Artykuły

    Napad na księdza
    Ks. Jan Trojanowski naszedł bandytę, gdy ten plądrował jego plebanię we Wronowych. Napastnik pobił księdza, zdarł z niego sutannę, skrępował mu ręce oraz nogi kablem elektrycznym i zakneblował usta taśmą klejącą. Przywiązał księdza do stołu i dotkliwie pobił. Związany, chwilami tracąc przytomność, przeleżał na podłodze plebanii 7 godzin, od 1600do 2300wieczorem. Życie uratował mu leżący na podłodze jego własny telefon komórkowy.  

   
ŚMIERĆ KOLEGI
    21 grudnia 2005 r. zmarł ksiądz kanonik Ignacy Mączyński, proboszcz parafii pw. św. Mikołaja w Janowcu Wielkopolskim. Zmarły kapłan był kolegą z seminarium księdza kanonika Jana Trojanowskiego z Wronowych (gm. Strzelno). Proboszcz wronowieckiej parafii nie wyobrażał sobie sytuacji, by nie wziąć udziału w uroczystościach
jan-m.jpg
Ks. Jan Trojanowski zgodził się na publikację swego zdjęcia na szpitalnym łóżku w Strzelnie. Widać, jak straszne ślady na twarzy i głowie pozostawił bandyta, bijąc proboszcza. Mówi, że to, że żyje, to cud od Boga, palec Boży. Także w szpitalu nie rozstaje się z telefonem komórkowym, który uratował mu życie.
fot. Sławomir Gacek
pogrzebowych, 28 grudnia w Janowcu. Poinformował o tym swoich parafian podczas świątecznych mszy 25 grudnia. Niewykluczone, że zapowiedź opuszczenia plebanii w środę słyszał bezpośrednio na mszy św. bądź od znajomych późniejszy sprawca bandyckiego napadu na księdza. Był to okres świąteczny i w rodzinach na terenie parafii mogli przebywać ludzie na co dzień z nią nie związani.
Ksiądz Jan Trojanowski - tak jak zapowiadał - w środę pojechał swoim samochodem do Janowca Wielkopolskiego. Po drodze zatrzymał się w Mogilnie, aby odwiedzić w szpitalu swojego znajomego, który pomagał mu niejednokrotnie w pracach na terenie parafii.
    POWRÓT DO DOMU
    Po zakończeniu uroczystości pogrzebowych, około 1600ksiądz Trojanowski wrócił do Wronowych. Otworzył bramę, wjechał swoim samochodem na podwórze plebanii. Z auta zabrał komżę i stułę oraz gazety, które przełożył przez przedramię i skierował się do wejścia na plebanię.
    ROZMOWA Z KAPŁANEM
    W tym momencie nastąpiły dramatyczne, wręcz tragiczne wydarzenia. O tym, co stało się na plebanii i co działo się tam między 1600a 2330rozmawialiśmy z ks. kanonikiem w strzeleńskim szpitalu. Kapłan chętnie zgodził się na rozmowę, zanim zdążyliśmy go o to poprosić. Ucieszył się widokiem znajomego reportera, tak jak cieszy się od tygodnia z wszelkich odwiedzin bliższych i dalszych znajomych zaniepokojonych o jego stan zdrowia i samopoczucie. Ksiądz jest posiniaczony, na nadgarstkach rąk widać rany po kablu, a na głowie i twarzy siniaki od ciosów. Mówił, że czuje się dobrze. Ze szczegółami opowiedział reporterowi "Pałuk", co go spotkało i czego doświadczył z rąk napastnika. Ksiądz wyraził również zgodę na zrobienie zdjęcia w szpitalnym łóżku i zamieszczenie jego w gazecie.
    WYŁAMANY ZAMEK
    Ksiądz kanonik - jak mówi - podszedł do drzwi plebanii. Były otwarte i zauważył, że zamek przy nich został przez kogoś zniszczony. Ksiądz mówi, że podejrzewał, iż do plebanii ktoś się włamał, mimo to wszedł do środka, bo nie spodziewał się tam kogokolwiek zastać. Pomieszczenia plebanii były totalnie splądrowane, wszystko naokoło zostało powywracane. Dosłownie kilka chwil później drogę zagrodził mu jakiś mężczyzna. Nie pamięta go, bo napastnik trzymał w ręku latarkę, którą oślepiał kapłana. Mężczyzna zaatakował bezpardonowo księdza, zadając mu silne ciosy w głowę. Ksiądz oszołomiony, nie miał żadnych szans na obronę. Dodaje, że zresztą nie mógł wiele zrobić, gdyż przeszkadzała mu kurtka i sutanna oraz trzymane na przedramieniu szaty i gazety.
    ZWIĄZANY, SKRĘPOWANY, PRZYWIĄZANY DO STOŁU
    Napastnik zaciągnął księdza siłą do jednego z pokoi, rzucił na kanapę i zaczął okładać po głowie pięściami. Ksiądz Trojanowski przypomina sobie, że na jedną z dłoni mężczyzna miał coś nałożone, jakiś przedmiot. Coś na wzór kastetu. Ksiądz mówi, że starał się bronić, wierzgać nogami. Jednak niewiele to dało, gdyż pod padającymi ciosami zaczął tracić świadomość. Pewny jest jednak, że nie stracił przytomności.
    Wtedy napastnik zdarł z księdza częściowo kurtkę i porozrywał na nim sutannę. Sutannę ściągnął do połowy w dół, tak, że już ona krępowała mu ruchy. Napastnikowi ciągle było mało. Związał księdzu najpierw ręce założone do tyłu, a potem nogi kablem elektrycznym i skrępował dodatkowo taśmą klejącą. Na koniec brutalnie pastwiąc się nad leżącym na kanapie księdzem przywiązał go kablem do stołu i zakneblował usta taśmą klejącą.
Złodziej niczym nie zrażony nadal plądrował pomieszczenia plebanii. Wyciągał szuflady, wyrzucał wszystko z szaf. Zamienił plebanię w jedno rumowisko. Chodziło mu o pieniądze. Znalazł około 1.700 zł. Część z tych pieniędzy była na plebanii, a część miał przy sobie ksiądz. Pewna kwota pochodziła ze sprzedaży świątecznych świec Wigilijnego Dzieła Pomocy Dzieciom i miała zostać przekazana do Gniezna na cele charytatywne.
    MOŻE JEDEN, MOŻE DWÓCH
    Ksiądz widział sylwetkę tylko jednego napastnika, który się nad nim znęcał. Jan Trojanowski jest jednak niemal pewien, że gdy wychodził on do drugiego pomieszczenia, rozmawiał z inną osobą. Czy była ona obecna na miejscu napadu i kryła się przed księdzem, czy tylko była to rozmowa przez telefon, czy ktoś stał ewentualnie na czatach - tego kanonik nie wie.  
    UWOLNIŁ SIĘ OD STOŁU
    Po zakończeniu przeszukania pomieszczeń, napastnik uciekł z plebanii. - "Jak uświadomiłem sobie, że zostałem sam, próbowałem się oswobodzić, ale było bardzo trudno. Jedyne, co udało się mi zrobić, to w końcu zerwać kabel, którym przywiązał mnie do stołu" - opowiada ksiądz. - "Mogłem wówczas pochylony usiąść na kanapie. Podniosłem się ze związanymi nogami, posuwając się, powoli podszedłem do włącznika światła, który nacisnąłem nosem i włączyłem w ten sposób światło. Następnie podszedłem do okna. Taśmę, którą zakneblowano mi usta, udało się mi częściowo odkleić. Próbowałem otworzyć okno, ale nie było szans, zębami nie mogłem. Próbowałem krzyczeć i wołać o pomoc, ale nikt nie słyszał" - kontynuuje swoją relację.
    NA KILKA GODZIN STRACIŁ PRZYTOMNOŚĆ
    O 18:00 odmawiano w kaplicy przedpogrzebowej różaniec przy trumnie jednego z mieszkańców wioski. Przybyli na modlitwy nie zauważali niczego niepokojącego. Mieszkańcy wiedzieli, że ich proboszcz pojechał na pogrzeb, więc nikt nie podejrzewał, że w oddalonej o kilka metrów od kostnicy plebanii, rozgrywa się dramat, a ksiądz potrzebuje pomocy. Tymczasem w konsekwencji wycieńczenia ksiądz upadł na podłogę i jak mówi zasnął. Prawdopodobnie jednak stracił przytomność.
    ZĘBAMI URUCHOMIŁ NUMER W TELEFONIE KOMÓRKOWYM
    Po kilku godzinach przebudził się. W tym momencie, jak uważa dziś po kilku dniach: - "Zdarzył się cud".
Podczas wcześniejszej szamotaniny, z ubrania księdza wypadł na podłogę jego telefon komórkowy. Napastnik w ciemnościach nie zauważył tego. Teraz jednak, kiedy skrępowany ksiądz Jan Trojanowski leżał na podłodze, dostrzegł leżący w pobliżu telefon. Na szczęście klawiatura telefonu nie była zablokowana: - "Chciałem podnieć go zębami. Wtedy wcisnąłem jeden z przycisków i nawiązało się połączenie. Dodzwoniłem się do mojej rodziny. Zacząłem wzywać pomocy mówić, że był napad, że jestem związany. Taśma na zaklejonych ustach nie pozwalała mi mówić wyraźnie". Tego samego dnia rano podczas wyjazdu na pogrzeb do Janowca Wlkp., ksiądz dzwonił do rodziny z informacją gdzie się znajduje i jakie są jego plany na cały dzień. Podczas naciśnięcia zębami przycisku w telefonie, zostało zupełnie przypadkowo wybrane ostatnie połączenie i było nim właśnie połączenie do siostrzenicy. Była wtedy około 23:00.
    RZĘŻENIE W SŁUCHAWCE
    Rozmawialiśmy z siostrzenicą księdza. Ze względu na prowadzone postępowanie nie podajemy jej żadnych inicjałów ani miejsca, gdzie mieszka. Kobieta powiedziała reporterowi "Pałuk", że kiedy zadzwonił telefon, przygotowywała się właśnie do snu. Słuchawkę podniosła jej córka i usłyszała jakieś rzężenie i niezrozumiałe dźwięki. Odłożyła słuchawkę. Jednak po chwili sprawdziła, kto dzwonił. Okazało się na wyświetlaczu telefonu widnieje numer i nazwisko księdza Jana Trojanowskiego. Powiedziała mamie o dziwnych odgłosach. Rozpoczęły się nerwowe minuty. Kobieta ze zdenerwowania zapomniała numerów telefonu do znajomych we Wronowych. W końcu jednak dodzwoniono się do jednego z mieszkańców wioski, mieszkającego w pobliżu plebanii i poproszono go o sprawdzenie, co dzieje się na plebanii. Jednocześnie rodzina poinformowała policję.  
    PRZERAŻAJĄCY WIDOK
    Mężczyzna, do którego telefonowano odebrał telefon mniej więcej o 23:00-23:05. W tym czasie oglądał program w telewizji. - "Głos kobiety, który usłyszałem w słuchawce zmroził mnie. Był przerażający. Oznajmił mi, że ksiądz potrzebuje pomocy. Zacząłem zakładać kurtkę i powiedziałam żonie, aby dzwoniła po sąsiadów i do mieszkającego we Wronowych funkcjonariusza policji" - mówi "Pałukom".  
    W chwilę później mieszkaniec wioski był już przy plebanii. Zobaczył światło, jednak drzwi od frontu plebanii były zamknięte. Wycofał się do domu, aby dowiedzieć się, czy żona powiadomiła sąsiadów. Usłyszał, że już idą. Więc wyszedł ponownie z domu i skierował się w kierunku plebanii. W tym czasie nadjechała policja. Od strony podwórza mężczyzna wszedł razem z funkcjonariuszem policji do środka. To co zobaczył wywołało przerażenie. Wszędzie walały się porozrzucane rzeczy i przedmioty. Na podłodze, w porozrywanych rzeczach i skrępowany leżał ksiądz proboszcz. - "Widok był przytłaczający. Zaraz też zaczęliśmy uwalniać proboszcza z więzów. Było trudno, nadgarstki były bardzo nabrzmiałe, taśma i kabel wrzynały się w ciało. Ale po kilku chwilach udało się go uwolnić" - opowiada. Proboszcz po uwolnieniu, mimo że był pobity, posiniaczony i zupełnie wycieńczony nie chciał jechać do szpitala. Wezwano ambulans i ksiądz Jan Trojanowski został przetransportowany do Strzelna do tamtejszego szpitala.
    PALEC BOŻY
    Ksiądz Jan Trojanowski mówi, że nigdy nie zapomni chwili, w której zobaczył twarze sąsiadów i policji. Wywołało to w nim niespotykaną radość. Nie czuł bólu, był szczęśliwy, że został uwolniony z więzów. Stwierdził, że jako kapłan i człowiek wybacza napastnikom i nie zamierza dochodzić swoich praw. Wie, że gdy zostaną schwytani, będą musieli odpowiedzieć za swój czyn, ale on im wybacza.
