Artykuły

Spod Lwowa, przez tajgę, do Brzyskorzystwi
    Wspomnienia repatriantki  
    Pochodzi z dawnego województwa lwowskiego. W wieku 14 lat została wywieziona na Syberię. Spędziła tam 6 lat. Kiedy po wojnie nie mogła wrócić w swe rodzinne strony, zamieszkała z krewnymi w Brzyskorzystwi. Władysława Czeladka. Repatriantka.

    Władysława Czeladka dzieciństwo spędzała w Szutowej (powiat Jaworów) w dawnym województwie lwowskim. Mieszkała z matką, siostrą i bratem. Ojca zaciągnięto do wojska podczas I wojny światowej. Do domu nie wrócił. Rodzina nigdy nie dostała żadnej informacji, co się z nim stało.

sybir3.jpg
Władysława Czeladka - Zesłanie Sybiru
fot. Arkadiusz Majszak

    30 DNI W WAGONIE TOWAROWYM
    Beztroskie dzieciństwo przerwała II wojna światowa. 10 lutego 1940 r. we wsi pojawili się enkawudziści. Weszli także do domu państwa Czeladków.
- Mieli sporządzoną listę osób. Wchodzili do każdego domu i wyczytywali nazwiska z listy. Ten, kto znajdował się na liście, musiał się ubierać i iść z nimi. Ludzie prosili, błagali i płakali. Na nic się to zdało. Kto był na liście, musiał się ubierać i koniec. We wsi zostało tylko kilka rodzin. Pozostali musieli pójść z NKWD - wspomina Władysława Czeladka.
    Cała rodzina czternastoletniej wówczas Władysławy była na liście. Spakowali rzeczy i zostali zaprowadzeni do Domu Ludowego. Tam enkawudziści dokonali selekcji. Władysława trafiła do grupy dorosłych.
Kilka godzin później mieszkańcy wsi z bagażami pełnymi ciepłych ubrań, koców, pierzyn, kołder, wyruszyli w dwunastokilometrową podróż na stację kolejową.
    - Śniegu było tak jak teraz. Mróz był podobny. Każdy zabrał z sobą tyle, ile zdążył spakować. Nie pamiętam, ile nas wówczas szło na tę stację do Jaworowa - mówi pani Władysława.  
    Kiedy dotarli do stacji, czekały już na nich wagony towarowe. Do jednego wagonu wchodziło po kilka lub kilkanaście rodzin. Pani Władysława trafiła z całą rodziną do jednego wagonu. Pociąg ruszył w kierunku Lwowa.  
    - Jedni myśleli, że jedziemy do Niemiec, a inni, że do Ruska. Tymczasem jechaliśmy na Sybir. Jechaliśmy dzień i noc od 10 lutego do 9 marca. Były przystanki. Jedzenie dostawaliśmy. Po dwóch wychodziło z każdego wagonu i pod strażą szli po jedzenie. Jeść dawali tylko raz dziennie. Dostawaliśmy trochę chleba, zimną wodę oraz przynosili zupę w wiadrach. Każdy wlewał zupę w to co zabrał. W miski lub w kubki. W wagonach były kurierki, które zapewniały znikomą ilość ciepła. Nie było ubikacji. Jechaliśmy w głąb Rosji 10.000 km. Pod Mongolię. Góry mongolskie było widać. Tyle jechaliśmy. Wagonów było bardzo dużo. Ten transport był podzielony na trzy części. Część wysiadła najwcześniej, później druga część i pozostali jechali jeszcze 100 km dalej poza Irkuck. Ja wysiadałam z rodziną w drugiej turze. Matki z małymi dziećmi też jechały. Mleka nie było. Wykąpać dzieci nie miały gdzie. Zdarzało się, że ludzie po drodze umierali. Wówczas Rosjanie wyrzucali ich z pociągu. Przyczyną śmierci było wygłodzenie i wyziębienie organizmu - wspomina Władysława Czeladka.

    ŻYCIE W TAJDZE
    Gdy dojechali na miejsce, podstawiono samochody ciężarowe, które zabrały ich w głąb tajgi. Polacy zostali zakwaterowani w drewnianych barakach, w których znajdowały się trzy osobne pomieszczenia. W jednym z pomieszczeń, o powierzchni około 20 m2, mieszkało od 3 do 4 rodzin, w zależności od ich liczebności. Pani Władysława pamięta, że w jednym pomieszczeniu żyło około 14 osób. Wodę pobierano z naturalnych zbiorników lub studni. Jeden podłużny piec znajdował się na korytarzu pomiędzy pomieszczeniami. W nocy trzeba było się dokładnie przykryć kocem lub pierzyną, by nie wychłodzić organizmu. Na Syberii zima trwa od października do maja. Lata bywają ciepłe, podobne jak w Polsce.
Po zakwaterowaniu strażnicy natychmiast zaprowadzili Polaków do lasu, w którym musieli pracować.  
    - Chodziłam do pracy w lesie. Moja praca polegała na składowaniu gałęzi, którymi później palono w piecu. Węglem tam nie palili. Rżnęliśmy też piłą drzewo na kawałki. Za pracę nam płacili. Za wyrobienie określonej normy wychodziło 80 do 90 rubli. Żeby zarobić 120 rubli to trzeba było się porządnie napracować - opowiada Władysława Czeladka.
    Nie wystarczyło mieć pieniądze, by kupić żywność. Więźniowie musieli również strzec jak oka w głowie kartek żywnościowych, dzięki którym mogli kupić dzienną rację chleba i innych produktów. Za kartki można było kupić kilogram chleba pszennego za 1,90 rubla lub kilogram chleba razowego za 1,10 rubla. Można też było kupić ziemniaki. Wiadro kosztowało 20 rubli. Na kartki przysługiwał również zakup szarego mydła i cukierków. W pobliżu, poza więźniami strażnikami i naczelnikiem, nikt nie mieszkał.
    - Cukru to tam nikt nie widział. Podobnie jak wędliny i mięsa. Nie było też środków higienicznych. Mleka również nie było. Kawę robiliśmy w taki sposób, że paliliśmy chleb, który mieliliśmy i zalewaliśmy wodą. Kartek trzeba było strzec jak oka w głowie, bo jeśli ktoś zgubił, to chleba nie dostał. Pracowaliśmy 8 godzin dziennie. Także w sobotę i niedzielę. Wolne mieliśmy we wtorek. Ten dzień to był u nich "wychadnoj". Potem przenieśli to na niedzielę. Alkoholu też tam nie było. Nawet na Sylwestra. Jednak z okazji święta rewolucji październikowej dali chłopom po pół litra wódki. Kobietom też. Czasu na zabawę tam nie mieliśmy - wspomina pani Władysława.

