Artykuły

Ryzyko właściciela; policjanci nie są stróżami  
    Melina w sercu miasta
    Ani właściciel, ani policja nie potrafili zapobiec odbywającej się w ekspresowym tempie dewastacji 102-letniego domu na tzw. "Rydzku" w Barcinie. Dom stał pusty od 3 lat. Jego właściciel mieszka w Żninie. Dobytek został rozkradziony, 3 razy w ciągu ostatniego tygodnia wybuchały tam pożary. - "To był taki ładny, stary dom" - mówią sąsiedzi. Był. Jeszcze przed miesiącem. 
    Bednarz Jan Nowicki w 1904 r. wówczas na rogatkach Barcina, czyli tzw. "Rydzku" postawił dom mieszkalny. Dzisiaj ten dom po wybudowaniu osiedla bloków wielorodzinnych znajduje się w samym sercu miasta, przy najruchliwszym skrzyżowaniu. Jan Nowicki pozostawił go po latach w spadku swej córce Józefie Górskiej. Ta zmarła w 2003 r. Jej małżonek zmarł wcześniej. Przez pewien czas pod koniec życia zimy spędzała u swego syna Adama Górskiego w Żninie, a wiosną wracała do Barcina.  
   
melka1.jpg
Pół klawiatury pianina postawionej na sztorc. Instrument był dumą Józefy Górskiej i o to, czy jeszcze istnieje zapytał od razu Adam Górski, gdy dowiedział się o dewastacji swego budynku w Barcinie.   fot. Karol Gapiński
Od trzech lat dom stał pusty. Syn zmarłej jest byłym pracownikiem cukrowni w Żninie. Obecnie ma problemy zdrowotne i nie mógł bywać w Barcinie codziennie, by kontrolować co się dzieje w jego posesji. Zabezpieczył ją i porozumiał się ze swoim znajomym z Barcina, by ten od czasu do czasu zaglądał do środka, co się dzieje w budynku. Przez 2 lata nic złego się nie działo. Kiedy jednak złodzieje i ludzie z marginesu społecznego dostali się do budynku pierwszy raz, to już nie odpuścili, nim nie zrobili z niego rudery.
    Adam Górski w ostatnich miesiącach obserwował, że notorycznie wyłamywane były zabezpieczenia na drzwiach do posesji. Za każdym razem jednak naprawiał te uszkodzenia, zakładał nowe  kłódki. W ostatnich kilku tygodniach nie był w Barcinie i nie otrzymał też sygnałów, że coś się dzieje w jego posesji.

    W DAWNYM SALONIE
    Poniedziałek, słoneczne przedpołudnie. Drzwi do ponad 100-letniego domu na ul. 4 Stycznia nr 60 w Barcinie są otwarte. Wszystkie okna na parterze i na piętrze wybite. Dachówki wokół jednego z kominów zdjęte. Dzień wcześniej paliło się tu na piętrze. Zresztą już trzeci raz od zeszłego czwartku. Tym razem strażacy musieli ściągnąć część dachówek, by uratować dom.
melka12.jpg
Pierze z rozdartych poduszek i siano z rozwalonych sienników  fot. Karol Gapiński

Budynek trzeba będzie rozebrać, bo chyba nie da się go po prostu remontować. - "A w przyszłym roku moja córka z rodziną miała zacząć coś tutaj robić, by w przyszłości tam zamieszkać. Taka była wola jej babci, by to właśnie ma córka była spadkobierczynią" - opowiada Adam Górski.
    Ściany zewnętrzne jeszcze stoją, ale dom wewnątrz już nie przypomina dawnego miejsca zamieszkania. Na ścianie przy schodach na piętro zwisa wyrwana rura. Smród i mokro, bo dach cieknie, a w niedzielę cały dzień padało. Rozrzucone na podłodze wilgotne gazety. Jest siódmy nr miesięcznika "Reporter" z 1990 i "Gazeta Polska" z 8 grudnia 1991 oraz "Świat Młodych" z 2 lutego 1991 r. W korytarzu stoi klawiatura od pianina z wyrwaną połową klawiszy.  
    W pokoju po prawej piec kaflowy, rozwalony tapczan i pusty stół. W pokoju po lewej, który kiedyś musiał być salonem, kolejny stół, rozwalone krzesła. Na blacie butelka po trunku "apetit mocny" i 4 kolejne po denaturacie. Mokre bułki w paczce. Chleb orkiszowy jeszcze w folii, pudełka po papierosach "main". Przy ścianie część strunowa rozbitego pianina. Dziury w podłodze. Powyrywane drzwi do kolejnych pomieszczeń.

