Artykuły

Praca na czarno przy produkcji tektury
    Zgnieciona kość
    - "Najgorsze były wypadki. Kiedyś chłopakowi z Wapna wkręciło rękę w tekturnicę. Kilka tygodni temu drugi prawie stracił palce przy czyszczeniu maszyny. Obaj już u nas nie pracują" - mówi jeden z zatrudnionych na czarno. Na celowniku policji, inspektoratu pracy, skarbówki, ZUS i straży pożarnej znalazł się zakład produkujący opakowania z tektury i kartony w Miastowicach (gm. Kcynia). Pracodawca podejrzewany jest o nielegalne zatrudnianie osób na czarno oraz mobbing.  

    O tym, co dzieje się w miastowickim zakładzie produkującym kartony, poinformował nas jeden z jej pracowników, a jego opowieść mogłaby służyć za scenariusz thrillera.
    ZWODZENIE Z PODPISANIEM UMÓW
    Zakład znajduje się przy wylocie z Miastowic przy drodze na Kcynię. Dookoła budynku leżą hałdy makulatury, którą przerabia się na opakowania tekturowe i kartony.
    - "Pracowaliśmy przy czterech maszynach: drukarce, wycinarce, tekturnicy i balociarce. Wszyscy robiliśmy na czarno. W zakładzie zatrudnione były trzy osoby - właściciel Jarosław D. i jego rodzina" - opowiada nasz rozmówca. - "Pracownik był traktowany jak rzecz. Mobbing w stu procentach. Na hali siedziała jego matka, która nas pilnowała. Jak przyszedł nowy i czegoś nie umiał, to był wyzywany: - "Ty mule, debilu" - takie teksty były na porządku dziennym.
    Kiedy do zakładu przyjeżdżała kontrola, pracownicy natychmiast uciekali. - "Nawet jak z policją byli, to uciekaliśmy. Sam zwiewałem cztery razy. Szefostwo mówiło nam zawsze, że w razie czego mamy uciekać" - kontynuuje. - "Najgorsze były wypadki. Kiedyś chłopakowi z Wapna wkręciło rękę w tekturnicę. Kilka tygodni temu drugi prawie stracił palce przy czyszczeniu maszyny. Obaj już u nas nie pracują. Nie mamy żadnego ubezpieczenia. To jest po prostu chore. Pan D. zwodzi nas, że podpisze umowy, ale tego nie robi" - żali się pracownik.
    MROŻĄCY KREW W ŻYŁACH  
    WIDOK DŁONI
    Udało nam się dotrzeć do mężczyzny, który odniósł obrażenia przy czyszczeniu maszyny. Na początku nie chciał z nami rozmawiać, ponieważ bał się zemsty ze strony swojego byłego pracodawcy. Pokazał nam swoją prawą dłoń, która wyglądała makabrycznie.  
    Palce były sine, ze skrzepami krwi i śladami nici, a cała dłoń opuchnięta. Widok drugiej dłoni bez czterech palców mroził krew w żyłach.
    Okazało się, że palce stracił w 1998 r., gdy miał szesnaście lat, również w tym samym zakładzie. - "Postawili mnie przy wycinarce. Nie miałem przeszkolenia i nie miałem pojęcia jak to się robi. Po godzinie pracy maszyna obcięła mi cztery palce" - opowiada chłopak. - "W pierwszym momencie pomyślałem, że to jest koniec normalnego życia. Czułem rozgoryczenie" - dodaje. W szpitalu dostawał leki na uspokojenie. Przychodził do niego psycholog i ksiądz.  
    - "Właścicielowi założyłem sprawę w sądzie. Ale ojciec się jakoś z nim ugadał, a ja nie miałem nic do powiedzenia" - mówi z żalem ofiara wypadku.
    ZGNIECENIE KOŚCI I RANY SZARPANE PALCÓW
    Do pracy wrócił w 1999 r. Obiecano mu legalną pracę, ale zatrudniony był tylko przez siedem miesięcy w 2001 roku.  
    - "Musiałem się zwolnić, bo dostałem rentę i byłem zmuszony zrezygnować z pracy na okres tych świadczeń. Rentę miałem dwa lata, po czym kolejna komisja stwierdziła, że jestem zdolny do pracy. Wróciłem do tego zakładu. Tym razem stałem przy drukarce" - opowiada. Pracował tam do 7 czerwca tego roku, w okresie zimy i wczesną wiosną. Latem szedł do prac sezonowych.  
    W tym dniu mężczyzna czyścił maszynę. - "Nie było za dużo płynów. Musiała chodzić, bo bym jej nie wyczyścił. W pewnym momencie wciągnęło mi prawą dłoń. Nikt nie chciał mnie zawieźć na pogotowie, czekałem za szefem dwadzieścia minut. W szpitalu czekałem kolejne dwie godziny, bo lekarze operowali kogoś z wypadku samochodowego. Dostałem domięśniowo lek przeciwbólowy" - relacjonuje wydarzenia z 7 czerwca chłopak.
    Lekarz stwierdził zgniecenie kości i rany szarpane palców, a także uszkodzenie ścięgna. Rehabilitacja potrwa długo. Istnieje też groźba, że poszkodowany nie odzyska już nigdy pełnej sprawności w prawej ręce.
    TU NIKT NIE PRACUJE NA CZARNO
    Zaraz po wypadku pan D. kupił swojemu pracownikowi zestaw leków, który kosztował 100 zł. Proponował także ugodę. Chciał zapłacić - jak podaje nasz rozmówca - za wycofanie zawiadomienia, które poszkodowany złożył na policji.      
    Inspektor pracy Dariusz Lewandowski przyjechał do Miastowic w poniedziałek, ale nie zastał Jarosława D. Nam również nie udało się z nim skontaktować. Pracownicy nie wiedzieli, kiedy szef wróci. Usłyszeliśmy też, że nikt w zakładzie nie pracuje na czarno i nic złego się tam nie dzieje.  
    Jeden z pracowników przekonywał, że ofiara wypadku miała tylko spuchniętą rękę, obrażenia odniósł później, pracując u rolnika, a teraz chce wrobić pracodawcę.
    CZAS KONTROLI
    Jak udało nam się ustalić - w czasie wcześniejszych kontroli pracodawca wykazywał trzyosobowy stan zatrudnienia. Okręgowy Ispektorat Pracy nie mógł przedstawić nam wyników poniedziałkowej kontroli, ponieważ nie jest ona jeszcze zakończona.  
    Obecnie były pracownik zakładu w Miastowicach nie ma środków do życia.  
    - "Póki mogłem pracować to jeszcze sobie radziłem" - wyznaje z bólem. Zasiłek z opieki społecznej otrzyma 27 lipca. Zapowiada, że będzie starał się o odszkodowanie.
    - "Dostaliśmy zawiadomienie o przestępstwie. Niezwłocznie powiadomiliśmy o wypadku Okręgowy Inspektorat Pracy, ZUS, Urząd Skarbowy i Państwową Straż Pożarną w celu podjęcia odpowiednich czynności. My prowadzimy postępowanie w sprawie naruszenia praw pracowniczych i wypadku w pracy. Na chwilę obecną nie możemy podać żadnych szczegółów ze względu na dobro śledztwa" - poinformował nas Artur Krajewski, komendant komisariatu w Kcyni.
Tomasz Rogacz
Pałuki nr 753 (29/2006)
Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta bazy danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj.
Copyright 2006-2010 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry