-
Przez rynek nie ma przejazdu
Do 21 czerwca żniński rynek jest wyłączony z ruchu samochodowego. Zmiany w organizacji ruchu obowiązują także w Szubinie, a z utrudnieniami kierowcy muszą liczyć się w Gąsawie. Szczegóły poniżej.
Najczęściej czytane
- Qumple na trzecim miejscu
- Winni dokonania gwałtów
- Wyrok: zgwałcili nastoletnie koleżanki
- Śmiertelna dekompresja w szmaragdowym raju
- Układ rodzinny w Szkole Podstawowej nr 2
- Wielka muzyczna majówka
- Ojciec zabił nożem syna
- Żnin pożegnał profesora
- 650.000 zł straty na basenie w zeszłym roku
- Komendant Lukstaedt zamyka posterunki
- Wola Kożuszkowa z pucharem
- Skowroński w miejsce Kussa
Artykuły
- Środa, 07 Lutego 2007
Historia barcińskich łazienek
Nad Notecią w stylu retro
Do Wandy przywiązane były trzy barki z wysokimi burtami, na dodatek ustrojone brzozami. Na każdej barce na skrzynce siedział strażak i sprzedawał wódkę na kieliszki, oranżadę dla dzieci, kawałki kiełbasy z musztardą. Ponieważ z pierwszej barki dobiegały donośne dźwięki orkiestry strażackiej, czas rejsu spędzano na tańcach. Barki barcinian dopływały do Ostrówiec przy stacji kolejki wąskotorowej (dzisiaj jest tu ośrodek Roma).
Siedemdziesiąt i więcej lat temu Noteć pełniła dla Barcina rolę głównego szlaku transportowego. Brzegi i nurt rzeki

Dawny woźnica wójta Winieckiego Stanisław Kubiak był świadkiem powstania pomysłu "łazienek"
Oprócz tego nad Notecią kwitło życie towarzyskie miasta.
ZE SZKOLNEGO ZESZYTU
Ciekawy krajobraz Noteci na odcinku barcińskim ukazany został w szkolnym wypracowaniu Jadwigi Marciniakówny. Pani Jadwiga (z męża Leszczyńska) pieczołowicie przechowuje zeszyt z roku szkolnego 1938/39, w którym znajdujemy relację z wycieczki klasowej z 29 kwietnia 1939 r.
Ponieważ obchodzono Dzień Lasu, a tamtego dnia pogoda dopisała, dzieci wraz z nauczycielem poszły do lasu krotoszyńskiego. Na skraju kompleksu, tuż nad Notecią, znajdował się bolwerg (nazywany też bolwerkiem). Dla małej Jadwigi Marciniakówny było to wtedy wzniesienie. Dzisiaj jednak ten teren jest płaski.
W wypracowaniu czytamy: (...) Z góry porośniętej nieco drzewami zwanej bolwergiem leżącym nad Notecią podziwialiśmy śliczny krajobraz Barcina i okolicy. Krajobraz, który nie jest przyozdobiony modrymi wstęgami rzek i zielenią lasów, jest jak gdyby smutny, nudzący. My dumni powinniśmy być z tego, że mamy tak śliczny i urozmaicony krajobraz. Jest on naprawdę strojny i zachwycający. Nad modrą wstęgą rzeki Noteci, która leniwym swym biegiem płynie spokojnie wśród zielonych, kwieciem pachnących łąk nadnoteckich widać na kajakach i parowcach rozśpiewanych flisaków i żeglarzy.
W tym miejscu Jadwiga Leszczyńska wyjaśnia, dlaczego siedemdziesiąt lat temu bolwerg na skraju lasu krotoszyńskiego był wzniesieniem. Otóż do kilkusetmetrowej odnogi Noteci (częściowo sztucznego kanału), która znajdowała się w tym miejscu, wpływały barki zabierające kamień wapienny. Kamień ten był zwożony kolejką wąskotorową z kopalni w Wapiennie przez pola i las w Krotoszynie aż na bolwerg. Dzisiaj te tory już nie istnieją. Hałdy kamienia i działalność przemysłowa spowodowały, że dziecku wydawało się, że jest na wzniesieniu. Tymczasem był to składowany na górce materiał do transportu.
Jadwiga Leszczyńska z trudem czyta drobne pismo w swoim zeszycie z wiosny 1939 r.:
Z lewej strony Noteci rozciąga się śliczny bór sosnowy przyozdobiony zielenią listeczek młodziutkich brzózek i malowniczo bielących się pni. Po prawej stronie rzeki na pagórkowatym terenie widnieją różnokolorowe, prostokątne pola. To ciemnozieleni się żyto, jasnozielona pszeniczka, i ciemnobrązowi się uprawiona ziemia pod ziemniaki i buraki. Tam znów wśród pól przecina się śliczna aleja. W dolinie nad przekopanym kanałem porządnie utrzymana zagroda. Biały domek, przed nim ogródek z kwiatami. Tam znów bieli się kwieciem sad owocowy (dom mieszkalny na bolwergu nadal istnieje, ale nie jest biały i wszystko wygląda nieco inaczej - przypis kg). A patrząc w stronę z biegiem rzeki widać w dolinie nadnoteckiej miasteczko Barcin, a nad nim błogosławione (ramiona) ręce Chrystusa Króla i wieża kościoła (potężna figura Chrystusa stała na Górze św. Wojciecha, gdzie teraz jest krzyż - przypis kg).
Dziewczynka tak kończyła opowieść o krajobrazie rzeki: Tak wpatrzeni w piękność krajobrazu ujrzeliśmy na gładkiej powierzchni wody nurka, który raz się chował pod wodą, to znów wypływał na powierzchnię. (Jadwiga Leszczyńska wyjaśnia, że przed wojną często zdarzało się, że ludzie pływali w Noteci już w kwietniu - przyp. kg). W lazurach nieba wyśpiewywał Bogu swą pieśń dziękczynną skowronek, a nad brzegiem rzeki głośno rechotały żaby.
W dalszej części wypracowania dziewczynka opisywała przeprowadzone w lesie i na polanie ćwiczenia z Obrony Cywilnej i powrót do szkoły przy Rynku (dzisiejszy plac 1 Maja).
Wypracowanie Jadwigi Marciniakówny opublikowane zostało w całości w książce Henryka Napieralskiego Wielkie i małe odblaski, Elbląg 1999, w części suplementu.
MOSTY I KĄPIELE
Jeszcze na początku lat trzydziestych barcinianie kąpali się w Noteci, ale czynili to albo na dzikiej plaży o nazwie Badyszczele (od "bad" z niemieckiego kąpiel), albo też wchodzili do wody wprost z nabrzeży, zwłaszcza w okolicy wszystkich trzech mostów. Patrząc od góry biegu rzeki, czyli od Dąbrówki Barcińskiej, pierwszy most - drewniany (na dzisiejszej obwodnicy) zwany był pańskim albo prywatnym, bo należał do wójta gminy Barcin Kazimierza Winieckiego. Most środkowy, czyli wiodący z rynku na ul. św. Wojciecha nazywany był żelaznym. Z kolei trzeci most, który był w zasadzie kładką dla pieszych, podobnie jak i dzisiaj, przerzucony przez rzekę łączył ul. Wyzwolenia z ul. Mostową, zwano garbatym. Wówczas most garbaty był drewniany. Zachował się w bardzo zrujnowanym stanie - co pamięta sam niżej podpisany - do lat siedemdziesiątych. Wtedy groził zawaleniem, w deskach były wyrwy. Most ten rozebrano i w jego miejsce powstała konstrukcja stalowa.
Czwartą barcińską przeprawą przez Noteć był prom stacjonujący przy wodomistrzówce. Budynek ten z czerwonej cegły stoi do dzisiaj przy wyjeździe z ul. Podgórnej na ul. Żnińską (wtedy ul. Cmentarną). Mieszkał w nim wodomistrz Kolwitz. Oprócz promu miał tam łodzie. Wodomistrz musiał regularnie przekazywać do Dróg Wodnych w Bydgoszczy stan wody, bo od tego zależał ruch i dozwolona wyporność barek. Stąd wodomistrz był jednym z nielicznych abonentów telefonów w mieście.