    ZNISZCZONE PAMIĄTKI
    Od strony podwórza, zrujnowanym korytarzem wchodzi wysoki mężczyzna w średnim wieku. Ubrany schludnie, oczy ma podkrążone. Mówi, że przyszedł sprawdzić, czy jego kolega Czesio jeszcze tutaj się gnieździ, czy już na święta wrócił do siebie do domu. Mężczyzna unika dłuższej rozmowy i oddala się.
Schody na piętro. Pierze umoczone w wodzie, trzeba uważać, żeby się nie poślizgnąć. Woda rytmicznie uderza w sprężyny nadpalonej, niebieskiej kanapy. Za wybitym oknem słoneczne, centralne skrzyżowanie Barcina. Ludzie, którzy idą chodnikiem, z ciekawością podchodzą do rozbitych okien, ale boją się wejść. Pod nogami w pokoju na górze znowu mokre gazety. Stęchły zapach unosi się w powietrzu, ale ściany nie są osmolone. Kiedyś wisiały na nich dyplomy za pracę w mleczarni. Pani Józefa Górska wraz ze swym mężem pracowali w mleczarni we Wrześni. On zaś jeszcze przed wojną w księgowości mleczarni w Barcinie.  
    Pamiątki po braciach pani Józefy Górskiej też zniknęły. Były cenne. Julian Nowicki w 1938 r. zastrzelony został przez policję podczas manifestacji socjalistycznej robotników w Toruniu, gdzie wtedy studiował. Florian był przed wojną nauczycielem. Rozstrzelali go enkawudziści w Katyniu.

    POLICJANCI, NIE STRÓŻE
   
melka17.jpg
Adam Górski: "Chciałem zgodnie z wolą matki przekazać dom jej wnuczce, czyli mej córce Ewie. Niewykluczone ejdnak, że ten dom teraz będzie się nadawał jedynie do rozbiórki".
fot. Karol Gapiński
7 grudnia przed 1320 liczni o tej porze przechodnie na ul. 4 Stycznia obok "Polo-marketu" zobaczyli ogień i dym wydobywający się ze wszystkich okien domu. Przez drzwi słychać było, że ktoś jest wewnątrz. Powiadomiono straż. Przechodnie wydostali z domu Krzysztofa K., jednego ze stałych tutaj bywalców. Jeszcze w zeszłym roku wraz z kumplami imprezowali w opuszczonym Dworcu PKP w Barcinie. Od kilku tygodni zabawiają się w domu po Józefie Górskiej.
    Krzysztof K. posadzony zostaje na krześle. Trzyma się na nim o własnych siłach. Ale już do karetki, kiedy ta przyjeżdża, sam wejść nie może. Traci przytomność, zabrany jest do szpitala. Jego życiu nic nie grozi, a pożar szybko zostaje opanowany.
    Po północy 10 grudnia i o 1710 w niedzielę pożary w domu powtarzają się. Za każdym razem interweniują strażacy z JRG Żnin i OSP Barcin. Pewne jest zdaniem kapitana Sławomira Rysia z Państwowej Straży Pożarnej w Żninie, że doszło do zaprószenia ognia.  
- "Jednak, czy to od niedopałka, czy może wskutek ogrzewania się przez koczujących tam ludzi z marginesu społecznego, bądź bezdomnych, czy też ktoś wreszcie celowo z zewnątrz spowodował tam ogień, tego w tej chwili wiedzieć nie możemy" - mówi kapitan.
    Na około trzy tygodnie przed pożarami mieszkańcy Barcina widzieli, że z pomieszczenia gospodarczego na posesji wywożone są na wózkach i na rowerach przez obcych ludzi worki z węglem. Powiadomiono policję. - "Jak ich powiadomiłem, że się coś takiego dzieje, to oni powiedzieli, że nie są stróżami, by stać tam i pilnować opuszczonej chaty. A przecież nikt im nie kazał stać i pilnować, tylko ustalić złodziei" - mówi jeden z mieszkańców, który interweniował na posterunku w Barcinie. Skradziono wtedy nawet do 9 ton węgla, które zgromadzone były w pomieszczeniu gospodarczym, do którego się włamano.  
    - "Nie wiem, co mówili policjanci. Jedno jest pewne, patrole tam chodzą i jeżdżą w radiowozach, trudno jednak wymagać od nas, abyśmy przez 24 godziny na dobę pilnowali opuszczonego budynku" - tłumaczy komisarz Artur Krajewski, oficer prasowy i naczelnik wydziału prewencji w Komendzie Powiatowej Policji w Żninie.

    NAZWISKA SIĘ POWTARZAJĄ
    Rozpytuję mieszkańców, sąsiadów, przechodniów na ul. Pakoskiej, Polnej, LWP, Lotników, 4-go stycznia: kto
melka7.jpg
Krystyna i Jan Wysoccy, którzy z okien swego domu mają widok na dom po pani Józefie Górskiej, w czwartek ujrzeli czarny dym wydobywający się ze wszystkich rozbitych szyb
fot. Karol Gapiński
nielegalnie przebywał w tym domu? Kto doprowadził go do ruiny? Powtarzają się nazwiska mężczyzn. Niektórzy zostali odrzuceni przez rodziny, inni stracili prace i stoczyli się. Jest też przynajmniej jeden z upośledzeniem umysłowym. - "Panie, policja o nim wie bardzo dobrze, bo mi sami to mówili. Ale nic mu nie mogą zrobić, bo ma żółte papiery" - opowiada mieszkaniec jednego z pobliskich bloków.
    - "To wstyd, że dobrym, choć ubogim rodzinom dachu nad głową brakuje, czy węgla na zimę, a tu kradną na winko i jeszcze dom rujnują w środku miasta na oczach policji" - wykrzykuje w emocjach pani po sześćdziesiątce.
    Na pewno zabawiał się w zniszczonym już domu Krzysztof K., który został uratowany z pożaru. - "Jeszcze Władzio O. i P." - wylicza pani Krystyna. Nie tylko ona, ale i inni nie kojarzą, jak ów P. ma na imię. Ostatni, który się pojawia na liście, to Włodek Ś. Ich przy 4 Stycznia nr 60 widywano regularnie. Inni pojawiali się z doskoku.

    PIERWSZE KŁOPOTY
    Tak naprawdę problemy Adama Górskiego z zabezpieczeniem  własności w Barcinie zaczęły się pod koniec lutego. W dniach od 24 do 28 lutego włamali się tam czterej młodzi ludzie, w tym jeden niepełnoletni. Prawdopodobnie przez kilka dni i nocy zdołali stamtąd wynieść zabytkowy kredens, 2 żeliwne płyty od pieców kaflowych i 2 kaloryfery. Po śmierci matki Adam Górski pozostawił też piec centralnego ogrzewania. I ten został wyniesiony przez sprawców. Ponadto jeszcze toaletka z dwoma lustrami i stolik pod radio oraz maszyna do szycia. Wtedy policja sprawców ustaliła. Byli to młodzi mężczyźni: Tomasz F., Marcin B. i Szymon J. Ten ostatni niepełnoletni. Zamieszany też w to wszystko był Paweł B.
    Przyznali się do zarzutów. Dostali 6 miesięcy więzienia w zawieszeniu na 2 i 3 lata i kary grzywny. Takie kary 2 miesiące temu zasądził Sąd Rejonowy w Szubinie.
    Po pierwszym włamaniu Adam Górski znów zabezpieczył posesję w Barcinie, ale to nie wystarczyło.

    MIAŁO BYĆ DLA CÓRKI
    Józefa Górska chciała za życia, aby posesję odziedziczyła jej wnuczka Ewa, córka Adama Górskiego. Obecnie ma ona 28 lat, założyła już rodzinę i od kilku lat mieszka w Hamburgu, gdzie z mężem pojechali do pracy.
    - "Nie chciałem wynajmować domu w Barcinie lokatorom. Moja mama miała złe doświadczenia w przeszłości z lokatorami, a miała ich kilku. Zalewali mieszkanie wodą. Niszczyli ten dom. To po pierwsze. Poza wszystkim zaś nie chciałem nikogo tam wprowadzać, bo docelowo miała tam zamieszkać córka. Zresztą już coś tam robić miała zacząć pod kątem remontów w przyszłym roku na wiosnę. A teraz, skoro mówi mi pan, jak to tam wszystko wygląda i jeszcze pokazuje zdjęcia, to wychodzi na to, że nie będzie remontu, a raczej rozbiórka, czyli dodatkowe koszty" - opowiada były magazynier w żnińskiej cukrowni.
Adam Górski boi się od kilku miesięcy wizytować swą posesję w Barcinie. - "Jestem mocno chory. Od lat mam cukrzycę i słabe nerwy. Jeszcze mnie tam zabiją. Kiedy stróż z parkingu strzeżonego za płotem jakiś czas temu zwrócił uwagę komuś kręcącemu się nocą i włażącemu do mojej posesji, to usłyszał: "Ty się zamknij, bo cię zaraz..." Pojechać mogę do Barcina z panem" - mówi Adam Górski.
    Naszą rozmowę przerywa telefon. Dzwonią z zakładu gazowniczego. Z posesji Adama Górskiego skradzione zostały rury instalacji gazowej i licznik pomiaru gazu.
    Instalacja elektryczna też już jest zdewastowana. Liczników prądu - a było ich kilka dla poszczególnych mieszkań, również już chyba nie ma.  
    Radzę dzwonić na policję, aby zgłosić przestępstwo. Policja ze Żnina odpowiada, że pojadą do Barcina, sprawdzić, co się tam dzieje i jeśli dadzą radę, to zabiorą ze sobą na tę wizytę w terenie właściciela posesji. Pan Adam odpowiada: - "Jeśli mnie weźmiecie, to pojadę, inaczej nie jadę" - mówi. Już po odłożeniu słuchawki opowiada, że miał liczne anonimowe telefony z propozycją kupna nieruchomości, ale zawsze odmawiał. - "Jak to jest, że w wolnym i jakoby praworządnym kraju nie można pozostawić zamkniętego na klucz domu w centrum miasta, by nie został on zdewastowany?" - zapytuje retorycznie.

    RYZYKO WŁAŚCICIELA
    Przewodnicząca komisji budżetu, prawa i porządku publicznego w Radzie Miejskiej Barcina, Małgorzata Bohuszewicz prywatnie jest też właścicielką nieruchomości. Przyznała, że sprawy domu przy ul. 4 Stycznia nie zna, ale zapozna się z nią w czwartek szczegółowo. Co do obowiązków właścicieli nieruchomości, przewodnicząca komisji powiedziała, że odpowiada on za bezpieczeństwo wewnątrz budynku i na całej długości chodnika publicznego wzdłuż obiektu. Ponadto ponosi odpowiedzialność np. za powstały pożar w budynku, chyba, że udowodni, że spowodował go ktoś inny, w tym również może być osoba, która się tam włamała i przebywała bez zgody właściciela. Natomiast nie ma właściciel żadnego obowiązku doglądania swej posesji, jeśli w niej nie mieszka na co dzień, bądź też wyjechał na długi czas. Jest to jego prawo. Zamyka, bądź nie zamyka drzwi do domu i jest to tym samym tylko jego ryzyko, co dalej się stanie. - "W czwartek (dzisiaj - przypis kg) pomyszkuję w papierach dotyczących kwestii tej nieruchomości, praw spadkowych i zameldowania w niej jakichś osób" - powiedziała Małgorzata Bohuszewicz.  
    Adam Górski przyznaje, że sądownie praw spadkowych jeszcze nie dopełnił, ale płaci podatek za nieruchomość (nie zapłacił tylko jeszcze za ostatni kwartał 2006 r.). Małgorzata Bohuszewicz mówi, że tak, czy siak sądownie sprawy spadkowe trzeba uregulować, niemniej, jeśli Adam Górski jest jedynym synem właścicielki, która widnieje w akcie notarialnym, czyli Józefy Górskiej, i nie ma spisanego przez nią testamentu o innej treści, to jest on faktycznym spadkobiercą i właścicielem tego domu.

    FIRANKI W OKIENNICACH  
    Jedna z sąsiadek nieżyjącej już Józefy Górskiej spogląda na zdewastowany budynek w Barcinie: - "To był taki ładny, stary dom. Jeszcze w na prośbę pani Józefy parę lat temu uszyłam firanki do wszystkich okien, co to teraz powiewają w wybitych okiennicach" - mówi smutno.
 Karol Gapiński Pałuki nr 774 (50/2006)
Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta bazy danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj.
Copyright 2006-2010 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry