-
Przez rynek nie ma przejazdu
Do 21 czerwca żniński rynek jest wyłączony z ruchu samochodowego. Zmiany w organizacji ruchu obowiązują także w Szubinie, a z utrudnieniami kierowcy muszą liczyć się w Gąsawie. Szczegóły poniżej.
Najczęściej czytane
- Qumple na trzecim miejscu
- Winni dokonania gwałtów
- Wyrok: zgwałcili nastoletnie koleżanki
- Śmiertelna dekompresja w szmaragdowym raju
- Układ rodzinny w Szkole Podstawowej nr 2
- Wielka muzyczna majówka
- Ojciec zabił nożem syna
- Żnin pożegnał profesora
- 650.000 zł straty na basenie w zeszłym roku
- Komendant Lukstaedt zamyka posterunki
- Wola Kożuszkowa z pucharem
- Skowroński w miejsce Kussa
Artykuły
- Czwartek, 12 Marca 2009
Piotr Mazurkiewicz w podroży dookoła świata
4 dni rzeką Jangcy
Wszędzie sady mandarynkowe
Dopływamy do miejsca zwanego "Miastem duchów" i istotnie wygląda ono jak "Miasto duchów". Totalnie zniszczone, brak szyb w oknach. Z zewnątrz wygląda na opuszczone, jednak po zejściu na ląd napotykamy mieszkających tam ludzi. Głównie w podeszłym wieku. Żyją tu w tragicznych warunkach. Powodem wyludnienia niemal całego miasta jest budowa tamy wodnej na Jangcy.
DZIEŃ 36: MANDARYNKI I KIEŁBASY PACHNĄCE SMAREM
Chińczycy serio traktują powiedzenie: "Kto pierwszy ten lepszy" i zmieniają peron niemal w plac boju. Już nas nie dziwi, dlaczego pasażerowie na peron zawsze wpuszczani są kilka minut przed wjazdem pociągu, a co lepsze, ustawiani są w rzędach przed wejściem do wagonu, co w ogóle nie zdaje egzaminu. My jesteśmy dużo więksi, więc mamy też dużo większą siłę przebicia, co znacznie ułatwia wejście. W pociągu na początku tłok, ale w końcu się luzuje i nawet udaje nam się troszkę zdrzemnąć.
Pociągiem pokonujemy około 600 km na południe i do Yichang dojeżdżamy około 10:00 rano. Widać i czuć radykalną zmianę klimatu. Mandarynki na drzewach, więcej zieleni i upragnionego słońca. Przed stacją zaczepia nas młody taksówkarz, mówiący troszkę po angielsku. Oferuje pomoc ze znalezieniem hotelu i zakupem biletów na rejs po Jangcy. Z miejsca odmawiamy pomocy i szukamy na własną rękę. Jednak w czasie naszej wędrówki po mieście spotykamy go jeszcze trzy razy, ciągle oferuje pomoc. Nalega do tego stopnia, że sam rezygnuje z opłaty za taxi, więc po chwili siedzimy już w jego aucie i za nic wozi nas po hotelach oraz jedziemy zobaczyć oferty rejsów. Okazuje się być pomocny, ponieważ ofert jest wiele na rejsy z Yichang do Chongqing, a co gorsza za tą samą cenę można dostać bilet na mało ciekawy i niewygodny wodolot płynący 44 godziny, co nas w ogóle nie interesuje.
My kupujemy bilet na rejs turystyczny, startujący następnego dnia rano. Statek płynie cztery dni, zatrzymując się w wielu ciekawych miejscach, co stwarza duże możliwości zwiedzania. Po kupnie biletu wracamy do hotelu. Zostaje nam jeden dzień na zwiedzenie tego portowego miasta, więc szybko ruszamy z kamerą w wąskie uliczki Yichang. Są niesamowite, pełne malutkich sklepików i knajpek, tworzą istny labirynt, tam też jemy obiad. Później kupujemy jedzenie na okres rejsu, między innymi kiełbasę wyglądajacą jak nasze kabanosy. Próbujemy ją wieczorem i niestety od razu dokarmiamy nią okoliczne zwierzątka ganiające za oknem. Jest po prostu ohydna, smakuje jakby była zmieszana ze smarem samochodowym. Za to suszona ryba - palce lizać.
DZIEŃ 37, 38 i 39: PODRÓŻ RZEKĄ JANGCY
Statek prezentuje się świetnie. Zostajemy zakwaterowani z chińską rodziną: rodzice z małym chłopcem i dziadkowie. Na pierwszy rzut oka wyglądają okej. W kabinie mamy toaletę i prysznic oraz TV, która niestety jest po chińsku, więc odpada. Wygląda naprawdę imponująco jak na najniższą - III klasę. Na statku mnóstwo turystów, lecz oprócz nas, "białych" brak. Obsługa statku to głównie młode dziewczyny, niektóre całkiem, całkiem. Chwilę po tym, jak siadamy w jednym z holów statku, przychodzi do nas przewodnik. Śmieszny gość, bardzo się przejmuje swoją rolą, biega z megafonem i coś ciągle wykrzykuje. Klepie nam po angielsku wykute na pamięć informacje o rejsie. Po chwili mamy niezły ubaw. Klimat na statku od razu kojarzy nam się z tym z kultowego polskiego filmu "Rejs". Chińczycy jak niedzielni turyści, paradują po statku ubrani w garnitury. Na nich przypięta jest odznaka statku, z której są bardzo dumni. Grają w chińskie domino. Brakuje tylko konkursów. Chwilę po wypłynięciu z portu pokonujemy pierwszą tamę, jest ogromna. Jednak przewodnik mówi, że dziś jeszcze pokonamy jedną, która jest znacznie większa, bo pięciostopniowa. Nawet z tej tamy jest bardzo dumny, mówi że to jedna z największych na świecie. Powoli zaczyna nas męczyć ilością nieistotnych dla nas informacji, których i tak nie zapamiętamy. Znajdujemy więc miejsce na rufie statku, na górnym pokładzie, z którego jest niesamowity widok i co najważniejsze brak tam turystów i człowieka z megafonem. Na statku jest też sklepik z dość wysokimi cenami oraz salon fryzjerski wyglądający jak salon "Happy Masażu". W knajpce natomiast zostajemy zaatakowani ofertą kupna karnetu na niewyczerpaną ilość herbaty i orzeszków w czasie całego rejsu. Nie jesteśmy nią w ogóle zainteresowani. Powoduje to małą niechęć, powiązaną z chęcią wyrzucenia nas z knajpki, gdzie podobno można tylko przesiadywać z karnetem. Jak zwykle udajemy, że nic nie rozumiemy i nie wiemy o co chodzi. Zaczyna to skutkować, ale na nasze nieszczęście przychodzi człowiek z megafonem i myśląc, że nam pomaga, tłumaczy ofertę na angielski. My jednak mówimy, że nam się tu podoba, świetny stąd widok na rzekę i dobre miejsce do grania w szachy, a jak będziemy mieli na coś ochotę, to sobie kupimy. Chińczycy jak zwykle miękną. Wieczorem znów tam idziemy, kupujemy piwo i gramy w szachy do późna.
Rano wstaję około 9:00, Paweł śpi. Statek nadal stoi przy brzegu. Na statku pusto. Piotr schodzi na dolny pokład i pyta, o której ruszamy dalej. Tam jeden z członków załogi pokazuje na zegarku, że o 11:30, więc jest jeszcze trochę czasu, by zejść na ląd. Tym bardziej, że stoimy w małej zatoczce, otoczonej zboczami, na których są sady mandarynkowe. Widać także turystów z naszego statku wracających z zakupami z pobliskiego miasteczka. Po godzinie wracam z ciastkami, piwem i workiem mandarynek, wytargowanym na ulicznym straganie płacąc za wszystko 3 dolary. Statek rusza zgodnie z planem. Na obu brzegach rozpościerają się wysokie góry, wznoszące się na kilkaset metrów nad jej poziom. Co jakiś czas klify są niemal pionowo w stosunku do rzeki. Wszystko to stwarza niesamowity i zapierający dech w piersiach krajobraz. Coś, czego wcześniej nie widzieliśmy. Na rzece mnóstwo innych statków, głównie barek towarowych. Tego dnia dopływamy do małego miasteczka, gdzie część turystów płynie zobaczyć "White King Town". My jednak zwiedzamy owe małe miasteczko. Wygląda, jak po wojnie. Mnóstwo zniszczonych budynków. Dochodzimy do targu mięsnego, mieszczącego się na głównej ulicy, który tonie w błocie. Krew na ulicy. Brud i smród. Obok tego wszystkiego szkoła i biegające dzieci, patrzące na co dopiero zarżniętą świnię. Idąc dalej, dochodzimy do przystani, gdzie kursuje mała łódź przewożąca dzieci na drugą stronę rzeki. To wszystko nieźle szokuje. Z miasteczka wypływamy około 18:00 wieczorem i zostajemy zaproszeni na imprezę "karaoke", jedną z ulubionych rozrywek Chińczyków. Niestety jest beznadziejna, ciężko o coś bardziej żenującego. Wychodzimy po około 30 minutach. W kolejnym dniu rejsu brzeg nie jest już tak stromy. W niektórych miejscach pokrywają go sady mandarynkowe.
Dopływamy do miejsca zwanego "Miastem duchów" i istotnie wygląda ono jak "Miasto duchów". Totalnie zniszczone, brak szyb w oknach. Z zewnątrz wygląda na opuszczone, jednak po zejściu na ląd napotykamy mieszkających tam ludzi. Głównie w podeszłym wieku. Żyją tu w tragicznych warunkach. Powodem wyludnienia niemal całego miasta jest budowa tamy wodnej na Jangcy. Spowoduje ona zalanie wielkich obszarów wokół rzeki, przesiedlenie prawie 1,5 mln ludzi i zmieni krajobraz Jangcy nieodwracalnie. Mamy więc szczęście podziwiać te piękne krajobrazy przed ich całkowitym zniszczeniem. "Miasto duchów" opuszczamy po południu i płyniemy pełną parą do Chongqing, gdzie mamy zacumować jutro. No i cumujemy. Zostajemy obudzeni około 6:00 rano przez opuszczającą kabinę chińską rodzinę. Pytamy, czy to już nasz port, oni że tak. My jednak śpimy dalej, wiedząc, że statek nie płynie dalej, ale za chwilę puka jedna ze stewardes i mówi, że musimy opuścić kabinę, bo oni sprzątają. Nie w głowie nam schodzić na ląd o 6:00 rano, jeśli można jeszcze pospać. I tak też się dzieje, dziewczyna oczarowana naszym polskim urokiem pozwala nam pospać do 9:00.
Piotr Mazurkiewicz
Paweł Maczel
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 621 (2/2004)





