w basenie popijamy zimny browarek podziwiając rozświetlone, nowoczesne centrum handlowe stolicy leżącej tuż nad Pacyfikiem.
KOLONIALNA PANAMA
(30 MAJA, DZIEŃ 211)
Rankiem ruszamy zobaczy starą część miasta zwana - Casco Antiguo (lub Kolonialna Panama). Idąc deptakiem tuż nad brzegiem Zatoki Panamskiej zostajemy ostrzeżeni przez jednego z kierowców byśmy uważali, bo Stare Miasto to bardzo niebezpieczna część Panama City. Ostrzega nas również para turystów, pokazując odcięty pasek od torby. Po dotarciu do głównej ulicy biegnącej przez Kolonialną Panamę, zostajemy zatrzymani przez policjanta na rowerze, który poucza nas byśmy trzymali się tylko głównej ulicy i nie schodzili w wąskie boczne uliczki. Również, by nie eksponować sprzętu fotograficznego. Trzy ostrzeżenia w jednym miejscu, tak źle nie było w żadnym kraju dotąd przez nas odwiedzonym. Chroniona przez UNESCO stara część miasta wygląda na bardzo zaniedbaną. Odchodząca ze ścian budynków farba, powybijane okna, zdemolowane drzwi oraz zawalające się kamienice. Mieszka tu głównie biedota. A przestępczość w tej części miasta jest ogromna. Na tym niewielkim cyplu mieści się kilka kościołów, w skład których wchodzi piękna Katedra Metropolitalna. Mamy również okazję przyglądać się bardzo uroczystej i typowej dla Ameryki Środkowej Mszy Sw. Wieczorem opuszczamy stolicę Panamy i udajemy się na zachód, zmierzając ponownie w kierunku Kostaryki. Późnym wieczorem dojeżdżamy do miasteczka David, brak autobusu do granicy zmusza nas do spędzenia tu nocy.
MOCLEG NAD OCEANEM
(31 MAJA, DZIEŃ 212)
Idąc rano na stację autobusową, mijamy liczne stanowiska wyłożone loteryjką "zdrapka". Mieszkańcy panamskiego miasteczka entuzjastycznie sprawdzają, czy zakupili szczęśliwy los. Z lokalnej poczty wysyłamy również kartki, na które nie było zbytnio czasu w stolicy Panamy. Po kilku godzinach jazdy autobusem, znajdujemy się ponownie na przejściu granicznym z Kostaryką, a po otrzymaniu właściwych stempli w paszporcie jedziemy dalej. Spędzając większość dnia w fotelu autobusu tuż po zmroku docieramy do Uvity - niewielkiej turystycznej osady nad oceanem. Po kolacji w jednej z przydrożnych knajpek, pytamy szefa o drogę na plażę. Po pół godzinnym marszu docieramy nad brzeg szumiącego oceanu, gdzie znajdujemy właściwe miejsce do rozbicia namiotów. Plaża jest bardzo szeroka, jednak zaczynający się przypływ zmniejsza ją z godziny na godzinę. Zasypiamy pod palmami kokosowymi słysząc za ścianą namiotu szum oceanu.
TROPIKALNA ULEWA, HODOWLA MOTYLI
(1 CZERWCA, DZIEŃ 213)
Sen minionej nocy nie trwał zbyt długo. Zbudziła nas tropikalna ulewa, charakteryzująca się bardzo obfitymi opadami. Nasze namioty spisały się jednak na medal, ani kropki wody w środku. Rankiem słychać szelest palm miotanych silnym wiatrem. Pojawia się również słońce i zaczyna się niezły upał. Także ocean oddalił się o kilkadziesiąt metrów od naszych namiotów, co związane jest z porannym odpływem. Na plaży można zauważyć biegające bokiem malutkie kraby, które na widok zbliżającego się człowieka chowają się w norkach wydrążonych w piasku lub uciekają do oceanu. Poranna kąpiel w oceanie daje prawdziwe orzeźwienie. Robimy również małe pranie, które porozwieszane między palmami schnie błyskawicznie. Po południu ruszamy w dalszą drogę. Idąc w stronę głównej szosy odwiedzamy hodowlę motyli. Jej właściciel pokazuje nam cały proces wyhodowanie motyla. Larwy widziane na początku nie wyglądają zbyt imponująco, ale kiedy przechodzimy do pomieszczenia pełnego roślin jesteśmy pod prawdziwym wrażeniem. Motyle latają dookoła nas. Są ogromne i bardzo bardzo kolorowe. Po ponad półgodzinnym podziwianiu tych przepięknych owadów ruszamy dalej. Poruszanie się stopem idzie słabo w Kostaryce, więc zatrzymujemy pierwszy jadący w naszym kierunku autobus. Dojeżdżamy do Dominical - jednej z miejscowości pełnej surferów. Czekając na następny autobus podziwiamy zmagających się z wielkimi falami śmiałków. Kolejnym autobusem dojeżdżamy do Quepos, tak po chwili jesteśmy już w kolejnym busie jadącym do Parrity. Pogoda ulega znacznemu pogorszeniu, znów pojawia się tropikalna ulewa, zalewająca całkowicie drogi. Do Parrity dojeżdżamy późnym wieczorem, brak kolejnego autobusu zmusza nas do pozostania tu na noc. Trafiamy do taniego rodzinnego hoteliku, gdzie spędzamy dzisiejszą noc.
DOTARLI DO MEKKI SURFERÓW
(2 CZERWCA, DZIEŃ 214)
Porannym autobusem dojeżdżamy do Jaco - miejscowości będącej mekką surferów na zachodnim wybrzeżu Kostaryki. Już dzień wcześniej widząc zmagających się z falami ludzi, wpadł nam do głowy pomysł by spróbować tego ekstremalnego sportu. W jednym ze sklepów wypożyczamy deskę i po chwili walczymy już z 3-4 metrowymi falami. Ich siła jest ogromna. Fale są tak wielkie, że przebicie się poza nie to nie lada wysiłek. Jeśli natomiast spóźnisz się z łapaniem fali i jej grzbiet cię nakrywa, wtedy ma się uczucie jak by się było w pralce automatycznej podczas prania. Całe to surfowanie wychodzi nam z różnym skutkiem, ale za to zabawę mamy nieprawdopodobną. Żywioł oceanu pokazuje nam kto tu rządzi. I zamiast po całym dniu, deskę oddajemy po kilku godzinach. Kolejnym autobusem ruszamy do Puntarenas, miasta położonego na wąskim i długim na około 8 km półwyspie. Na stacji zastaje nas kolejna popołudniowa ulewa. Te obfite, popołudniowe deszcze to normalna rzecz w w czasie pory deszczowej. Większość budynków w miasteczkach ma zadaszenia wychodzące ponad chodnik. Ułatwiają one poruszanie się po mieście w czasie ulewy. Kolejnym autobusem zabiera nas w głąb lądu. Planujemy dostać się do Monte Verde, ale znów brak wieczornego autobusu zmusza nas do noclegu w miasteczku - Miramar.
W ZIELONEJ GÓRZE
(3 CZERWCA, DZIEŃ 215)
Naszym dzisiejszym celem jest uzdrowiskowa miejscowość Monteverde. Śmiejemy się, że jedziemy dziś do Zielonej Góry, bo tak brzmi nazwa owej miejscowości przetłumaczona na Polski. Prowadzi do niej kręta droga, której pokonanie zajmuje kilka godzin. Jednak nie są to godziny stracone. Widoki rozciągające się za oknem autobusu są zadziwiające. Dociera do nas, dlaczego spotkani na szlaku ludzie określali Kostarykę jako najbardziej zielony kraj, jaki kiedykolwiek widzieli. Zieleń pokrywa każdy skrawek terenu. Jest wszędzie. Droga wspina się tak wysoko, że z niektórych jej odcinków można dostrzec rozciągający się w oddali ocean. Nasze oczekiwania co do tego miejsca, sprawdzają się w pełni. Wraz z pokonywaniem wysokości, odczuwamy znaczną zmianę klimatu. Przyjemny chłód pomaga się odprężyć. Po znalezieniu noclegu ruszamy pieszo zwiedzać okolice. W świetnie zorganizowanych agencjach turystycznych zaopatrujemy się w mapę i uzyskujemy potrzebne nam informacje. Główną uprawą okolicznych pól jest kawa. Rośnie niemal na każdym zboczu. Toteż nie sposób nie być w Monteverde i jednym z miejsc godnych odwiedzenia jest palarnia kawy. W tej małej fabryce obserwujemy jaką drogę muszą przebyć kawowe ziarenka z krzaka, aż do naszych filiżanek, których zawartością się delektujemy. Trafiamy również do małej fabryki sera, tu również robimy małą degustację. W tej małej miejscowości życie płynie bardzo leniwie. Na szlaku poznajemy Amerykanina w starszym wieku. Po krótkiej rozmowie dowiadujemy się, że wybrał on ten piękny kraj na miejsce swojej emerytury. Poza piękną przyrodą i wiejskim spokojem, również życie dla niego jest tu znacznie tańsze. Wieczorem w naszym hotelu rozmawiamy z kolejnym Amerykaninem - Ryanem, który właśnie rozpoczyna swoją podróż życia. Z jego opowieści wynika, że podróżowanie po Azji czy Ameryce Środkowej jest mało popularne wśród amerykańskiej młodzieży.
Paweł Maczel
Piotr Mazurkiewicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 659 (40/2004)