    WYJAZD DO SOWCHOZU
    Oprócz Polaków w obozie byli Rosjanie, Mongołowie, Białorusini, Ukraińcy, Litwini oraz inne narodowości. Pani Władysława podkreśla, że Polacy mieli dobre stosunki z obcokrajowcami. Nie narzeka też na pilnujących więźniów  strażników.
- Wśród więźniów była więź. Dobrze nam się żyło. Rosjanie dosyć dobrze nas traktowali, podobnie jak swoich. Tam wszystkich traktowali równo, bez względu na to, z którego kraju pochodził - podkreśla.
    W 1942 r. każdy z więźniów mógł pójść do pracy w kołchozie lub sowchozie. Władysława Czeladka znalazła pracę w sowchozie.
    - Pojechaliśmy z tajgi na sowchozy. Nie mogliśmy oczywiście opuścić terytorium ZSRR. W sowchozie woziłam wodę do świniarni. Była beczka zaprzęgnięta w byki. W sowchozie poprawiły się warunki życiowe i jedzenie. Były tam krowy, więc mleka można było się napić. Mięsa nie. Jednak jeśli jakiś koń złamał nogę, to wtedy mięso było. A jaka dobra była konina. W sowchozie uprawialiśmy też pszenicę, proso, żyto i owies. Miejscowa ludność była przyjaźnie do nas nastawiona. Mieliśmy takie same prawa jak oni - opowiada pani Władysława.

    POWRÓT DO POLSKI
    W tajdze nie został żaden więzień. Wszyscy przenieśli się do kołchozów lub sowchozów, mając nadzieję, że będą tam lepsze warunki. Tajgi nie mogli jedynie opuścić ukraińscy więźniowie.
    W 1943 r., gdy zaczęto organizować polską armię im. Kościuszki w Sielcach nad Oką, zdecydowana większość mężczyzn i kobiet postanowiła wstąpić w jej szeregi. Jedynie w ten sposób - pomimo ryzyka utraty życia - upatrywali szans na rychły powrót do ojczyzny. Pani Władysława też chciała wstąpić do armii, lecz w dokumentach błędnie wpisano jej imię, co stało się przeszkodą nie do przebycia przy wstąpieniu do armii. Sen pani Władysławy o powrocie do kraju nie ziścił się. Przebywała nadal w ZSRR  i pracowała w sowchozie. Tak było do 1946 r. Latem tego roku Władysława Czeladka usłyszała:- Wracacie do Polski. Radość, a jednocześnie ulga, że udało się przeżyć, była ogromna. Chwilę później, gdy oznajmiono, że Polacy nie wrócą na wschodnie, przedwojenne ziemie Polski, w okolice Lwowa, pojawił się niepokój.
    - Przyjechaliśmy do Polski jesienią 1946 r. Z wagonu wyszłam w Poznaniu. Skierowano nas do urzędu dla repatriantów. Były tam kwatery, w których przebywaliśmy. Tam dowiedziałam się, że wszyscy z mojej rodziny przeżyli wojnę i osiedlili się w Brzyskorzystwi. Najwcześniej była tam moja siostra. Również pojechałam do Brzyskorzystwi i zamieszkałam w domu brata. To osiedlanie się traktowaliśmy jako tymczasowe, gdyż wierzyliśmy w powrót w rodzinne strony, czyli okolice Lwowa. Rzeczywistość okazała się jednak brutalna. Po jakimś czasie zrozumieliśmy, że nigdy tam nie wrócimy - wspomina Władysława Czeladka.

    KRZYŻ
    Życie pani Władysławie upłynęło na pracy w gospodarstwie. Po śmierci brata przeniosła się do rodziny siostry. W sierpniu 2005 r. skończyła 80 lat.
- Do dzisiejszego dnia świeci przykładem, pomaga i bierze udział w różnych spotkaniach w szkole, podczas których chętnie dzieli się swoimi wspomnieniami. Jest bardzo zaangażowana w sprawy wsi. Jest przy tym osobą skromną i niekonfliktową. Taka jest nasza pani Władzia - charakteryzuje panią Władysławę sołtys Brzyskorzystwi Maria Chmielewska.
    Pani Władysława została doceniona przez najwyższe władze państwowe. Postanowieniem prezydenta Polski Aleksandra Kwaśniewskiego z 7 marca 2005 r. Władysława Czeladka została odznaczona krzyżem Zesłańcom Sybiru.

 Arkadiusz Majszak Pałuki nr 730 (6/2006)
Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta bazy danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj.
Copyright 2006-2010 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry