Artykuł tygodnia
-
Przez rynek nie ma przejazdu
Do 21 czerwca żniński rynek jest wyłączony z ruchu samochodowego. Zmiany w organizacji ruchu obowiązują także w Szubinie, a z utrudnieniami kierowcy muszą liczyć się w Gąsawie. Szczegóły poniżej.
Najczęściej czytane
- Qumple na trzecim miejscu
- Winni dokonania gwałtów
- Wyrok: zgwałcili nastoletnie koleżanki
- Śmiertelna dekompresja w szmaragdowym raju
- Układ rodzinny w Szkole Podstawowej nr 2
- Wielka muzyczna majówka
- Ojciec zabił nożem syna
- Żnin pożegnał profesora
- 650.000 zł straty na basenie w zeszłym roku
- Komendant Lukstaedt zamyka posterunki
- Wola Kożuszkowa z pucharem
- Skowroński w miejsce Kussa
Artykuły
- Poniedziałek, 05 Lutego 2007
Świadectwo o cudownym uzdrowieniu
- Trzeba zaufać bez reszty Bogu. Cały czas miałam tę ufność, że jeśli jest taka wola Boża, to niech tak będzie, ale mówiąc po ludzku, chciałabym jeszcze trochę pożyć - pani Irena Kinecka powraca do tych chwil, gdy po zatruciu muchomorem sromotnikowym, na szpitalnym łóżku walczyła o życie. O uzdrowienie pani Ireny modliło się wiele osób. Dziś Irena Kinecka cieszy się zdrowiem.
Mieszkanki Żnina Irena Kinecka i jej szwagierka Barbara zatruły się muchomorami sromotnikowymi w sierpniu podczas pobytu w Borach Tucholskich u rodziny.
- Mama i ciocia zjadły tych grzybów naprawdę bardzo dużo, bo około 1/4 kobiałki, mama trochę więcej od cioci. Te grzyby wyglądały na jadalne, sądziliśmy, że są to gąski - mówi Renata Najderek, córka pani Ireny.
- One je zjadły około ósmej. Mama sama je przyrządziła. Objawy zaczęły się około 5 nad ranem.
Panie Irena i Barbara Kineckie zgłosiły się do lekarza pierwszego kontaktu, który ocenił, że cierpią na niestrawność, ale na wszelki wypadek dał skierowanie do szpitala w Świeciu.
Obie kobiety wymiotowały, miały biegunki i bóle brzucha. W szpitalu w Świeciu cała rodzina poznała straszną prawdę - przyczyną coraz bardziej uporczywych dolegliwości było
ZATRUCIE MUCHOMOREM SROMOTNIKOWYM.
- Mama i ciocia bardzo cierpiały, miały złe wyniki; u cioci zatrzymały się one na pewnym poziomie, u mamy jeszcze się trochę pogorszyły. Lekarka powiedziała, że to nic takiego, ale ja wiedziałam, że będzie coraz gorzej, ponieważ po zatruciu sromotnikiem trucizna uwalnia się nie od razu, ale po pewnym czasie - mówi córka pani Ireny.
O zdrowie dla Ireny i Barbary Kineckich modliło się wiele osób. Oprócz rodziny i przyjaciół, także kapłani i siostry zakonne, wspólnoty parafialne, wspólnoty Domowego Kościoła, Wspólnota Neokatechumenalna, Wspólnota Odnowy w Duchu Świętym. - W szpitalu w Świeciu leżałyśmy obie. Patrzyłam na moją szwagierkę, która się tak męczyła i pomyślałam sobie: "Jeżeli przyjdzie dźwigać ten cięższy koniec krzyża, to
NIECH TO NA MNIE SPADNIE".
I tak też się stało - mówi pani Irena Kinecka. - Z tego co lekarze mówili - tylko niebo mogło je uratować. Ciocia była w trochę lepszym stanie, już pewnie wcześniej stał się ten cud i szybciej została uzdrowiona. Natomiast mama miała cierpieć więcej - mówi Renata Najderek.
Ponieważ stan Ireny Kineckiej był poważny, a szpital w Świeciu nie dysponował odpowiednią aparaturą, po wcześniej konsultacji telefonicznej pacjentka przewieziona została do Kliniki Toksykologii Akademii Medycznej w Gdańsku, gdzie osoby po ciężkich zatruciach poddawane są dializie metodą MARS, w której urządzenie dializujące zastępuje pracę uszkodzonej wątroby. Na szczęście to urządzenie było wolne i żninianka mogła z niego skorzystać.
Urządzenie MARS, oprócz Gdańska, znajduje się jeszcze tylko w trzech ośrodkach w Polsce: w Warszawie, Krakowie i Olsztynie, a za kilka tygodni takie urządzenie ma też znaleźć się w Poznaniu.
- Muchomor sromotnikowy jest jedną z najsilniejszych znanych człowiekowi trucizn. Kiedyś przeżywalność po zatruciu nim wynosiła poniżej 10%, teraz dzięki MARS sięga 50% - informuje Marek Wiśniewski, lekarz z Kliniki Toksykologii AM w Gdańsku. - Wątroba ma dużą zdolność regeneracji. Im dłużej utrzymamy pacjenta przy życiu, tym większą mamy szansę, że jego wątroba się zregeneruje. - Kiedy mama w sobotę około południa zajechała do Gdańska, była - z naszego punktu widzenia - w dobrym stanie, rozmawiała z nami, choć jej wyniki były krytyczne. Kiedy wieczorem zadzwoniłam do lekarza zapytać, jak się czuje mama, lekarz powiedział, że mamy stan się pogorszył bardzo znacznie, że nie ma szans na przeżycie i tej nocy umrze. Ja się zapytałam, co się stało, dlaczego tak od razu... No niestety,
TA TRUCIZNA UWALNIA SIĘ STOPNIOWO,
i gdy uwolni się cała, to praktycznie nie ma ratunku. Lekarz powiedział, że mama miała już kilka zapaści, że trzeba ją było reanimować, że ma wewnętrzne krwotoki, ponieważ białka już w ogóle w organizmie nie ma, że krzepliwości krwi nie ma żadnej.
Nie czekając długo, powiadomiłam tatę i rodzeństwo i w ciągu godziny wyruszyliśmy do Gdańska. Jadąc tam, przez całą drogę odmawialiśmy koronkę do Miłosierdzia Bożego. Był to taki swoisty maraton, ale pełen miłości, wiary i wielkiej ufności. Modliliśmy się non stop, jak skończyliśmy jedną koronkę, zaczynaliśmy drugą, trzecią i tak przez całą drogę. Wtedy nie wiedzieliśmy w sumie, o co się modlimy, o to, aby zdążyć dojechać, żeby się z mamą pożegnać, czy żeby po śmierci mama prosto poszła do nieba. Wtedy jeszcze nie śmieliśmy nawet myśleć, że może zostać uzdrowiona. Jednak, gdy tak tyle godzin jechaliśmy i modliliśmy się tak bardzo, przypominały nam się słowa Pana Jezusa, który sam nam mówił, że jeśli będziemy się żarliwie i wytrwale modlić, to On wysłucha naszych próśb. Dlatego w głowie przez cały czas brzmiały myśli -
MODLIĆ SIĘ, MODLIĆ SIĘ,
BEZ PRZERWY SIĘ MODLIĆ
- to było tak nieodparte i silne - mówi Renata Najderek.
Kiedy rodzina dotarła do Gdańska została poinformowana przez lekarza, że stan Ireny Kineckiej jest bardzo ciężki, musi ona zostać poddana dializie wątroby; niestety, pierwsza próba założenia wkłucia dializacyjnego do żyły szyjnej się nie powiodła, doszło do uszkodzenia tętnicy szyjnej i krwotoku. - W tym miejscu utworzył się krwiak i bardzo spuchła mamie szyja. Lekarz powiedział, że to spowodowało, że ta dziurka, z której lała się krew, została zatkana. - To był taki pierwszy znak Pana Jezusa - zauważa Renata Najderek. - Lekarz przedstawił nam stan mamy. Wiedzieliśmy, co oznacza to, co on nam powiedział - praktycznie mieliśmy się przygotować na pożegnanie mamy. I wtedy poczułam w sercu, w duszy nieodpartą siłę - musiałam powiedzieć słowa, w które po ludzku nie można było uwierzyć, które się wydawały wręcz bezsensowne, powiedziałam:
"PANIE DOKTORZE, ZOBACZY PAN,
BĘDZIE PAN ŚWIADKIEM CUDU".
Wtedy on spojrzał na mnie i powiedział: "Ja również jestem człowiekiem wierzącym i bardzo bym tego chciał, bo tutaj tylko pomoże Niebo, tutaj nic nie możemy zrobić". I poszedł z powrotem do mamy. Myśmy usiedli i modliliśmy się wspólnie. Było nas tam dziewięcioro. Modliliśmy się po cichutku, szeptem, ale jak modli się dziewięć osób, to to jest słyszalne. Słyszeli to lekarze, słyszały pielęgniarki, słyszeli pacjenci, którzy byli w dobrym stanie i chodzili po korytarzu, gdy nie mogli spać. I tak ta modlitwa trwała nieustannie przez całą noc.
Była niedziela. Po nocy i ranku, które rodzina spędziła na modlitwie, lekarz poinformował, że stan pani Ireny jest minimalnie lepszy, ale żeby nie robić sobie nadziei. Rodzina udała się do szpitalnej kaplicy na mszę świętą. - Gdy wróciliśmy do mamy, lekarz, który przejął dyżur powiedział, że wyniki rzeczywiście są lepsze, ale stan mamy nadal jest ciężki. Dla nas to oznaczało, że powinniśmy dalej z wielką ufnością się modlić. Czyniliśmy tak nadal i wszyscy byli tego świadkami.
W krytycznym momencie enzymy wskazujące na stan wątroby, tak zwane aminotransferazy w organizmie Ireny Kineckiej osiągnęły wartości: AIAT - 5025 [U/l], AspAT - 2436 [U/l]. - Norma w przypadku aminotransferaz wynosi do 25 lub 35, w zależności od laboratorium. U tej pani te enzymy były bardzo podwyższone, doszło do potężnego uszkodzenia wątroby - komentuje wyniki doktor Wojciech Hillemann, ordynator Oddziału Wewnętrznego Pałuckiego Centrum Zdrowia w Żninie. - Muchomor sromotnikowy powoduje
ZANIK WĄTROBY. DOCHODZI
DO MARTWICY ROZPŁYWNEJ.
Wystarczy jeden sromotnik i już jest po człowieku - tłumaczy nam to, co działo się w organizmie Ireny Kineckiej - tylko na podstawie wyników - doktor Hillemann.
- Lekarz powiedział, że powinniśmy jechać do domu, ponieważ i tak nic nie pomożemy, a jesteśmy już bardzo zmęczeni. Rzeczywiście, tato wraz z rodzeństwem i moim szwagrem pojechali do domu, ja zostałam u kuzynostwa, które mieszka kilkadziesiąt kilometrów od Gdańska - opowiada Renata Najderek. - Kiedy w poniedziałek rano przyjechałam do szpitala, nie wiedziałam co zastanę, bardzo się bałam. Drzwi od pokoju, w którym leżała mama, były lekko uchylone i zobaczyłam, że mama nadal leży w tym samym miejscu. Żyje.
Kiedy przyszedł lekarz, powiedział, że wyniki mamy są jeszcze lepsze, niż były w niedzielę rano i oni sami nie potrafią tego wytłumaczyć. Zawiadomiłam o tym tatę i rodzeństwo, żeby się troszeczkę pocieszyli.
Pani Irena przygotowywana była do drugiej dializy, ale gdy wykonano następne badania, okazało się, że ich wyniki są jeszcze lepsze i dializ już więcej nie ma potrzeby robić, choć często w takich wypadkach robi się trzy. - Lekarze przyszli do mamy i powiedzieli: "Pani Irenko, żyje pani dzięki modlitwom rodziny. Te modlitwy nam również bardzo pomogły." Lekarze nie wiedzieli, że więcej osób się modliło, widzieli tylko nas - mówi córka pani Ireny i podkreśla, że jej mama w szpitalu otoczona została wspaniałą opieką lekarzy i pielęgniarek, którzy zajmowali się nią z wielkim poświęceniem, zresztą podobną opieką otoczeni byli i inni pacjenci. - Ci cudowni lekarze przywrócili mi wiarę w lekarzy - mówi Renata Najderek.
Pani Irena po prawie tygodniowym pobycie w Klinice Toksykologii AMG w dobrym stanie ogólnym przeniesiona została do Kliniki Gastroenterologii i Chorób Naczyń Szpitala Wojewódzkiego w Bydgoszczy z zaleceniem dalszego leczenia oraz przeprowadzenia badań kontrolnych.
- GDYBYŚMY NAWET MIELI
DUŻO PIENIĘDZY I NIEWIADOMO
KOMU BYŚMY JE DALI,
ABY RATOWAŁ NASZĄ MAMĘ,
NIC BY TO NIE POMOGŁO.
Największym skarbem, jaki możemy mieć wszyscy, niezależnie od tego kim jesteśmy, jest właśnie modlitwa, taka ufna modlitwa - mówi Renata Najderek. - Dzisiaj mama jest z nami, wyniki ma w normie, jest zdrowa.
- Ta rodzina nie wstydzi się swojej pobożności - mówi ksiądz Stanisław Talaczyński, proboszcz parafii Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski w Żninie.
- W przypadku cudownego uzdrowienia powrót do zdrowia musi być natychmiastowy i całkowity. Z tego, co nam wiadomo z relacji córki pani Ireny, mamy tutaj z czymś takim do czynienia - ta mama wróciła do zdrowia w bardzo krótkim czasie, ma dobre wyniki. Tu wchodzi też w grę ograniczoność medycyny - lekarze są bezradni, i oni to mówią, przynajmniej nieoficjalnie. W tym wydarzeniu jest ingerencja Nieba. Przez to przebija perspektywa wiary, która pozwala nam pewne rzeczy zrozumieć - życie, cierpienie, śmierć, wieczność.
Ksiądz Stanisław Talaczyński zaznacza, że
CUDOWNE UZDROWIENIA
NALEŻĄ DO TAK ZWANYCH
OBJAWIEŃ PRYWATNYCH:
- Te znaki są tylko jakimś dopowiedzeniem, nie zastąpią samego spotkania z Chrystusem, choć mogą do niego doprowadzić.
W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: "W historii zdarzały się tak zwane objawienia prywatne; niektóre z nich zostały uznane przez autorytet Kościoła. Nie należą one jednak do depozytu wiary. Ich rolą nie jest ulepszanie czy uzupełnianie ostatecznego Objawienia Chrystusa, lecz pomoc w pełniejszym przeżywaniu go w jakiejś epoce historycznej."
- Moim zdaniem to nie był cud, chyba, że chcemy traktować medycynę i jej osiągnięcia jako cud. Jeśli tak się na to spojrzy - to wszystko jest dziełem Boga - mówi doktor Marek Wiśniewski, jeden z lekarzy pracujących w Klinice Toksykologii AMG, który zapamiętał panią Irenę. Lekarz podkreśla, że takich pacjentów uratowanych dzięki nowoczesnej metodzie MARS jest corocznie kilkunastu. - Stosujemy MARS-a od 2004 roku, tylko w najcięższych przypadkach zatruć, dzięki niemu możemy ratować życie ludzi, którzy wcześniej nie mieliby żadnych szans. Ta pani była trochę starsza, niż przeciętnie osoby po zatruciu, więc jej szanse były nieco mniejsze, ale nadal wynosiły około 30% - uważa lekarz. - Dla pacjenta to niestety zawsze 0 lub 100%.
- Żaden lekarz nie powie pani oficjalnie, że to był cud. Jeden lekarz może uważać, że to był cud, inny, że mama miała silny organizm, ale jak może mieć silny organizm kobieta 67-letnia? Lekarz z Akademii Medycznej w Gdańsku, który się tu wypowiada, nie był tym, który przyjmował mamę do szpitala i tym, który wtedy z soboty na niedzielę walczył o jej życie. Nie był on również tym lekarzem, z którym rozmawiałam przez telefon dowiadując się o krytycznym stanie mamy i który później po naszym przyjeździe do Gdańska przekazał nam informację o jej stanie zdrowia.
NIE MOŻNA PODWAŻAĆ DZIAŁANIA
PANA BOGA
- uważa Renata Najderek. - Po powrocie od mamy z Gdańska, jak często to czynię, tak i wtedy, otworzyłam Pismo Święte, aby przeczytać jego fragment. Otworzyłam je, jak to się mówi, na chybił trafił i od razu przeczytałam Ewangelię według Świętego Marka - "Wiara i modlitwa". Po przeczytaniu tego fragmentu, zostałam jakby porażona. Nie umiem nazwać tego, co wtedy czułam, było to potężne przeżycie radości, szczęścia, cudu. Po prostu to "coś". Było to jak dotknięcie Boga, jakby słyszany w duszy głos i wtedy zrozumiałam, co czułam, kiedy Coś, Ktoś utwierdzał mnie w przekonaniu, aby modlić się za mamę bez względu na wszystko. Zrozumiałam, że to Duch Święty dawał mi siłę, utwierdzał we mnie moc i wiarę w potęgę zawierzenia, mimo wątpliwości i po ludzku braku nadziei.
Wtedy zrozumiałam, że ten fragment z Pisma Świętego jest skierowany właśnie do mnie, tu i teraz. I ta wielka radość, że każdy i zawsze może po to dobrodziejstwo sięgnąć; bo Bóg nie jest gdzieś tam daleko, wysoko, nieosiągalny, lecz żyje wśród nas, jest bliższy niż ktokolwiek z bliskich, realnie nas dotyka, kocha i wszystko może. Jest Ojcem.
WIARA I MODLITWA
"Miejcie wiarę w Boga! Zaprawdę, powiadam wam: Kto powie tej górze: Podnieś się i rzuć się w morze!, a nie wątpi w duszy, lecz wierzy, że spełni się to, co mówi, tak mu się stanie. Dlatego powiadam wam: Wszystko, o co w modlitwie prosicie, stanie się wam, tylko wierzcie, że otrzymacie". (Ewangelia według św. Marka 11, 22-24).
Marta Złotnicka Pałuki nr 775 (51/2006)






