Artykuły

Wędrując nad Jeziorem Dian trafiamy do małej świątyni buddyjskiej, mieszczącej się w jaskini skalnej. Odbywają się tam jakieś modły, kapłanki palą kadzidełka i dzwonią dzwonkami. Składają jedzenie w ofierze.  
     fot. Piotr Mazurkiewicz

Piotr Mazurkiewicz podróżuje dookoła świata

Jedziemy rikszą * Jemy szaszłyk z psa
     Świątynia w skalnej jaskini
     Kunming jest zwane "Miastem Wiecznej Wiosny" i my tą wiosnę naprawdę czujemy. Jest bardzo zielono, mnóstwo palm i bambusowców. Piękne parki z fontannami i świetnie oświetlona rzeka. Miasto położone jest nad Jeziorem Dian i otoczone górami. Tu też będziemy spędzać Święta Bożego Narodzenia.
    DZIEŃ 40: PODRÓŻ DO LESHAN
     W Chongqing udajemy się prosto do PSB, czyli departamentu policji, gdzie chcemy przedłużyć naszą wizę. Tam dowiadujemy się, że zabierze to tydzień, a my nie bardzo chcemy spędzić tygodnia w mało ciekawej turystycznie metroplii. Szybko decydujemy się jechać do kolejnego miasta na naszej trasie - Leshan i tam to załatwić. Czasu mamy niewiele, ponieważ wiza kończy się za 4 dni. Do Leshan dojeżdżamy autobusem około 2000 i znów zostajemy otoczeni przez tłum babuszek z ofertą hotelową. Tylko jedna ma coś w naszym cenniku i do tego tuż przy stacji, więc tam spędzamy noc.
     DZIEŃ 41: JEDZIEMY RIKSZĄ
     Rano udajemy się prosto do PSB i tu miła niespodzianka. Nasze wizy zostają przedłużone w 10 minut o kolejny miesiąc. Do hotelu decydujemy się wrócić rikszą, czego wcześniej nie próbowaliśmy. Facet nieźle się zmęczył, choć nie ma się czemu dziwić, razem ważymy ponad 160 kg. Decydujemy ruszyć w dalszą drogę następnego dnia, płacimy więc za kolejną noc i ruszamy zobaczyć największy na świecie pomnik Buddy. Ma ponad 71 m wysokości. Wykuty jest w zboczu góry tuż przy samej rzece. Opłata za oglądanie wynosi 40 Y. Można jej uniknąć, dostając się na rzekę. Próbujemy przekonać jednego z rybaków by nas tam zabrał, ale jego łódź okazuje się być zbyt mała. Dojeżdżamy autobusem do miejsca, skąd kursuje mały prom rzeczny. Opłata 1 Y. Stamtąd widok jest oszałamiający. W przewodniku czytamy, że Budda był wykuwany przez 90 lat. Nieźle ktoś się tu napracował.
     Chodząc po mieście na jednym z placów napotykamy trzy grupy tańczących ludzi, głównie kobiet. Jest to coś w rodzaju naszego aerobiku, tylko, że bez opłat. No i co najlepsze w samym środku miasta. Jazda rikszą tak nam się spodobała, że bierzemy kolejną w drodze powrotnej do hotelu.
     DZIEŃ 42: DMUCHAMY NA MALARIĘ
     Rano łapiemy minibusa do Emei, a tam pociąg do Kunming jadący około 16 godzin. W pociągu, jak zwykle problem z miejscem. Tym razem mamy numery miejsc, jednak zostały one zajęte przez grupę Mongołów, z którymi nawet policja nie może sobie poradzić. My szybko załatwiamy sobie miejsca w restauracyjnym. To wbrew pozorom najlepsze i najbezpieczniejsze miejsce w pociągu. Nie ma tam tłoku i co najważniejsze ciężko jest tam ukraść plecak, więc bezpiecznie można sobie spać z plecakiem pod nogami. Trasa wiedzie przez góry, tuż nad korytem rzeki. Co chwilę wjeżdżamy do jakiegoś tunelu lub przejeżdżamy most. Tuż przed zaśnięciem bierzemy pierwszą tabletkę "lariamu", leku przeciwmalarycznego.
     DZIEŃ 43: SMACZNY SZASZŁYK Z PSA
     Do Kunming docieramy rano, około 900. Wychodząc z pociągu, widzimy jednego "białasa", nie wygląda na podróżnika, ale jak się okazuje jest z Polski. Zagaduje do nas, po tym jak dostrzega flagę Polski na jednym z plecaków. Mówi, że pracuje tu przy jakimś kontrakcie, nie jest jednak zbyt rozmowny i znika po chwili. My szukamy jakiegoś hoteliku. Tu po raz pierwszy w Chinach spotykamy się z odmową zakwaterowania, ponieważ hotel nie ma licencji na obcokrajowców. Czytaliśmy o tym, ale na całej trasie nie spotkaliśmy się z tym, więc myśleliśmy, że już coś takiego nie istnieje. Kierujemy się do najtańszego polecanego przez "Lonely Planet", jednak okazuje się, że już nie istnieje. Wracamy więc do jednego, w którym byliśmy wcześniej i targujemy cenę z 40Y do 20Y od osoby.    Zakwaterowanie zajmuje biednym dziewczynom około 40 minut, które majwyraźniej mają problemy z pisaniem łacińskimi literami oraz dwoma naklejkami wizowymi w paszportach. Kunming jest zwane "Miastem Wiecznej Wiosny" i my tą wiosnę naprawdę czujemy. Jest bardzo zielono, mnóstwo palm i bambusowców. Piękne parki z fontannami i świetnie oświetlona rzeka. Miasto położone jest nad Jeziorem Dian i otoczone górami. Tu też będziemy spędzać Święta Bożego Narodzenia. W drodze powrotnej, lekko głodni próbujemy tego, co raczej ciężko zjeść w Polsce, a mianowicie szaszłyka z psa. Świetnie doprawiony, smakuje wybornie. Polecamy.
     DZIEŃ 44: ZNALEŹLIŚMY KATOLICKI KOŚCIÓŁ
     Kolejnego dnia szukamy kościoła katolickiego. Dostajemy kilka adresów w informacji turystycznej. W drodze do jednego z nich wchodzimy na targ herbaciany, gdzie zostajemy zaproszeni na małe śniadanie przez jednego Chińczyka. Później zahaczamy o Tajski Konsulat, gdzie pytamy o wizę do Tajlandii, którą tu prawdopodobnie będziemy załatwiać. Pod owym adresem mieści się Stowarzyszenie Chrześcijan w Kunming, tam dostajemy adres kościoła oraz informacje o imprezie odbywającej się z okazji świąt. Kościół okazuje się być 10 minut pieszo od naszego hotelu, tam też informują nas, o której jest pasterka. Mając jeszcze ponad tydzień do świąt, opuszczamy nasz hotelik.
     DZIEŃ 45: PIERWSZY NOCLEG W GÓRACH
     Jedziemy nad Jezioro Dian, które jest podobno świetnym miejscem na biwak, więc chcemy to sprawdzić. Poza tym przyda się nam troszkę prowincji, po tych wszystkich wielkich miastach. Nad jeziorem jest Park Narodowy, w którym biwakować nie bardzo wolno. Dostajemy się na drugą stronę parku, częściowo pieszo, częściowo minibusem. Tam tuż nad drogą, biegnącą przy brzegu jeziora, znajdujemy świetne miejsce na dwa namioty. Położone jest na małym wzniesieniu, tuż pod pionową ścianą skalną. Czekamy do zmroku i rozbijamy namioty. Pierwsza noc przebiega spokojnie. Dzień zaczyna się pięknym słońcem, zwijamy obóz i ruszamy pieszo dalej. Po lewej mamy piękne jezioro o powierzchni około 300 km2, a po prawej zbocza wznoszące się na 300 m.
     DZIEŃ 46: ŚWIĄTYNIA W SKALNEJ JASKINI
     Wpadamy na pomysł, by kolejną nockę spędzić w górach. Szukamy jakiegoś mało stromego wejścia. Po drodze trafiamy do małej świątyni buddyjskiej, mieszczącej się w jaskini skalnej. Odbywają się tam jakieś modły, kapłanki palą kadzidełka i dzwonią dzwonkami. Składają jedzenie w ofierze. Wygląda to świetnie. W końcu znajdujemy drogę na górę. Wiedzie częściowo przez cmentarz. Tam też pytamy o jakąś ścieżkę spotkanego człowieka, który pokazuje jedną wiodącą przez mały lasek. Na początku droga jest, później znika i zaczyna się niezły gąszcz. W końcu ku naszemu zdziwieniu dochodzimy do asfaltowego placu położonego w połowie drogi na górę. Tam robimy małą przerwę i ruszamy dalej. Znajdujemy świetne miejsce na kolejny biwak. Rozpalamy małe ognisko i na nim przyrządzamy fasolę z mięsem kupioną w mieście. Po obiedzie zgodnie stwierdzamy, że nie ma to jak polskie konserwy. Zasypiamy przy wspaniałym widoku oświetlonego nocą miasta Kunming i jeziora Dian. Rano wita nas przepiękny wschód słońca. Po śniadaniu i złożeniu obozowiska ruszamy dalej w górę.
     DZIEŃ 47: WSZĘDZIE PASTERZE I KOZY
     Kolejne miejsce na biwak jest tuż pod granią, jakieś 250 m nad taflą jeziora. Szybko rozbijamy namioty. Koło naszego obozu przechodzi stara pasterka ze stadem kóz. Zamykamy namioty i idziemy z małymi plecakami zobaczyć co jest za granią, która towarzyszy nam już od trzech dni. Z góry widzimy pasterkę jak wraca do naszego obozu i bardzo przygląda się namiotom. Mamy wrażenie, że pierwszy raz w życiu widzi coś takiego. Dochodzimy na szczyt grani. Tuż za nią znajduje się mała dolina, na dnie której jest polanka. Wymarzone miejsce na biwak. Przez chwilę żałujemy, że rozbiliśmy się niżej. Przechodzimy dolinę, a za nią znajdujemy jeszcze mnóstwo świetnych miejsc na biwakowanie. Napotykamy jeszcze kilku pasterzy ze stadami kóz. Do namiotów wracamy około 2000 i znów niesamowity widok ze zbocza.
     DZIEŃ 48: ZMIANA PIĘTRA
     Ranek pochmurny i nie zanosi się na lepszą pogodę. Zwijamy się szybko i ruszamy w dół złapać jakiś autostop do miasta. Pierwszy zatrzymany kierowca zawozi nas do samego centrum Kunming. Udajemy się do tego samego hotelu, co wcześniej. Recepcjonistki wyciągają stare karty meldunkowe, co oszczędza sporo czasu. Zmieniają tylko numer pokoju. Mieszkamy piętro wyżej. W pokoju rozwieszamy mokre namioty i resztę sprzętu. Upodabnia to pokój do sklepu ze sprzętem turystycznym. Jesteśmy nieźle zmęczeni, więc dziś wcześnie kładziemy się spać.

Piotr Mazurkiewicz
Paweł Maczel

Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 622 (3/2004)

Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta bazy danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj.
Copyright 2006-2010 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry