Artykuł tygodnia
-
Przez rynek nie ma przejazdu
Do 21 czerwca żniński rynek jest wyłączony z ruchu samochodowego. Zmiany w organizacji ruchu obowiązują także w Szubinie, a z utrudnieniami kierowcy muszą liczyć się w Gąsawie. Szczegóły poniżej.
Najczęściej czytane
- Qumple na trzecim miejscu
- Winni dokonania gwałtów
- Wyrok: zgwałcili nastoletnie koleżanki
- Śmiertelna dekompresja w szmaragdowym raju
- Układ rodzinny w Szkole Podstawowej nr 2
- Wielka muzyczna majówka
- Ojciec zabił nożem syna
- Żnin pożegnał profesora
- 650.000 zł straty na basenie w zeszłym roku
- Komendant Lukstaedt zamyka posterunki
- Wola Kożuszkowa z pucharem
- Skowroński w miejsce Kussa
Artykuły
- Środa, 07 Lutego 2007
Konflikt w czterech ścianach
Kiedy Stanisławie Taciak z Szerzaw udało się 12 czerwca po południu dodzwonić do naszej redakcji, łamiącym głosem powiedziała, że córka, z którą mieszka roztrzaskała jej drzwi. Chciała by ktoś do niej przyjechał sfotografować powyrywane zawiasy i leżący na podłodze zamek. - "Nie mam siły" - mówiła. - "Zobaczcie sami, jak ja tu żyję" - usłyszeliśmy.
W Szerzawach (gm. Mogilno), na miejscu gdzie mieszka Stanisława Taciak oraz jej córka z rodziną, byliśmy po około pół godzinie od chwili otrzymania telefonu. Gospodarstwo, w którym mieszka starsza pani nie wyglądało na zadbane, nie zauważyliśmy też, aby po podwórzu biegały kury, kaczki czy gęsi, były tylko psy. Stanisława Taciak reportera "Pałuk" przywitała ze łzami w oczach.
HISTORIA RODZINNA
W marcu 1957 r. pani Stanisława razem z mężem Janem i trójką dzieci, dwiema córkami i synem, zamieszkali u rodziców męża w Szerzawach. - "Przeprowadziliśmy się wtedy z PGR-ów w Ryszewie. Już w 1959 r. razem z mężem zaczęliśmy budowę własnego gospodarstwa. Najpierw postawiliśmy chlew, stodołę, a później dom. W grudniu 1963 r., kiedy urodziła nam się najmłodsza córka, zamieszkaliśmy już we własnym domu" - powiedziała pani
![]() |
| Stanisława Taciak z Szerzaw 12 czerwca po południu zadzwoniła do naszej redakcji, prosząc o przyjazd reportera. Powiedziała, że córka, z którą mieszka, roztrzaskała jej drzwi. fot. Joanna Bejma |
Historia najgorszego okresu życia Stanisławy Taciak (mąż zmarł 29 grudnia ubiegłego roku) zaczyna się w 1988 r., kiedy państwo Taciakowie podjęli ostateczną decyzję, by przepisać całe gospodarstwo córce. Umowa przekazania gospodarstwa rolnego w formie aktu notarialnego została sporządzona 29 września 1988 r. w Państwowym Biurze Notarialnym w Mogilnie. Państwo Taciakowie oświadczyli, że przenoszą nieodpłatnie własność i posiadanie gospodarstwa rolnego o łącznej powierzchni 17,49 hektarów, na rzecz swojej następczyni, czyli najstarszej córki.
W punkcie 4 sporządzonego aktu notarialnego córka państwa Taciak oświadcza, że: - "Ustanawia na rzecz Jana i Stanisławy, małżonków Taciak, służebność osobistą bezpłatną i dożywotnią polegajacą na prawie do korzystania z jednego pokoju, kuchni i łazienki - pomieszczeń znajdujących się w budynku mieszkalnym opisanej nieruchomości (...) a którego pomieszczenia obecnie prawnie zajmują. Jan i Stanisława, małżonkowie Taciak, będą mieli prawo do swobodnego poruszania się po całym obejściu oraz do korzystania z wszelkich urządzeń i pomieszczeń służących do wspólnego użytku mieszkańców budynku oraz do pobierania owoców i warzyw z ogrodu przedmiotowej nieruchomości dla własnych potrzeb i do korzystania z części budynku gospodarczego w celu chowania w nim drobiu, ponadto do dożywotniego i bezpłatnego użytkowania działki ziemi o powierzchni trzydzieści arów położonej przy budynkach".
- "Gdybyśmy wiedzieli, że taka czeka nas przyszłość, nigdy byśmy się na to nie zdecydowali" - powiedziała załamanym głosem pani Stanisława. - "Córka powiedziała, że rozwodzi się z mężem i ten wygania ją z domu. Teraz wiem, że to było zrobione specjalnie tylko po to, by przejąć ten majątek, choć pierwotnie wszystko miał dostać syn" - kontynuuje mieszkanka Szerzaw.
Według relacji naszej rozmówczyni, córka - na którą zostało przepisane gospodarstwo - sprowadziła się do Szerzaw w 1994 r. - "Rok wcześniej sprowadziła tu trójkę swoich dzieci, wraz z mężem przeprowadziła się do nas rok później. Jak przyszła, pozbawiła nas dostępu do wszystkiego, nawet do kur i jajek, zaczęła wszystko opryskiwać, choć mówi, że to robię ja. Nic teraz nie rośnie, wszystko co magłabym sobie wyhodować muszę kupować, nawet jajka, mszczą się jak tylko mogą. Boję się tu mieszkać, to jest tragedia i to będzie tragedia" - oświadczyła pani Taciak.
11 LAT TEMU
Konflikt rodzinny między matką a córką wybuchł gwałtownie w pierwszych miesiącach 1995 r. 23 marca w trakcie urodzin syna, córka starszej pani nie pozwoliła rodzicom wejść na swoją stronę. Później z miesiąca na miesiąc konflikt zaostrzał się coraz bardziej. Wiele z rodzinnych awantur znalazło swój finał w sądzie. Rozprawy wytaczały sobie nawzajem, to jedna to druga strona. - "Większość wyroków jednak była wydana na naszą niekorzyść. Przez te wszystkie lata wciąż były jakieś awantury, a my ciągle słyszeliśmy, że mamy się wyprowadzać, ale niby gdzie?" - zastanawia się pani Taciak. - "Chyba tylko pod most. Ja bym się wyprowadziła, niech mi córka kupi w Mogilnie małe mieszkanko. "Widziałaś figę", tak mi mówi, kiedy o tym wspominam. Jak mogę z taką rozmawiać" - powiedziała ze łzami w oczach nasza rozmówczyni. - "Po pogrzebie męża 2 stycznia była tutaj wielka awantura, nie wolno mi było wejść do domu, była walka, ja, moja młodsza córka i siostra inwalidka zostałyśmy pobite. Na drugi dzień moja córka zgłosiła ten fakt policji w Mogilnie. Ale to pobicie to nie pierwszyzna, wcześniej jak żył mąż też byłam bita, nigdy jednak nie byłam na żadnej obdukcji. Mąż nie kazał, on chciał wszystko załatwić w czterech ścianach, teraz żałuję" - oświadczyła Stanisława Taciak.
CÓRKA NIE UZNAWAŁA WARUNKÓW UMOWY
Stanisława Taciak pokazała "Pałukom" kilka dokumentów. Oprócz aktu notarialnego było to także uzasadnienie wyroku z 10 kwietnia 1997 r., rozprawy jaka toczyła się w Sądzie Wojewódzkim w Bydgoszczy.
Stanisława i Jan Taciakowie pozwali córkę, na którą przepisali gospodarstwo w 1995 r. Powołując się na ustawę z 20 grudnia 1990 r. o ubezpieczeniu społecznym rolników, małżeństwo z Szerzaw chciało rozwiązać zawartą między nimi, a córką 29 września 1988 r. umowę.
Art. 89 tejże ustawy mówi, że na żądanie rolnika, sąd po rozważeniu interesów stron zgodnie z zasadami współżycia społecznego, może rozwiązać umowę przenoszącą własność gospodarstwa rolnego, zawartą w celu wykonania umowy z następcą jeśli ten: 1. "Postępuje uporczywie wobec rolnika w sposób sprzeczny z zasadami współżycia społecznego" lub 2. "Dopuścił się względem rolnika albo jednej z najbliższych mu osób rażącej obrazy czci bądź umyślnego przestępstwa przeciwko życiu, zdrowiu czy wolności" albo 3. "Uporczywie nie wywiązuje się ze swych obowiązków względem rolnika, wynikających z umowy lub z przepisów prawa".
- "Córka w ogóle nie uznawała warunków umowy, jaką zawarliśmy. Nie mogliśmy poruszać się po własnym domu, nie mogliśmy wejść na strych i do piwnicy. Dochodziło do bijatyk, bywała u nas policja" - powiedziała nasza rozmówczyni.
PRZEBIEG ROZPRAWY
Uzasadnienie wyroku to sześć stron maszynopisu. Czytamy w nim, że między obiema spierającymi się stronami zgodne pożycie układało się do wiosny 1995 r., a córka państwa Taciak prawidłowo prowadziła i prowadzi gospodarstwo, które przejęła.
W okolicach Wielkanocy 1995 r. doszło do nieporozumień między zamieszkującymi dom w Szerzawach dwiema rodzinami. Według zeznań jednego z członków rodziny córki powodów, pani Taciak miała otwierać korespondencję świadka, a potem odmówiła wydania klucza od piwnicy.
Bazując na udostępnionym przez straszą panią uzasadnieniu wyroku z 1997 r. dowiedzieliśmy się, że z chwilą kiedy państwo Taciak zajęli na własne żądanie, pokój zajmowany do tej pory przez członków rodziny córki, ta w odwecie wyjęła drzwi od tego pokoju, w późniejszym czasie zabroniła również wchodzić rodzicom na strych i do piwnicy.
Stanisława i Jan Taciakowie wprowadzając się do pokoju, którego wcześniej nie zamieszkiwali, zajęli tym samym przyległą do pokoju kuchnię i łazienkę. Spowodowało to, że córka wystawiła również drzwi do kuchni, która była jedyna w całym domu. Drzwi od kuchni zostały zwrócone po kilku miesiącach.
Jan i Stanisława Taciakowie zabronili córce i jej rodzinie korzystania z kuchni i łazienki, w tym celu zamurowali drzwi znajdujące się między dwoma pokojami. W związku z zaistniałą sytuacją pozwana córka państwa Taciaków wraz z rodziną zmuszona była do korzystania bez względu na porę roku z kuchni letniej, jaka znajdowała się w pomieszczeniach gospodarczych oddalonych od domu o około 30 metrów. W okresie wiosenno-letnim w pomieszczeniach tych córka oraz jej rodzina również się myli. Zimą z kolei korzystali ze zlewu, jaki trzeba było zamontować w korytarzu.
Dalsze konflikty, o których czytamy, dotyczyły korzystania z energii elektrycznej. Córka państwa Taciak miała kilkakrotnie odcinać rodzicom prąd.
Inną informacją wynikającą z udostępnionego nam przez Stanisławę Taciak uzasadnienia wyroku jest również to, że w czasie, kiedy przed bydgoskim sądem wojewódzkim toczyła się rozprawa o rozwiązanie umowy z września 1988 r., w samym tylko sądzie cywilnym w Mogilnie toczyły się trzy inne sprawy: dwie z powództwa córki i jedna z powództwa małżeństwa Taciaków.
Czytając dalej udostępniony nam dokument dowiedzieliśmy się, że między obiema stronami miało dojść do rękoczynów m.in. w trakcie żniw w 1995 r.
- "Nasi świadkowi nie widzieli niczego na własne oczy. Zarówno przy młodszej córce, siostrze i znajomej, które bywały w Szerzawach do takich bijatyk czy awantur nie dochodziło, o tym co wydarzyło się w trakcie żniw dowiedzieli się bezpośrednio od nas, albo z listów" - wyjaśnia pani Stanisława. Również żaden ze świadków strony pozwanej nie potwierdził zaistniałych na polu bójek. - "Przecież oni się zmówili, co mieli powiedzieć, oni kłamali zeznając przed sądem, wszyscy kłamali" - powiedziała interweniująca u nas kobieta.
Sąd ustalił, iż pozwana przez małżeństwo Taciaków i mieszkająca razem z nimi córka przez okres kilku miesięcy w ogóle nie respektowała zawartej w 1988 r. umowy - przyznała się, że faktycznie kilkakrotnie wyłączała prąd, sprzeciwiła się zajęciu przez rodziców sąsiadującego z kuchnią i łazienką pokoju, wyjęła też drzwi i zabroniła dostępu do strychu i piwnicy. Jednak w momencie wydania wyroku w sprawie rozwiązania umowy z 1988 r. córka respektowała warunki umowy zawartej między nią a rodzicami. Potwierdzili to także państwo Taciak.
Sąd uznał, że zebrany w trakcie rozprawy materiał dowodowy nie potwierdził części zarzutów, jakie państwo Taciakowie zawarli w pozwie, podkreślił również, że do 1995 r. wspólne pożycie obydwóch rodzin było poprawne. Sąd uznał także, że w wybuchających wciąż między państwem Taciak a ich córką konfliktach oni sami też ponoszą winę. - "Podkreślić tu należy konfliktowy charakter powódki - była ona skłócona z synem (...). Jest skłócona z jedną z córek, od kilku lat nie rozmawiają ze sobą. Powodowie nie pozwalają pozwanej korzystać z kuchni i łazienki. To ich zachowanie spowodowało, iż pozwana podjęła w odwecie szereg działań, właśnie przeciwko powodom" - czytamy w wyroku.
Bazując na treści art. 89 pkt. 1-3 ustawy z dnia 20 grudnia 1990 roku o ubezpieczeniu społecznym rolników, sąd orzekł, że treść przesłanek, od których spełnienia zależy powstanie roszczenia o rozwiązanie umowy, nawiązuje do celów omówionej umowy. Niewątpliwie zostały spełnione dwa cele: socjalny - w trakcie trwania umowy powodowie uzyskali świadczenia emerytalne. Został spełniony także cel gospodarczy - gospodarstwo prowadzone było na dobrym poziomie, a córka państwa Taciak kontynuowała działalność rolną. Biorąc pod uwagę 7-letnie zgodne pożycie stron i to, że po okresie zaledwie kilku miesięcy od początku konfliktu pozwana umożliwiła małżeństwu Taciakom pełne korzystanie z przysługujących im uprawnień, sąd uznał, że pozwana nie uchyla się od pełnienia obowiązków wynikających z zawartej w 1988 roku umowy. W momencie wydania wyroku państwo Taciakowie bez przeszkód korzystali z praw wynikających z umowy.
Skarżący córkę w trakcie trwania rozprawy nie wykazali, a byli do tego zobowiązani, by postępowanie córki nazwać uporczywym i sprzecznym z zasadami współżycia społecznego. Poza tym wobec córki nie toczyło się, ani przed rozprawą, ani w jej trakcie żadne postępowanie, gdzie miałaby się dopuścić względem rodziców rażącej obrazy czy umyślnego przestępstwa przeciwko życiu, zdrowiu czy wolności.
"Zważywszy na całokształt okoliczności sprawy i spełnienie głównych celów umowy, a z drugiej strony na zachowanie się powodów, zwłaszcza postawę powódki, Sąd uznał, iż rozwiązanie umowy nie byłoby zgodne z zasadami współżycia społecznego (...) Pozwana natomiast daje gwarancję należytego prowadzenia gospodarstwa rolnego, nadto aktualnie wypełnia obowiązki wynikające z umowy. Wobec powyższego powództwo należy oddalić" - czytamy w udostępnionym nam wyroku.
- "Przegraliśmy tę sprawę, bo nie mieliśmy żadnych świadków z zewnątrz. Kiedy przyjeżdżała do nas młodsza córka nie było poważniejszych awantur. Do 1995 r. wszystko w gospodarstwie razem z mężem jeszcze robiliśmy sami i dlatego gospodarstwo tak jak jest to napisane w uzasadnieniu wyroku dobrze funkcjonowało. W trakcie rozprawy w Bydgoszczy córka, której przekazaliśmy gospodarstwo, zaczęła wszystko powoli wysprzedawać, i maszyny, i zwierzęta. Pamiętam, że kiedyś za jednym razem pozbyła się 18 świń. Pieniądze miały iść na leczenie zięcia, bo w tamtym czasie uległ wypadkowi w kopalni i długo się leczył. Co zrobiła z resztą pieniędzy nie mam pojęcia" - poinformowała nas pani Taciak.
JEST ŹLE
Skontaktowaliśmy się z młodszą córką Stanisławy Taciak - Stanisławą Zakaszewską, która obecnie wraz z rodziną mieszka w Ustroniu w województwie śląskim. Nasza rozmówczyni potwierdziła, że między siostrą, a rodzicami trwa kilkuletni konflikt. - "Sytuacja naprawdę jest zła, dzieje się tak cały czas niestety. Rodzice chcieli najpierw całe gospodarstwo zapisać bratu jako jedynemu chłopakowi w rodzinie. On tego nie chciał, dlatego też w dobrej wierze cały dorobek swojego życia, rodzice postanowili przekazać najstarszej córce. Przed zawarciem aktu notarialnego rodzice i siostra zawarli ustną umowę, w myśl której siostra miała dobudować do domu na własny użytek kuchnię i łazienkę, a nie adaptować na to pokój. Nie zrobiła tego, a teraz się kłóci. Rodzice po sporządzeniu umowy w 1988 r. jeszcze przez siedem lat sami prowadzili gospodarstwo, kiedy siostra przyprowadziła się z Katowic i wzięła gospodarstwo we własne władanie wszystko zaczęła wysprzedawać. Cały dorobek życia rodziców został zrujnowany. Kiedy wybuchł ten konflikt, wiosną 1995 r. pamiętam, że siostra przysłała do mnie telegram i kazała przyjeżdżać. Kiedy zjawiłam się w domu usłyszałam "Idziesz na prawo czy na lewo" tak mnie przywitała, oczywiście poszłam do rodziców" - usłyszeliśmy od Stanisławy Zakaszewskiej.
Młodsza córka pani Taciak potwierdziła w telefonicznej rozmowie z nami, że z chwilą kiedy rodzice przepisali najstarszej córce swój dorobek życia, dali jej też wszelkie pełnomocnictwa. Kiedy Anna S. likwidowała gospodarstwo rodzice pani Stanisławy nie otrzymali z tego ani grosza. Utrzymywali się ze skromnej renty, bo wszystkimi innymi pieniędzmi dysponowała siostra. - "Teraz mamie nawet nie wolno kury hodować, w ogóle nie pozwala na nic. Jak rodzice chcieli zamontować dzwonek do bramy, nie pozwoliła. Nie pozwoliła też kiedy tatuś jeszcze żył, a był chory na cukrzycę, by dla jego wygody zamontować brodzik w łazience u mamy" - kontynuuje Stanisława Zakaszewska - "Mama nie jest konfliktową osobą jak jest napisane w wyroku z 1997 r. Ona po prostu wszystko to, co robi, robi w dobrej wierze, chce by był porządek i by panowała zgoda". Mieszkająca w Ustroniu młodsza córka Stanisławy Taciak powiedziała "Pałukom", że proponowała rodzicom, aby sprowadzili się na Śląsk. - "Ale oni tego nie chcieli. Tatuś mówił, że skoro pracował tyle lat, to dlaczego teraz ma wszystko zostawiać. On się nigdy nie chciał z siostrą kłócić i miał nadzieję, że kiedyś dojdą do porozumienia, zresztą mama też tak chciała" - usłyszeliśmy.
W chwili obecnej zamieszkująca w tym samym domu ze Stanisławą Taciak, córka oraz jej rodzina jest skonfliktowana także z młodszą siostrą z racji tego, że Stanisława Zakaszewska stoi po stronie matki. - "Kiedy ja i moja rodzina przebywamy w Szerzawach siostra i jej rodzina dopuszcza się względem nas ataków, ale tylko słownych. W tym roku po stypie, jaka odbyła się po pogrzebie ojca 2 stycznia ja, mama i jej znajoma przez siostrę i jej męża zostałyśmy zaatakowane w inny sposób. Doszło do szarpaniny, mamusia miała sińce. Fakt ten zgłosiłam zaraz na drugi dzień w mogileńskiej policji" - usłyszeliśmy.
Syn Stanisławy Taciak nie chciał rozmawiać z nami o szczegółach sprawy. Oświadczył jedynie, że nie chce się w nic wtrącać, i że nie opowie się po żadnej ze stron. Z najmłodszą córką nie znaleźliśmy kontaktu. Dowiedzieliśmy się jedynie, że obie panie nie utrzymują już od kilku lat kontaktu.
INTERWENCJA U NACZELNEGO
Ani córka starszej kobiety, ani jej mąż nie chcieli z nami rozmawiać. 12 czerwca w trakcie pobytu w domu u pani Taciak w Szerzawach od męża córki naszej rozmówczyni usłyszeliśmy, że pani Taciak nie ma prawa się wypowiadać, ponieważ nikt jej na to nie pozwolił. Pytał się także, czy mamy od kogoś innego niż pani Taciak pozwolenie na robienie zdjęć.
Córka starszej pani oznajmiła z kolei, że do napisania ewentualnego tekstu nie dopuści i będzie interweniować u redaktora naczelnego "Pałuk i Ziemi mogileńskiej".
Dzień po wizycie reportera "Pałuk" w Szerzawach (13 czerwca) córka kobiety wraz z mężem faktycznie pojawili się w redakcji naszej gazety. Córka i zięć Stanisławy Taciak zażądali od Marka Holaka, by nie pisać żadnego tekstu, radząc abyśmy zajrzeli do akt sądowych i materiałów policji. Interweniujący u nas mężczyzna raz twierdził, że nikt nie chce z nim rozmawiać, a później kilkakrotnie odsyłał do sądu i na policję. Zachowywał się bardzo agresywnie. Gdy naczelny gazety mówił, że może swoje racje przedstawić reporterowi piszącemu artykuł, mówił, że tego nie będzie robił. Bardzo zdenerwowany kategorycznie zabronił pisania nam artykułu.
TRWAŁY CZYNNOŚCI SPRAWDZAJĄCE ...
W ubiegłym tygodniu we wtorek udaliśmy się do Zygmunta Nowaczyka, komendanta KPP w Mogilnie, który potwierdził, że policja niejednokrotnie w Szerzawach interweniowała. - "To typowy konflikt rodzinny" - mówi o sytuacji Stanisławy Taciak. Udało nam się dowiedzieć, że ostatnia wizyta policji miała miejsce w Szerzawach 12 czerwca wieczorem, czyli w dniu kiedy poznaliśmy panią Taciak, po wyjściu reportera "Pałuk". - "Tę interwencję zgłosiło do nas pogotowie, bo ono jako pierwsze udało się do Szerzaw. Dopiero później na miejsce pojechali policjanci. Pani Taciak zgłosiła pobicie. Córka, która z nią mieszka powiedziała, że matka to pobicie sobie wymyśliła, jednak lekarz, który udał się do Szerzaw stwierdził, że kobieta miała zasinienia na ręce. Poszkodowana powiedziała, że pobicia dopuścił się zięć. Policjanci przyjęli zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Starsza pani została przesłuchana i toczą się na dzisiaj czynności sprawdzające. Jeśli potwierdzą się przypuszczenia, że mogło dojść do przestępstwa zostanie wszczęte dochodzenie" - usłyszeliśmy od podinspektora Zygmunta Nowaczyka.
- "To było niedługo potem, jak pani odjechała. Na pogotowie dzwoniłam po 1930, lekarz przyjechał chyba około 2000. Córka chciała pozamiatać, ale ja powiedziałam, że sama mogę sobie to zrobić. Wtedy ona tak podniosła miotłę, że myślałam, że chce mnie nią uderzyć. Jak chwyciłam tą miotłę to ona wyszła na podwórze gdzie był zięć i powiedziała "Chodź zrób z nią porządek, jak zawsze". Policja przyjechała około 2100 i całe zajście zostało spisane" - opowiada Stanisława Taciak.
... BĘDZIE DOCHODZENIE
Wczoraj, 26 czerwca podins. Zygmunt Nowaczyk poinformował "Pałuki", że w sprawie pobicia pani Taciak będzie wszczęte dochodzenie. - "Istnieje potrzeba przesłuchania innych osób niż pani Taciak i mieszkańcy domu w Szerzawach" - dowiedzieliśmy się.
ZAMIAST ŚWIADCZENIA - RENTA
Adwokat Elżbieta Głuszek-Manikowska biorąc pod uwagę art. 913 Kodeksu Cywilnego radzi Stanisławie Taciak, by wnieść do sądu o zmianę aktu notarialnego z 1988 r. polegającą na zamianie prawa do korzystania z jednego pokoju, kuchni i łazienki na rentę odpowiadającą wartości tych uprawnień.
Stanisława Taciak być może skorzysta z pomysłu, jaki podsunęła jej Elżbieta Głuszek-Manikowska. - "To byłoby jakieś rozwiązanie" - mówi mieszkanka Szerzaw, jednak mimo wszystko trudno starszej kobiecie pogodzić się z myślą, że miałaby już na stałe opuścić dom, który wybudowała razem z mężem i w którym spędziła większość życia. Z jednej strony chętnie zmieniłaby miejsce zamieszkania i pozbyła się wszystkich kłopotów, z drugiej zaś jest mocno przywiązana do miejsca, w którym wciąż mieszka.
- "Sprawa pani Taciak jest jedną z wielu podobnych, z jakimi już się zetknęłam. W sytuacjach, kiedy rodzice jeszcze za życia przepisują majątek swoim dzieciom, bywa, że prędzej czy później dochodzi do wybuchu ostrych rodzinnych konfliktów. Bardzo często zdarza się, że rodzice, mimo że jeszcze żyją, stają się niepotrzebnymi, zbędnymi rzeczami, z którymi nie ma co zrobić. Pani Taciak jest właśnie w takiej wręcz tragicznej sytuacji, stała się intruzem we własnym domu" - oświadczyła pani mecenas.
Joanna Bejma Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 750 (26/2006)