    Nasi rozmówcy mówią, że ksiądz Jan Trojanowski miał wiele szczęścia, nie wstydzą się słowa "cud". Uważają, że gdyby nie telefon komórkowy, którego nie zauważył napastnik, to dziś prawdopodobnie kapłana nie byłoby wśród żywych. Ponad 72-letni ksiądz, pobity z obrażeniami głowy, z opuchniętymi nadgarstkami i kostkami, leżący na podłodze w nieogrzanym pokoju, mógłby nie doczekać następnego dnia.    
    Gdyby nie telefon, prawdopodobnie najwcześniej znaleziono by księdza Jana dopiero w czwartek 29 grudnia. Tego dnia miały rozpocząć się o 1100uroczystości pogrzebowe ojca pochodzącego z Wronowych księdza dr hab. Czesława Pesta.
    Kapłan rozmawiając na szpitalnym łóżku pokazuje jednoznacznie w górę i mówi o palcu Bożym oraz cudzie. Mieszkańcy wioski nie wierzą, że mogło to spotkać ich kapłana, przeraża ich brutalność sprawców. Od czasu hospitalizacji kapłana w szpitalu, jest on codziennie odwiedzany przez swoich parafian oraz księży z dekanatu strzeleńskiego. Cieszy się, że parafianie pamiętają o nim i są przy nim. Kiedy opuszczaliśmy szpital, do księdza z odwiedzinami szedł właśnie dziekan strzeleński, ksiądz Otton Szymków.
    PORTRETU PAMIĘCIOWEGO NIE BĘDZIE
    Zastępca komendanta Komisariatu Policji w Strzelenie, nadkomisarz Robert Szubarga powiedział, że cały czas trwają intensywne czynności prowadzone przez strzeleńskich funkcjonariuszy, zmierzające do ustalenia sprawcy lub sprawców.  
    Policja nie będzie dysponować ewentualnym portretem pamięciowym tego napastnika, który wiązał i kneblował oraz bił księdza. Oficer prasowy KPP Mogilno st. sierż. Tomasz Rybczyński mówi, że ksiądz przeżył zbyt duży szok i był w stanie zbyt dużego wzburzenia, by zapamiętać jakiekolwiek szczegóły z sylwetki napastnika, które są potrzebne do stworzenia portretu pamięciowego. Policjanci zabezpieczyli dużo śladów na terenie samej plebanii, a zastępca komendanta KPP Mogilno Marek Jankowski mówi, że jest to dla policji sprawa priorytetowa i zależy im na jak najszybszym ujęciu bandytów.
    Policja zwraca się za pośrednictwem "Pałuk" o wszelkie informacje w sprawie napadu na księdza. Policja szczególnie liczy na mieszkańców Wronowych i okolicznych wiosek, że 28 grudnia 2005 r. widzieli kogoś podejrzanie zachowującego się, zapamiętali jakieś szczegóły.
    Opiekę duszpasterską mieszkańcom Wronowych zapewnili ks. Czesław Pest oraz ks. Otton Szymków.
Sławomir Gacek
Pałuki i Ziemia Mogileńska, nr 725 (1/2006)

    
    Księdza kanonika Jana Trojanowskiego nie trzeba nikomu z mieszkańców gminy Strzelno przedstawiać. Jest doskonale znanym i lubianym kapłanem. Wielkim patriotą, który manifestuje swoje przywiązanie i miłość do Ojczyzny wszędzie tam, gdzie tylko jest mu dane przebywać. Uwielbia poezję, którą recytuje przy różnych okazjach. Mieszkańcy Wronowych szanują go i cenią za 20-letnią posługę duszpasterską i skromność. W minionym roku parafianie bez jego wiedzy, zgotowali księdzu uroczyste obchody jubileuszu 20-lecia pobytu w parafii pw. św. Ignacego Loyoli. Przez kilka lat był również dziekanem dekanatu strzeleńskiego. Ze względu na wiek poprosił arcybiskupa Henryka Muszyńskiego, aby ten zwolnił go z funkcji. Tak też się stało.
Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta bazy danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj.
Copyright 2006-2010 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry