Artykuły

Piotr Mazurkiewicz w podróży dookoła świata
Boże Narodzenie * Pasterka * Sylwester

     Strzelanie śniegiem z areozolu
     Na dzisiejszej porannej mszy św. jest już znacznie mniej ludzi niż wczoraj. Są oni za to zdecydowanie bardziej świadomi tego, po co tutaj przyszli. Wczoraj wielu sprawiało wrażenie, jakby przyszli do kościoła z ciekawości, a w trakcie modlitwy głośno rozmawiali, raczej rozrywkowo czynili znak krzyża i wysyłali SMS-y. Dziś jest dużo inaczej i dużo łatwiej o skupienie.
    20 GRUDNIA: PRZYGOTOWANIA DO ŚWIĄT
     Po kilkudniowym pobycie w górach nad Jeziorem Dian, postanawiamy zorganizować sobie dzień luźniejszy w Kunming. Śpimy dość długo, po południu udajemy się do centrum miasta, by sprawdzić jak wyglądają przygotowania do zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia. W wąskich uliczkach roi się od miejsc, gdzie można zakupić niemalże wszystko. Chiny to komunistyczne państwo, jednak bogactwo sklepowych witryn, w niczym nie przypomina Polski przed rokiem 1990. My wykorzystujemy sposobność i oglądamy amerykański film w oryginale, siedząc przed jednym z centrów handlowych, gdzie reklamowane jest popularne kino domowe. Dzień mija zgodnie z przyjętym założeniem, jednak po kilku piwach kończy się zupą z psa, ze smażonymi robakami i ślimakami na ostro.
     21 GRUDNIA: PIERWSZA MSZA ŚWIĘTA
     Rano idziemy do kościoła katolickiego. Jest niedziela i to dopiero pierwsza - od wyjazdu z Polski - okazja do skorzystania z mszy świętej. Silniejsi wewnętrznie, kładziemy się jeszcze do łóżka, jako że jest wcześnie rano, a my jesteśmy po sobotnim wieczorze. Po południu odwiedzamy park, gdzie mamy okazję zaobserwować, jak Chińczycy spędzają niedzielny czas. Znów rzuca się w oczy wszechobecna organizacja mieszkańców tego wielkiego kraju. Każdy niemalże fragment chodnika wykorzystywany jest do jakiejś formy aktywności. Podziwiamy uliczne grupy muzyków, tancerzy (i tancerek, co jest znacznie ciekawsze) oraz dyskutujących na różne tematy starszych najczęściej obywateli. Jeden z nich, emerytowany nauczyciel chińskiego, zagaduje nas biegle władając angielskim i odpowiada cierpliwie na nasze pytania, których jak zwykle, nie brakuje.
     22 GRUDNIA: WIZYTA W INTERNECIE
     Po dwóch luźniejszych dniach, przyszedł czas na dzień gospodarczy, jak zwykliśmy go nazywać. Po odwiedzinach u konsula tajskiego i złożeniu podania o wizę, zabraliśmy się za pranie i robienie porządku ze zdjęciami i notatkami. Po południu udaliśmy się na Internet, aby znów dać o sobie znać najbliższym i niestety po raz kolejny stoczyć walkę z kafejkami internetowymi, polegającą na pozwoleniu nam na skorzystanie ze stacji dysków. Problem bierze się stąd, że komputery pełne są uwielbianych przez Chińczyków (w każdym wieku) gier komputerowych i chyba jak nigdzie indziej na świecie, właściciele kafejek boją się o zapamiętane na "twardzielu" wyniki. Dajemy jednak radę, a wieczorem oglądamy film, korzystając z zaproszenia posiadających odtwarzacz VCD masażystek, pracujących na parterze naszego hotelu.
     23 GRUDNIA: WIZYTA W KAMIENNYM LESIE
     Dziś ruszamy na dawno już planowany wypad do Shilin. Znajduje się tam unikatowy Kamienny Las, który postanowiliśmy sprawdzić sami. Rano udajemy się na stację autobusową i znów spędzając trochę czasu na porównanie ofert i targowanie ceny, udaje się nam znacznie ograniczyć koszty. Jadąc na wschód, wypchanym turystami autobusem przez porośniętą górami, prowincję Yunnan zatrzymujemy się miedzy innymi w Liliang. Tam wielki, złoty pomnik grubego i uśmiechniętego Buddy wita wszystkich przyjezdnych. Na miejscu zbaczamy nieco z trasy, by ujrzeć Kamienny Las w swej naturalnej wersji, zanim dotrzemy do terenu, gdzie poprzecinany on jest ścieżkami pełnymi turystów. Morze, wiatr, słońce i deszcz przez tysiące lat pracowały na to, abyśmy my mogli spędzić jeden dzień, podziwiając istny cud natury. Kamienie kształtem przypominające drzewa, w liczbie kilkudziesięciu tysięcy robią niesamowite wrażenie. Delektujemy się widokami prawie do zachodu słońca i korzystając z jednego z ostatnich środków transportu, wracamy na noc do Kunming
     24 GRUDNIA: OBCHODZIMY BOŻE NARODZENIE
     Nadszedł w końcu ten dzień. 24 grudnia to w naszych domach wielkie święto rodzinne. Tu mamy niestety tylko siebie (bo mogło być gorzej), by spędzić pierwsze, w naszym życiu, Boże Narodzenie poza domem. W dodatku w kraju, gdzie chrześcijanie należą do zdecydowanej mniejszości. Staramy się nie myśleć o dzielącym nas dystansie od bogato zastawionych stołów w naszych domach w Polsce i mimo wszystko próbujemy jak najgodniej spędzić to wielkie święto. Po odebraniu wizy do Tajlandii, zaczęliśmy przygotowania do Wigilii. W tym roku ograniczyły się one właściwie do świątecznego golenia (Paweł przystrzygł brodę) oraz włożenia najbardziej świątecznych ciuchów, czyli najczystszych i pozbawionych zbędnych dziś, ale praktycznych na co dzień, drobiazgów. Chcieliśmy choć trochę poczuć się wyjątkowo i właśnie dokładnie trochę nam się to udało. Nie było to łatwe, bo w Chinach nie przywiązuje się prawie żadnej wagi do naszych świąt, a "Marry Christmas" to tylko zwrot, który ma raczej zachęcić do kupowania niż świętowania. Nadszedł wieczór, a my udaliśmy się do "Mc Donalda" na kolację. Była ryba, jak tradycja nakazuje i nie zabrakło też prezentów (skończyły się fishburgery). My myśleliśmy, że w Mc Donaldzie nigdy się one nie kończą. Następna restauracja tej samej sieci ratuje na szczęście honor, więc jemy do syta i ruszamy dalej, świętować już z innymi katolikami. Oglądamy pastorałki w niewielkim teatrze i wraz z 7 innymi białymi, uczestniczymy w pasterce, odprawianej w języku chińskim. Obyło się na szczęście bez incydentów, choć widok policji i ochrony przed kościołem postawił w watpliwość bezpieczeństwo chrześcijan w tym wielowyznaniowym mieście. Wykonujemy jeszcze telefony do naszych rodzinnych domów i po krótkim spacerze wracamy do hotelu,
     25 GRUDNIA: DZIŚ W KOŚCIELE BEZ SMS-ÓW
     Na dzisiejszej porannej mszy św. jest już znacznie mniej ludzi niż wczoraj. Są oni za to zdecydowanie bardziej świadomi tego, po co tutaj przyszli. Wczoraj wielu sprawiało wrażenie, jakby przyszli do kościoła z ciekawości, a w trakcie modlitwy głośno rozmawiali, raczej rozrywkowo czynili znak krzyża i wysyłali SMS-y. Dziś jest dużo inaczej i dużo łatwiej o skupienie. Dziś również postanawiamy uczcić Boże Narodzenie obfitym i wcale nie tanim posiłkiem. Wielka pizza na grubym cieście w amerykańskiej restauracji wystarcza, aby znów choć trochę poczuć się jak w Polsce. Wieczorem odwiedzamy jeden z placów w centrum miasta. Ciekawość naszą przykuwa, wyraźnie rozbawiony tłum. Nie mamy jeszcze do końca wyjętej kamery i aparatu, kiedy orientujemy się, że jesteśmy głównym celem "wojny śniegowej", a właściwie "polowania na białych" śniegiem w aerozolu. Dosłownie na własnej skórze i własnych ubraniach dostrzegamy, na czym polega ten bożonarodzeniowy zwyczaj. Bronimy się dzielnie, ale Chińczycy przebijają nas zdecydowanie swoją liczbą. Wszyscy mamy niezły ubaw, a największy chyba, licznie zgromadzone dzieci.
Pokonani wracamy do hotelu, by ujrzeć jeszcze wymowny uśmiech siedzących w recepcji dziewczyn
     26 GRUDNIA: JEDZIEMY DO JINGHONG
     Po wyczyszczeniu brudnych od sztucznego śniegu ubrań i spakowaniu się opuszczamy hotel i ruszamy w kierunku stacji autobusowej, która znajduje się tuż obok dworca kolejowego, na który przybyliśmy dwanaście dni temu. Cieszymy się, że znów będziemy w trasie. Wybór odpowiedniego autobusu trwa kilka godzin i spowodowany jest oporem Chińczyków do spuszczania cen obcokrajowcom. W końcu udaje się nam dojść do porozumienia i siedzimy już w autobusie sypialnym, który zabrać nas ma do położonego około 400 km na południe miasta Jinghong. Do naszej dyspozycji mamy pięć łóżek położonych na tyle autobusu, na pierwszym piętrze. Ładujemy się tam z całym bagażem i opuszczamy Kunming.
     27 GRUDNIA: W RUCH IDĄ MOSKITIERY
     Nie ma mowy o długim spaniu, kiedy odległość pomiędzy kolejnymi zakrętami rzadko przekracza 50 metrów. Za oknem wyraźna zmiana otoczenia. Wszechobecne góry pokrywa już las tropikalny, a im bardziej przemieszczamy się na południe, tym jest on bardziej gęsty. Droga jest niesamowicie kręta, a do celu jeszcze kilka ładnych godzin jazdy. Na miejsce docieramy około 1400. Przemierzając porośnięte palmami ulice Jinghong, docieramy do miejsca, gdzie wiele jest tanich hoteli. Bez większych problemów znajdujemy pokój, w którym spędzimy kolejnych kilka dni, jako że właśnie w tym niewielkim miasteczku oczekiwać będziemy na Nowy Rok. Mieszkankami tego miejsca są głównie masażystki, dziewczyny pracujące od zmierzchu do świtu. Pierwszy raz w naszej podróży montujemy nad naszymi łóżkami, zakupione w Pekinie moskitiery. W trakcie wieczornego spaceru, szybko orientujemy się, że zdecydowanie więcej tu turystów, niż na naszym dotychczasowym szlaku w Chinach.
     28 GRUDNIA: SKUPUJEMY MIÓD
     Rano postanawiamy rozejrzeć się po bardzo interesującej górskiej okolicy. W poszukiwaniu jakiejś prowincjonalnej drogi udajemy się na drugi brzeg, przepływającej przez miasto rzeki Mekong. Mijając przydrożną pasiekę, kupujemy butelkę miodu, który popijamy podczas krótkiego postoju. W trakcie naszej krótkiej przerwy, podchodzi do nas starszy Chińczyk. Podejrzewamy, że jest on przedstawicielem, zamieszkującej południowy Yunnan, mniejszości Dajów, słynącej ze swej gościnności. Stary Daj zaprasza nas do swojej chaty, która zbudowana jest na bambusowych palach, pośród drzew kałczukowca. Uśmiechnięty gospodarz częstuje nas wrzątkiem z miodem i pozwala zrobić kilka zdjęć. Wieki temu była to zabudowa typowa dla Dalekiego Wschodu, jednak dziś stanowi jeden z unikatów na skalę światową. Mniej unikatowy jednak jest już portret Mao Zedonga, zdobiący ścianę sypialni.