WÓJT Z BURMISTRZEM JADĄ DO JAŚNIE PANA
Jan Kubiak, którego synem jest mój rozmówca Stanisław Kubiak, w 1923 r. został zatrudniony przez wójta gminy Barcin Kazimierza Winieckiego. Wtedy Jan Kubiak przeprowadził się z rodziną na ul. Dąbrowiecką, czyli na prawy brzeg rzeki, bo tutaj była wójtówka - jednocześnie dworek Kazimierza Winieckiego oraz zabudowania gospodarcze i mieszkalne dla pracowników rolnych.
Stanisław Kubiak po osiągnięciu wieku młodzieńczego został powożącym wozy dla wójta, tzw. kuczerą.
W połowie lat trzydziestych burmistrzem miasta został Antoni Piotrowski. Był to oficer rezerwy, który służył wcześniej w jednostce wojskowej w Inowrocławiu. - To pan burmistrz wpadł na pomysł stworzenia nad Notecią "łazienek" - opowiada Stanisław Kubiak (rok ur. 1919).
- Pewnego dnia w maju, teraz nie pamiętam dokładnie, czy w 1935 czy 1936 r. wójt z rana nakazał oporządzić wóz, zaprząc konia. Pojechaliśmy po burmistrza miasta - opowiada Stanisław Kubiak. (Wyjaśnijmy, że wówczas samorząd był osobny dla gminy wiejskiej Barcina i na jego czele stał wójt, a osobny dla miasta, gdzie głową był burmistrz).
Stanisław Kubiak zawiózł wójta Kazimierza Winieckiego na ul. Wyzwolenia, gdzie naprzeciw wspomnianego wyżej targowiska mieścił się magistrat (zresztą burmistrz z żoną mieszkał w tym samym gmachu, w którym urzędował).
Później Kazimierz Winiecki i Antoni Piotrowski - wójt i burmistrz udali się do Krotoszyna. Tam w dworku mieszkał Erazm Brzeski, dziedzic największych po kościele św. Jakuba włości ziemskich na terenie gminy Barcin.
- Wójt z burmistrzem przyjechali do jaśnie pana na naradę w sprawie przekazania przez Erazma Brzeskiego pola na skraju miasta za ul. Polną pod budowę nowej szkoły w Barcinie. Ta szkoła przed wojną ostatecznie nie powstała, ale jaśnie pan rzeczywiście przekazał miastu wtedy ten teren - opowiada dawny kuczera wójta.
Dodajmy, że na tym polu kilkadziesiąt lat później szkoła rzeczywiście powstała. Dzisiaj jest to gimnazjum.
BURMISTRZ NEGOCJUJE W SPRAWIE ŁAZIENEK
W dworku jaśnie pana wójt i burmistrz zjedli śniadanie. Stanisław Kubiak trafił na ten czas do pańskiej kuchni. - Dostałem od kucharek kuropatwę. To jedyny raz, kiedy jadłem takiego ptaka - opowiada.
Po posiłku kuczera zawiózł trzech notabli na pole, które burmistrz chciał uzyskać od Erazma Brzeskiego pod szkołę. Tam ustalano, jaki obszar zostanie przekazany. Porozumienie ustne zawarto, a umowę pisemną podpisano jakiś czas później.
Wóz pojechał w kierunku Krotoszyna odwieźć Erazma Brzeskiego do pałacu. Panowie jechali dzisiejszą ul. Krotoszyńską, która wtedy leżała poza miastem i była prywatną drogą Brzeskiego. Rosły przy niej dorodne topole o średnicy kilkudziesięciu centymetrów. Burmistrz Antoni Piotrowski korzystając z okazji zaczął przekonywać Erazma Brzeskiego kolejny raz do pomysłu łazienek w Barcinie. Podawał np. że topole po ścięciu mogłyby posłużyć do budowy wspaniałego kąpieliska nad Notecią.
Sam burmistrz nie kąpał się w rzece, przynajmniej nie był widywany. Później, kiedy już łazienki powstały, bywał często na plaży z żoną, ale zawsze był w garniturze i tylko obserwował efekty swego pomysłu.
Erazm Brzeski zgodził się na pomysły włodarza miasta i Stanisław Kubiak skierował konia zamiast w prawo - do Krotoszyna, w lewo - do Barcina. Po dojechaniu na ul. Kościelną, przed mostem pańskim, wóz skręcił w prawo na ul. Kościelną. Terenem przeznaczonym pod łazienki miał być obszar tuż za ostatnim domem na ul. Kościelnej, którym w tamtych czasach był dom zamieszkały dzisiaj przez rodzinę pana Wojciecha Kwiatkowskiego. Ponad siedemdziesiąt lat temu mieszkał tam niejaki Marynowski.
Notable obejrzeli teren pod przyszłe łazienki. Wcześniej burmistrz negocjował już z Drogami Wodnymi w Bydgoszczy, by zgodziły się na wykorzystanie linii brzegowej pod budowę kąpieliska. By plaża miała większe rozmiary, potrzebna była też zgoda Kazimierza Winieckiego na odstąpienie dalszych, jakiś 7 metrów szerokości w głąb lądu na długości 50-60 metrów. A było to pole wójta, stąd jego udział w całej tej eskapadzie, burmistrz musiał bowiem i z Kazimierzem Winieckim dogadać odstąpienie terenu. Zabiegi burmistrza ostatecznie przyniosły efekt. Jednak, jak wspomina Stanisław Kubiak, negocjacje były długie. Panowie jeszcze biesiadowali u wójta, tak, że Erazm Brzeski, kiedy kuczera odwoził go do Krotoszyna był już mocno podpity.
BUDOWA
Ścięte topole przerobiono na deski w tartaku państwa Ziranek przy ul. Polnej.
Już nad Notecią wszystko zbijał cieśla Stanisław Jędykiewicz z synami Józefem i Wacławem (mieszkali oni w domu narożnikowym, który stoi do dziś między Kościelną a obwodnicą). Pomagali im oczywiście również inni pracownicy. Cieśli zatrudnił na zlecenie burmistrz.
W trakcie zbijania konstrukcji przypłynęła też z Dróg Wodnych barka-głębiarka. Wydobyto na dodatkowe dwa metry szlam i muł z dna rzeki. Zostało to przetransportowane barkami na łąki i moczary w okolicy ujścia Noteci do Jeziora Wolickiego.
Na odcinku przyszłych łazienek zerwano brzeg Noteci. Torf i grunt zebrano także na kolejnych 7 metrach lądu. Żwir na wysypkę na dno Noteci swą prywatną barką woził z kopalni w Wojdalu Leon Tomaszewski. Żwir został wysypany na dnie rzeki na długości 50-60 metrów i na całej jej szerokości.
Leon Tomaszewski przywoził też z Wojdala barką tony białego piasku. Burmistrz zatrudnił bezrobotnych, by taczkami wwozili ten piaseczek w głąb lądu. Tak powstała plaża z prawdziwego zdarzenia. Konstrukcja płotu, skoczni, trampolin, zjeżdżalni dla dzieci i szatni dla przyszłych plażowiczów też już była gotowa.
- Szaletów nie było, bo nie było ich w całym Barcinie. W zasadzie tylko w niektórych karczmach coś tam się znajdowało. A nie było ubikacji z prawdziwego zdarzenia, bo miasto nie było skanalizowane i nie miało też wody - wyjaśnia Stanisław Kubiak.
KĄPIELE OD RANA DO WIECZORA
Na plaży pojawiło się, patrząc po kolei od wejścia z ul. Kościelnej, kilkanaście obiektów użyteczności publicznej.
Najpierw był większy budynek szatni dla kilkuletnich dzieci. Tutaj też, zaraz przy furtce, mieściła się budka dozorcy, którym był Stanisław Ławniczak, wówczas - jak szacuje Stanisław Kubiak - około pięćdziesięcioletni, już nieaktywny zawodowo, którego zatrudniło miasto.
Drugi z budynków (idąc prostopadle do Noteci) był przeznaczony dla panienek - podlotków, a trzeci dla kawalerów - młodzieniaszków. Dorośli natomiast musieli iść wzdłuż całej plaży jakieś 60 metrów, by trafić do przeznaczonych dla nich 11 kabin-przebieralni z funkcją szatni.
Wejście na plażę kosztowało 15-20 ówczesnych groszy. Jak wskazuje Stefania Szadłowska, inna z przedwojennych mieszkanek Barcina, niektórzy wykupowali karnety na przebieralnie na cały sezon.
Tuż przy wodzie stała drewniana skocznia (około 6 metrów wysokości). Zamontowane były przy niej dwie trampoliny. Niższa na wysokości 3 metrów dla dzieci i wyższa na 5 metrach. - Z tej wyższej skakaliśmy na główkę, po wejściu w wodę było bezpiecznie, bo jakieś 3 metry głębokości - opowiada Stanisław Kubiak.
Oprócz tego z lewej strony powstała dla dzieci zjeżdżalnia z desek obitych blachą. Śmigało się stąd wprost do rzeki.
W maju, gdy ruszał sezon, a nawet w kwietniu, bo i wtedy zdarzało się barcinianom kąpać w rzece, plaża miała szerokość 7 metrów i zamykał ją płot. Ale w pełni lata piasku na plaży było więcej, nawet do kilkunastu metrów szerokości, bo stan wody opadał. Na plaży pojawiały się wkrótce na stałe kosze do opalania.
- Panie plażowały, albo w body, albo też już zdarzało się, że w strojach dwuczęściowych. A na dzikiej plaży na Badyszczelach to już w ogóle panie ubierały się odważnie. Mężczyźni nosili obcisłe spodenki - przedstawia barcińską modę plażową lat 1935-39 Stanisław Kubiak.
- Zdarzały się kostiumy kąpielowe z wełny - dodaje Stefania Szadłowska, która będąc wtedy młoda dziewczyną właśnie w łazienkach nauczyła się pływać.
Dodajmy, że mniej więcej w połowie szerokości rzeki rozciągnięta była lina z bojami, poza którą Stanisław Ławniczak zakazywał wypływać. Jako że sam raczej nie wchodził do wody, niektórzy nie słuchali jego nakazów. Dozorca jednak dysponował łódką, więc mógł złapać niesfornego plażowicza i zdyscyplinować go.
Dzieci i młodzież, która nie miała pracy, spędzała na plaży całe dnie. - Powiem panu, że matkom to nawet na rękę było, bo wtedy kobiety ciężko musiały pracować i można było dać dzieciakowi jakiś prowiant i wysłać na cały dzień nad wodę, gdzie miało przynajmniej opiekę tego dozorcy. Stanisław Ławniczak dbał również o czystość na plaży, by nie było papierków, czy innych śmieci. Dodam, że nigdy nie doszło tam do jakiegoś utonięcia - mówi Stanisław Kubiak.
Potwierdza to Teresa Lewicka. - Mój tatuś był bardzo uważny. Sam zbadał wszystko, sprawdził, dotknął, nim pozwolił nam wejść pierwszy raz. Moja siostra Maria Szymańska była ode mnie starsza o 2 lata, ale bała się wody bardziej niż ja. Mama kazała Marysi pilnować mnie, że niby jestem młodsza, to Marysia wciąż to wykorzystywała. Gdy tylko weszłam troszkę dalej do Noteci, to siostra wołała za mną, bym wychodziła, bo ona naskarży mamusi. I tak to nie nauczyłam się pływać ani wtedy, ani już później, gdy przyszła wojna - wspomina dzieciństwo Teresa Lewicka.
Dopóki nie powstały łazienki, władze miasta nie przeszkadzały w kąpielach na Badyszczelach, gdzie powstała wskutek osypującego się w tym fragmencie białego piasku dzika plaża. Było to na prawym brzegu Noteci. Z Badyszczelów doskonale widać było łazienki. Kąpiele na Badyszczelach ustały, bo stanowczo zaczął stamtąd przeganiać kąpiących właściciel pola. Z kolei pod mostami też już nie wchodzono do wody, bo po powstaniu łazienek burmistrz uznał, że wyłącznie tam wszyscy powinni zażywać kąpieli. Stąd wszystkich kąpiących się w nielegalnych miejscach przeganiali policjanci.
Jak dodaje Stanisław Kubiak, w łazienkach kąpano się nawet jesienią. A już szczególnie w 1939 r. - Wrzesień był gorący. Ja się kąpałem jeszcze w październiku. Wielu Polaków przychodziło jeszcze na "łazienki", bo Niemcy po przejęciu władzy jeszcze się tym nie zainteresowali. Zajęci byli balowaniem - mówi pan Stanisław.
REGATY I WYŚCIGI PŁYWACKIE
Kąpiele nie były jedyną wodną rozrywką barcinian w latach trzydziestych.
Polska społeczność do 1925 r. w okolicy targowiska miała stanicę z szopką. W niej łódź wiosłową o nazwie Orzeł Biały. Wtedy to proboszcz parafii św. Jakuba podarował wioślarzom teren nad rzeką przy kościele, gdzie postawiono hangar z prawdziwego zdarzenia.
Orzeł Biały był czwórką ze sternikiem. Był jedyną łodzią na wyposażeniu barcińskiego klubu. Nie udało mi się ustalić całego składu osady Orła Białego w drugiej połowie lat trzydziestych, ale na pewno wchodzili w ten skład Zygmunt Tafelski i Alfred Pilarski. Sternikiem zaś był młody Wacław Ruciński.
Z kolei społeczność niemiecka w 1926 r. otrzymała teren na swoją bazę tuż przy dzisiejszej Sali Imprez Kameralnych i Restauracji Staromiejska. Wówczas restauracja i sklepy w kamienicy obok należały do Otto Klaetke, który podarował swój teren na tyłach restauracji na bazę wioślarzom narodowości niemieckiej. Oprócz czwórki ze sternikiem Niemcy mieli jeszcze kilka mniejszych łodzi wiosłowych. Największej osady - ósemki - w Barcinie nie było.
Raz w roku dochodziło do zawodów czwórek ze sternikiem klubu polskiego i niemieckiego. Osady rywalizowały na odcinku 2000 metrów. Wyniki szczegółowe tych zmagań nie zostały nigdzie zachowane. Niemiecka osada - w przeciwieństwie do Orła Białego - nie miała na burcie żadnej nazwy.
Pomiędzy Polakami rozgrywano też w trakcie bardzo popularnych wtedy tzw. Dni Morza zawody pływaków. W jednym wyścigu brało udział 5 pływaków, bo tylu mieściło się na Noteci tak, by nie wpływać na tor przeciwnika. Mężczyźni rywalizowali na 100 metrów. W latach trzydziestych wyróżniali się w tej rywalizacji Jan Chełminiak (mieszkaniec ul. Wyzwolenia) i pan Pacanowski (imienia nie zdołałem ustalić) z Rynku. Stanisław Kubiak zajmował zwykle 4, 5 miejsce. Jednak prawdziwym mistrzem pływackim Barcina był wtedy Marian Wojewódzki, który specjalizował się w wyścigu na dystansie 600 metrów. Była to trasa ze startem przy moście pańskim i metą przy moście garbatym. Marian Wojewódzki był na niej niepokonany.
WIELKA MAJÓWKA
Zwykle raz na dwa lata, a jeśli fundusze pozwalały, to co roku, Ochotnicza Straż Pożarna w Barcinie (wówczas z remizą w sąsiedztwie magistratu na ul. Wyzwolenia) organizowała w niedzielę najbliższą dnia św. Floriana wielką wyprawę barkami do Ostrówiec.
Statek ciągnący barki wynajmowano z istniejącej wtedy w Pakości cukrowni. Statek nazywał się Wanda. Jednostka ta stawiała się w Barcinie, by rano po mszy św., która zaczynała się o 1030 wypłynąć w wycieczkowo-zabawowy rejs. - Normalnie w niedzielę o 1030 w kościele była w tamtych latach druga i ostatnia msza św. Ale kiedy organizowano wycieczkę do Ostrówiec, to proboszcz, ksiądz Aleksander Nowicki już wcześniej z ambony zapowiadał, żeby w tę niedziele nie szykować się na drugą mszę, bo jest rejs i praktycznie cały Barcin płynie się bawić do Ostrówiec - przedstawia Stanisław Kubiak.
Przypomina sobie, że rzeczywiście płynęli zawsze prawie wszyscy barcinianie. Kiedy jeden raz on sam nie popłynął i wyszedł na rynek, nie znalazł tam żywego ducha.
Do Wandy przywiązane były trzy barki z wysokimi burtami, na dodatek ustrojone brzozami. Na pierwszej barce grała orkiestra strażacka. Wcześniej strażacy zakupowali napoje, alkohol i zakąski. Brali ten towar w zastaw, mogąc po powrocie oddać w sklepie to, czego nie udało im się sprzedać w rejsie.
Na każdej barce na skrzynce siedział z towarem strażak i sprzedawał wódkę na kieliszki, oranżadę dla dzieci, kawałki kiełbasy z musztardą. Bułki były po 5 groszy, a szneki (tak zwano dzisiejsze drożdżówki) po 6 groszy. Były również ciastka. Płynęło się całymi rodzinami. Ławki, na których przeważnie mieściły się tylko kobiety i dzieci, rozstawione były wokół burt statku. - Tak, że jak jakiś delikwent po alkoholu chciał np. wskoczyć do wody, to nie tylko skutecznie hamowały go burty i drzewka sięgające aż pod brodę, ale i panie, które stopowały rozochoconych mężczyzn - opowiada Stanisław Kubiak.
Na środku stało kilka stolików. Reszta to były wolne deski, a ponieważ z pierwszej barki dobiegały donośne dźwięki orkiestrantów, czas rejsu spędzano na tańcach.
Wanda płynęła przez Noteć, Jezioro Wolickie i pod wiaduktem kolejowym pomiędzy Wolicami a Pturkiem i Kierzkowem wpływała na Jezioro Kierzkowskie.
Dzisiaj, rzecz jasna, nie ma mowy o przepłynięciu nie tylko dużymi barkami przez przesmyk między Jeziorem Kierzkowskim a Jeziorem Ostrowieckim w okolicach Wójcina i tzw. Koźlony. Obecnie mieści się w tym przesmyku ledwie co kajak, czy mniejsza żaglówka. Siedemdziesiąt lat temu było jednak inaczej.
Właścicielami Jeziora Kierzkowskiego od brzegów Wolic, aż po stronę Kierzkowa byli niemieccy bracia Rust. Na brzegu kierzkowskim mieli młyn, a na przesmyku między Wolicami i Wójcinem kontrolowali drożność akwenów poprzez śluzę. Była ona konieczna, gdyż na każdym etapie szlaku Noteci Drogi Wodne precyzyjnie regulowały bieg rzeki. I gdyby nie było śluzy na przesmyku wolicko-wójcińskim, to przy otwarciu tamy w Łabiszynie woda z jezior od Ostrówiec po Pturek spłynęłaby powodziową falą do Noteci.
Barki barcinian dopływały do Ostrówiec, do stacji żnińskiej kolejki wąskotorowej. Jedna z linii kolejki wiodła od głównego szlaku właśnie do Ostrówiec.
Na stacji był stały bufet z wyszynkiem. A orkiestra schodziła z pokładu i przygrywała tańczącym na utwardzonym, trawiastym poletku, na skraju lasu. - Pamiętam, że u pań wchodziła już wtedy moda na buty z obcasami. Ale na wielką majówkę w Ostrówcach takich butów nie zakładały, bo zapadałyby się w grunt. Niemniej w płaskim obuwiu tańczyło się bardzo przyjemnie. Ten rejs to zawsze było chyba najważniejsze dla Barcina wydarzenie w roku. Może oprócz obchodów Dnia Konstytucji 3 Maja i Święta Niepodległości - dzieli się wspomnieniami Stanisław Kubiak.
Po tańcach Wanda z barkami wracała do Barcina po 2200.
ZMIERZCH WODNEGO ŚWIATA
W 1940 r. barcińskie łazienki zostały zlikwidowane przez okupanta. Potrzebne im było dogodne miejsce do spławu drewna. Rabowali je oni głównie w pobliskim Szczepanowie, a nie Krotoszynie. A to dlatego, że las krotoszyński wraz z majątkiem Brzeskiego stał się prywatną własnością rodziny niemieckiej.
Niemcom było potrzebne nowe miejsce spławu drewna, ponieważ na terenie, gdzie ten spław czynili Polacy, czyli na targowisku koło dawnej remizy straży pożarnej (dzisiaj ten teren użytkuje I Wodna Drużyna Harcerska im. Adama Mickiewicza, notabene też założona w latach trzydziestych) Niemcy postanowili stworzyć park ze skwerkiem dla swoich dzieci. Postawili ławki i posadzili drzewka, których dzisiaj już nie ma.
Po wojnie barcinianie wrócili do rzecznych kąpieli na Badyszczelach i w miejscu dawnych łazienek. Ostatni pasjonaci regularnie kąpali się w Noteci jeszcze w latach 70. Woda jednak była już bardzo brudna. Oczyszczalnia ścieków w Sadłogoszczy miała dopiero powstać, a dodatkowo do Barcina płynęły ścieki z roszarni, która powstała w Pakości po wojnie oraz z Zakładów Sodowych w Mątwach. Dużo zanieczyszczeń czyniła też cegielnia barcińska oraz to, że w mieście nie było kanalizacji i z wielu posesji ścieki spływały do rzeki. Kolejnym źródłem ścieków była uchodząca do Noteci, a mająca źródła w Wapiennie Sraliwka.
W 1980 r. podczas obfitych deszczów Noteć wylała z powodu błędu w regulacji szlaku wodnego. Zalane zostały barcińskie łąki, duża część ul. Wyzwolenia i Kościelnej oraz Żnińskiej (wtedy ul. Juliana Marchlewskiego).
Ruch barek ustał całkowicie na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Teraz czystość wód się poprawia, ale wskutek zaprzestania transportu rzecznego na tym szlaku dno całkowicie się zamuliło i wody w rzece jest zaledwie po pas (np. w okolicach mostu garbatego). Problemem dla żeglarzy są przede wszystkim trzciny i konary drzew.
Na terenie gminy Barcin od około 20 lat nie ma żadnego respektowanego przez Sanepid kąpieliska. W tym roku najprawdopodobniej nic się nie zmieni. Jedynych kąpiących się będzie można spotkać na z roku na rok ulepszanej plaży przy ogródkach Magnolia w Wolicach.
Barcin liczy, że Związek Gmin Nadnoteckich, do których należy, ożywi rzekę dzięki kompleksowemu przystąpieniu do bagrowania dna i budowania stanic. Burmistrz Ewa Stankiewicz mówi, że w przyszłości mógłby od czasu do czasu w sezonie przez Barcin pływać nawet statek wycieczkowy aż z Gopła i Inowrocławia do Lubostronia. Władze gmin w powiecie inowrocławskim są zainteresowane udostępnieniem szlaku turystycznego właśnie do Lubostronia. Kujawiaków interesuje Lubostroń z uwagi na słynny pałac klasycystyczny.
Statek na Noteci to daleka przyszłość. Wydaje się jednak, że bez względu na to, ile uda się zrobić, rzeka i tak nie stanie się dla Barcina tym, czym była dla niego od setek lat.
Pałuki nr 751 (27/2006)
BEZ CIĘŻARÓWEK
W transporcie wszystkich towarów największą rolę odgrywały barki i kolej. W mieście w latach trzydziestych były tylko dwa samochody osobowe. Doktor Stefan Giebocki (mieszkał przy ul. św. Wojciecha w budynku, gdzie dziś znajduje się zakład zegarmistrzowski) jeździł starym fordem jeszcze z kołami na szprychach, a jedyny taksówkarz w mieście - Julian Jankowski (mieszkaniec ul. 4 Stycznia) miał nowszego citroena. Dopiero w 1937 r. pojawił się drugi taksówkarz - Edmund Kamadulski, mieszkający przy Rynku, na posesji, gdzie do dzisiaj znajduje się piekarnia (wtedy prywatna, a obecnie należąca do Gminnej Spółdzielni Samopomoc Chłopska). Edmund Kamadulski jeździł już polskim modelem fiata. (kg)
Stanisław Kubiak podaje, że woził wójta i burmistrza w sprawie "łazienek" w 1935 lub 1936 r. Jednak, jak wynika ze zdjęć archiwalnych, które pokazała nam pani Teresa Lewicka z domu Szymańska, łazienki musiały powstać co najmniej wiosną 1934 r., a może było to nawet w 1933 r. W każdym razie na zdjęciu wykonanym przez ojca pana Teresy, Mieczysława Szymańskiego, który był w przedwojennym Barcinie kupcem bławatnym i miłośnikiem fotografii (miał jako jeden z nielicznych w Barcinie ówczesny aparat fotograficzny na magnezję), nad głowami dzieci państwa Skrzypczyków i Szymańskich (mieszkali w tej samej, największej w mieście kamienicy na rogu rynku i ul. Kościelnej) widnieje napis VII 1934. (kg)






