-
Przez rynek nie ma przejazdu
Do 21 czerwca żniński rynek jest wyłączony z ruchu samochodowego. Zmiany w organizacji ruchu obowiązują także w Szubinie, a z utrudnieniami kierowcy muszą liczyć się w Gąsawie. Szczegóły poniżej.
Najczęściej czytane
- Qumple na trzecim miejscu
- Winni dokonania gwałtów
- Wyrok: zgwałcili nastoletnie koleżanki
- Śmiertelna dekompresja w szmaragdowym raju
- Układ rodzinny w Szkole Podstawowej nr 2
- Wielka muzyczna majówka
- Ojciec zabił nożem syna
- Żnin pożegnał profesora
- 650.000 zł straty na basenie w zeszłym roku
- Komendant Lukstaedt zamyka posterunki
- Wola Kożuszkowa z pucharem
- Skowroński w miejsce Kussa
Artykuły
- Czwartek, 12 Marca 2009
Piotr Mazurkiewicz w podróży dookoła świata
Od Żółtej rzeki do klasztoru Shaolin
W świecie kung-fu
Po śniadaniu idziemy rozejrzeć się po rozsławionej okolicy klasztoru Shaolin. Od razu uwagę naszą przykuwają grupy uczniów trenujących kung-fu. To niesamowity widok. Bardzo zdyscyplinowani, zebrani w grupy i pod okiem swoich instruktorów szkolą sztukę władania nie tylko własnym ciałem, ale mieczem i kijem bambusowym. Zaangażowanie, aż unosi się ponad licznymi placami ćwiczeń.
26 DZIEŃ: NAD ŻÓŁTĄ RZEKĄ
Rano opuszczamy stolicę Chin. W 26 dniu podróży dookoła świata, czas ruszyć na południe. Postanawiamy skorzystać z zaproszenia ukraińskiej pary, poznanej w Transsyberianie i udać się do Weifang, gdzie uczą oni angielskiego. Pociąg jak zwykle był zatłoczony, ale przynajmniej ciepły. Z Egorem i Leną umówieni jesteśmy na 2200. Z zaciekawieniem wypatrujemy za oknem wagonu Żółtej Rzeki, by sprawdzić, czy pani w szkole mówiła prawdę, co do jej koloru. Jest. Żółta, rzeczywiście. Tak jak mówili. W leżącym nad nią Jinan zmieniamy pociągi i około 2100 docieramy do Weifang. Znajomi już na nas czekają w umówionej restauracji. Kilkanaście dni temu razem świętowaliśmy urodziny nad Bajkałem, a teraz widzimy się ponownie. Ze względów organizacyjnych, będziemy spać u znajomych Egora i Leny. Poznajemy Eugene z Ukrainy i jego dziewczynę, Natalie z Indonezji. To u nich zatrzymamy się na noc. Częstują nas kolacją i dobrym piwem. To niezwykle życzliwi ludzie. Rozmawiamy do późna w nocy, dowiadując się między innymi, jak łatwe życie mają w Chinach nauczyciele angielskiego.
27 DZIEŃ: SMAŻONE OWADY I JACCUZI
Plan na dziś jest krótki i treściwy. Wyspać się i pomyśleć, co tu dziś robić. Tak też się dzieje. Po spaniu, na pobliskim targu poszukujemy atrakcji. Tych nie brakuje. Smażone owady, przypominające kształtem karaluchy i mięso przeróżnych zwierząt do kupienia na surowo bądź po obróbce, zaspakajają naszą ciekawość, ale to nie koniec wrażeń na dziś. Nasi znajomi gdzieś nas prowadzą, nie zdradzając do końca tajemnicy. Po długim spacerze wchodzimy do centrum biznesowego. Ściągamy buty, ubranie (całe), zakładamy klapki i wchodzimy do pomieszczenia, mieszczącego prysznice, saunę fińską, łaźnię turecką i wypełnione wrzącą niemalże wodą jaccuzi. Hulaj dusza! Korzystamy bez ograniczeń, płacąc tylko niewiele ponad 3 dolary, wykorzystując w przerwach stół bilardowy, siłownię i darmowe przekąski.
28 DZIEŃ: NAD MORZEM ŻÓŁTYM
Po niezwykłym relaksie wczorajszego wieczora, czas wykorzystać dzisiejszy dzień na oczekiwane Morze Żółte. Stamtąd rozpoczniemy oficjalną podróż w poprzek Chin, aż do granicy z Wietnamem. Wybieramy pobliskie Qingdao. Towarzyszy nam Natalie, biegle władająca zarówno angielskim, jak i chińskim. To znacznie ułatwia i uprzyjemnia wyjazd. Na miejsce docieramy po około 2 godzinach jazdy autobusem i bez pośpiechu udajemy się w kierunku nabrzeża. Generalnie spacerujemy i zgodnie dochodzimy do wniosku, że Morze Żółte wcale nie jest żółte. Ani trochę! Wracamy do Weifang, gdzie czeka nas impreza. Oficjalnie to rocznica otwarcia pubu, a nieoficjalnie nasze polskie andrzejki. Impreza była przednia. Pierwsza taka na naszym szlaku. Poza naszą ekipą byli jeszcze inni nauczyciele angielskiego. Na koniec, korzystając z mikrofonu razem zaśpiewaliśmy naszym gospodarzom "My czterej pancerni..." Na moment zapomnieliśmy, że jesteśmy w głębokiej Azji.
29 DZIEŃ: BRAK KATOLICKIEGO KOŚCIOŁA
Jak na niedzielę przystało i jak sama nazwa wskazuje, nie dzielimy tego dnia pomiędzy obowiązki, a jedynie odpoczywamy. Niestety, mimo prób dokonanych wraz z naszymi znajomymi, nie udało się nam znaleźć katolickiego kościoła, więc nie było okazji uczestniczyć we mszy świętej, której zaczyna nam brakować. Na brak odpoczynku jednak nie narzekamy. Takich dni nigdy za dużo, tym bardziej, że cały ostatni rok spędzony w Londynie i każdy jego dzień niemalże wyglądał tak samo: szkoła, praca, szkoła, praca. Ta świadomość pomaga nam relaksować się w Chinach.
30 DZIEŃ: 6.660 SCHODÓW NA ŚWIĘTĄ GÓRĘ
Nadszedł czas opuszczenia bardzo gościnnego miasta, gdzie tak niewyobrażalnie miło przyjęli nas ludzie, których praktycznie wcześniej nie znaliśmy. Dziś ruszamy na górę Tai Shan. Pociągiem udajemy się do położonego u jej podnóża, miasta Tai An. Jemy coś szybkiego, robimy niezbędne zapasy i postanawiamy wspiąć się na szczyt, skąd podziwiać można najpiękniejszy ponoć w całych Chinach, wschód słońca. W odróżnieniu od Chińczyków, którzy podejście zaczynają około północy, my postanawiamy rozpocząć je około 2000 wieczorem, wiedząc, że idąc z całym ekwipunkiem, będzie trzeba nocować na szlaku. Na samą górę wiedzie rozświetlona światłem księżyca kamienista droga z 6.660 schodami. Około 100 decydujemy się na nocleg i rozbijamy nowo zakupiony namiot jedynkę (dwójki w sklepie nie mieli). Ciężko uwierzyć, że mieścimy się w środku i to z całym ekwipunkiem.
31 DZIEŃ: WSCHÓD SŁOŃCA WIDZIANY PRZEZ CHWILĘ
Zmęczenie, rozpoczętym kilka godzin temu, podejściem robi swoje i ku naszemu zdziwieniu, udaje się nam zdrzemnąć z godzinkę. Około 400 rano ruszamy wyżej. Na termometrze minus 40C. Mijamy różne bramy i inne miejsca, ważne dla wyznawców taoizmu. Góra, którą próbujemy pokonać, jest bowiem dla nich święta. Docieramy na szczyt po około 2 godzinach. Jest jeszcze ciemno i bardzo zimno. Z wielką radością pijemy poranną kawę, podziwiając położone w dole miasto. Zaczynają gromadzić się inni ciekawi tego, co i my. Słońce wschodzi i wchodzi w chmury. Przez chwilę tylko zdążyło rozświetlić okoliczne szczyty, ale wcale nie było potrzebne, abyśmy mogli podziwiać okolicę, nad którą się znajdowaliśmy. Zejście z 1.545 metrowej góry zajęło nam kolejnych kilka godzin i zostało wsparte przejażdżką "na stopa" w dolnym jej odcinku. Mili Chińczycy dowieźli nas wprost w okolice dworca. Ruszamy dalej. Tym razem do Qufu. Na miejscu szukamy miejsca na nocleg. Priorytet - ma być ciepło i tanio. Już na dworcu oblegają nas panie na rowerach, przekrzykując się wzajemnie słowem "Binguan" (hotel). My wiemy czego szukamy, one wierzą, że wcisną nam kolejną zimną norę za niezłe pieniądze. Nie możemy się dogadać i co gorsza, nie możemy się ich pozbyć. Piotra mało co nie opuściła cierpliwość. Na szczęście za kolejnym rogiem był poszukiwany hotelik. Tanio, ciepło i jeszcze wanna. Lepiej nie trzeba. Namiot i śpiwory schną, a my delektujemy się ciepłem przy kolejnej partii szachów. Dziś 2:1 dla Pawła i 10:3 w ogólnej klasyfikacji Światowej Ligi Szachowej.
32 DZIEŃ: W LESIE KONFUCJUSZA
Będąc w Qufu nie można pominąć faktu, że żył tu chiński myśliciel Kunfucjusz. Wiele tu miejsc upamiętniających jego istnienie, ale my postanawiamy ograniczyć się do Lasu Kunfucjusza, gdzie drzewa sadzili jego studenci. Znajduje się tam także grób filozofa, pośród wielu innych należących do rodziny Kong. W drodze powrotnej spotykamy "białego". Peter, jak się przedstawia, jest brytyjskim dziennikarzem, robiącym program dla telewizji o podróżowaniu w Chinach. Przeprowadza z nami wywiad, po czym udajemy się na autobus, a dalej do Yanzhou, gdzie przebiega linia kolejowa. W tym miejscu warto wspomnieć o chińskich kierowcach, którzy czekają do totalnej ciemnicy z zapaleniem świateł (w razie czego 3 razy długimi wystarcza) i ciągle ostrzegają klaksonem o tym, że są na drodze. Generalnie jest głośno, ale przyzwyczajamy się szybko. Docieramy na miejsce i pakujemy się do pociągu. Zatłoczony strasznie. Są problemy z miejscami stojącymi, ale Polak potrafi. Przed nami kilka ładnych godzin jazdy, więc wypadałoby coś wykombinować. Pakujemy się do restauracyjnego i tu przydaje się nasza nieznajomość chińskiego i białe twarze. Facet chce nam sprzedać drogie żarcie lub nas usunąć, a my nie chcemy ani kupować ani wychodzić. Udajemy, że nie rozumiemy o co chodzi i zamawiamy najtańszą rzecz - 2 piwa. On upiera się przy jedzeniu, to prosimy o menu. Jest ono w chińskim, więc zaczynamy tłumaczyć - średnio jeden znak na 15 minut. Jest 8 potraw, po 4 znaki każda, więc do rana i tak mamy zajęcie. Facet traci cierpliwość i prosi o pomoc koleżankę. My swoje. Poddaje się i ona. Mamy dwa miejsca, prawie leżące.
33 DZIEŃ: JEDZIEMY DO KLASZTORU SHAOLIN
Około 200 siedzący obok chińscy kucharze informują nas, że zbliżamy się na miejsce. Wysiadamy w Zhengzhou i tam trafiamy do "nory", gdzie widok białych wzbudza ogólne poruszenie. My zasypiamy w pomieszczeniu, gdzie na styk mieszczą się dwa łóżka i nasz sprzęt. Na ściany z dykty i chrapiących sąsiadów montujemy tzw. "ciszę", czyli stoppery do uszu. Nadrabiamy zaległości w spaniu. Rano jemy w taniej chińskiej jadłodajni i ruszamy na miasto. Realizacja czeków w banku, kupno drugiego namiotu i uzyskanie kilku informacji na temat wizy w Biurze Bezpieczeństwa Publicznego zajmuje nam kilka godzin. Teraz możemy już spokojnie udać się do kolejnego miejsca przeznaczenia - marzenia większości chłopców (przynajmniej z naszego dzieciństwa) - do klasztoru Shaolin. Najpierw jedziemy autobusem do Dengfeng. Wypadek na drodze przedłużył naszą podróż, więc dziś nie dotrzemy już pod klasztor. Nocujemy w Dengfeng. Musimy dopłacić za włączenie ogrzewania w pokoju, ale mamy za to szanse wysuszyć buty. Nie przeszkadza nam szczur, napotkany przez Pawła w drodze do toalety. Po prostu nie zjemy jutro w knajpie poniżej.
34 DZIEŃ: NOCLEG W SZKOLE KUNG-FU
Obudziły nas klaksony samochodów walczących na skrzyżowaniu za oknem. Po obfitym śniadanku w knajpie obok, pakujemy się w następnego busa. Ten wiezie nas do samego Shaolin. Oczekujemy mnichów, a tu na ulicach pełno dzieci w jednakowych strojach. Sprawa wkrótce się wyjaśni. Podchodzimy pod klasztor. Stoi w całej okazałości. Już wiemy, że nie możemy spać w środku, na co po cichu liczyliśmy wcześniej. Wrócimy tu jutro, a dziś trzeba gdzieś przecież spać. Po kilku próbach trafiamy do szkoły kung-fu. Nie powinno to w sumie dziwić, bo przecież jesteśmy w Shaolin. Szkoła, która za odpowiednią opłatą udostępnia nam pokój gościnny, liczy około 10.000 uczniów w wieku od 5 do 22 lat. Spędzają w niej 4 lata, bez wakacji, a jedynie z jedną w roku 22-dniową przerwą w grudniu. Wstają o 600 rano (latem o 500), by uczyć się 8 godzin. Cztery z nich to kung-fu, a pozostałe to chiński, angielski, informatyka i pismo chińskie. Wszystkiego dowiadujemy się od 18-letniego ucznia, który rozmawiając z turystami, od których roi się tu latem, szlifuje swój angielski. W zamian za lekcje angielskiego, pomaga nam tanio zjeść w szkolnej stołówce. Syci i wykąpani idziemy spać.
35 DZIEŃ: ZWIEDZAMY KLASZTOR
Po śniadaniu idziemy rozejrzeć się po rozsławionej okolicy. Od razu uwagę naszą przykuwają grupy uczniów trenujących kung-fu. To niesamowity widok. Bardzo zdyscyplinowani, zebrani w grupy i pod okiem swoich instruktorów szkolą sztukę władania nie tylko własnym ciałem, ale mieczem i kijem bambusowym. Zaangażowanie, aż unosi się ponad licznymi placami ćwiczeń. Podziwiamy i idziemy dalej, do słynnego klasztoru. Przy wejściu bardzo pomocne okazują się, wydrukowane w Polsce i zabrane przez Piotra kartki "Polish Press". Zdezorientowani i wyglądający na przestraszonych strażnicy woleli nie dociekać, czy obowiązuje nas jakaś opłata. My tego też nie byliśmy ciekawi. Wpuszczają, wchodzimy. Nie jest to klasztor Jasnogórski, do którego szczególnie Paweł ma wielki sentyment, ale też godny podziwu. Złożony jest z licznych, małych świątyń z wizerunkami Buddy i świętych klasztoru, budynków mieszkalnych ciągle żyjących tam mnichów i miejsc treningowych. Właśnie w jednym z nich postanawiamy sprawdzić nasze umiejętności z zakresu sztuk walki. Pod wrażeniem klasztoru i jeszcze większym szkoły kung-fu opuszczamy, otoczone zewsząd górami bardzo małe miasteczko.
Udajemy się autobusem do Luoyang, gdzie jutro kontynuować będziemy naszą podróż na południowy - zachód Chin. W oczekiwaniu na transport, spędzamy kilka godzin w restauracji. Po kolejnej szachowej rozgrywce, przewaga Pawła maleje do 12:6.
Piotr Mazurkiewicz
Paweł Maczel
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 620 (1/2004)