     29 GRUDNIA: ŻYCIE NAD RZEKĄ MEKONG
     Tak jak na Pawle azjatycka kuchnia zemściła się już w Pekinie, tak na Piotrze dopiero tu, na południu kraju. Nie bardzo można poszaleć, gdy żołądek odmawia posłuszeństwa, więc zmuszeni jesteśmy odłożyć planowaną na dziś wycieczkę rowerową. W zamian udajemy się nad Mekong i tam obserwujemy codzienne życie Chińczyków. Jedni piorą w rzece, inni zbierają rzeczne rośliny. Jeszcze inni nawadniają swoje pola albo przy pomocy sieci łowią ryby. W drodze powrotnej, zaczepia nas pewien lekarz, który chce podszkolić swój angielski. Na pytanie o religie, odpowiada, że wierzy w Marksa. Wieczorem, już w hotelu, poznajemy Niemca Kurta, który zdecydowanie wyróżnia się spośród, napotkanych na naszym dotychczasowym szlaku turystów. Jego bardzo oryginalny wygląd, to tylko część jego ciekawej osobowości. Od roku 1968 podróżuje regularnie każdej zimy. Latem zarabia w Bawarii na swoje podróże. Zwiedził około 140 krajów i jest podróżnikiem, który widzi a nie tylko patrzy. To właśnie od niego dowiemy się wielu ciekawych rzeczy podczas kilku kolejnych dni. Wieczorem całą trójką idziemy do centrum, obserwując nocny targ, typowe wieczorne tańce i nalot policji na nielegalnych sprzedawców i masażystów.
     30 GRUDNIA: JEDZIEMY NA WYCIECZKĘ ROWEROWĄ
     Dziś Piotr czuje się już dużo lepiej, więc wycieczka rowerowa dochodzi do skutku. Za niewielką opłatą mamy dwie maszyny, które choć nie są wyczynowe, to całkiem nieźle radzą sobie na dość krętej drodze w dół rzeki Mekong. Po kilkudziesięciu minutach jazdy stromym brzegiem, docieramy do niewielkiej miejscowości. Znajdujemy małą plażę i tam grzejemy się w słońcu, leżąc na gorącym piasku. Widok kąpiących się trzech chłopaków utwierdza nas tylko w przekonaniu, że nie ma nic niebezpiecznego w wejściu do wody w tym miejscu. Po chwili mamy okazję pierwszy raz w życiu, kąpać się w rzece, na dzień przed Sylwestrem.
     31 GRUDNIA 2003, JEDNA PETARDA W SYLWESTRA
     Nadszedł dzień Sylwestra. Wszystko byłoby w jak największym porządku, gdyby nie to, że w Chinach nie przywiązuje się większej wagi do 31 grudnia. Tu kalendarzowy Nowy Rok niewielkie ma znaczenie poza urzędowym, a hucznie obchodzony tradycyjny Nowy Rok, związany jest z fazami księżyca i w tym roku przypada na drugą połowę stycznia. Bez względu na to, jak Chińczycy będą się dziś zachowywać, my umawiamy się z Kurtem na wieczór. Całą trójką zaczynamy żegnać europejski Nowy Rok, choć ulice miasta nie zwiastują niczego nadzwyczajnego. Tak też się dzieje. Słyszymy jedną petardę, ale i tak nie mamy pewności, że była wystrzelona z okazji Nowego Roku. Północ zastaje nas w knajpie "U Sary", która przyrządza świetnego hamburgera.
     1 STYCZNIA 2004, 15 DNI DO WIETNAMU
     Nie spodziewamy się wiele po dzisiejszym dniu, jak większość Polaków zresztą. Dzień poświęcamy na odpoczynek. Staramy się go dobrze w tym celu wykorzystać, zanim ruszymy jutro dalej, by następnie pokonać 800 kilometrów "na stopa", na bardzo górskim odcinku. Na dotarcie do przejścia granicznego z Wietnamem będziemy mieli maksymalnie 15 dni, aż do wygaśnięcia naszej chińskiej wizy.

Paweł Maczel
Piotr Mazurkiewicz

Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 623 (4/2004)

Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta bazy danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj.
Copyright 2006-2010 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry