Artykuły

     Gwara czyni cuda
     Moje moralne poparcie dla monografii popularno-naukowej Mirosława Kaźmiyrza Binkowskiego Mój słownik gwary pałuckiej rozciągające się również na dołączone do tej monografii, a wydane wcześniej opracowanie Mój downiejszy Żnin, wynika z pobudek zarówno emocjonalnych, jak również z przesłanek o charakterze naukowo-poznawczym.

    Moje pobudki emocjonalne są, rzecz jasna, czysto subiektywne, ale wydają się tutaj ważne (wychowywałem się przez wiele lat na typowym śląskim podwórku, posługując się gwarą dzielnicy Katowic). Dotyczą one łatwego do zaobserwowania podobieństwa pomiędzy znaną mi gwarą śląską a gwarą pałucką. Wspólną cechą są głównie zapożyczenia niemieckojęzyczne w obu gwarach, jak np. rajzować (po polsku, podróżować), biglować (prasować ubrania) czy też ancug (ubranie), jak również wiele, wiele innych, z pewną być może przewagą, głównie w sferze słownictwa technicznego i ekonomicznego, na „korzyść” gwary śląskiej.
    Ciekawsze wydają się być różnice w obszarze leksykalnym (o stronie fonetycznej nie wspomnę) z naturalną przewagą, z kolei, pojęć i zwrotów odnoszących się do obszaru rolno-leśnego oraz specyfiki życia wiejskiego, ściśle związanego z obserwacją natury i rozumieniem zasad jej funkcjonowania - elementy te stanowią właśnie o specyfice i wyróżnialności gwary pałuckiej względem śląskiej; np. z „wiejska” brzmiące czasowniki typu `zrobita` czy `idzieta` nie występują w tej ostatniej.
    Jeśli o różnice i podobieństwa dotyczące zapożyczeń z języków obcych chodzi, to np. z francuskiego pałucki zapożyczył określenie `antrejka` - przedpokój, któremu to określeniu śląski wychodzi naprzeciw swoim jakże blisko-brzmiącym `antryj` (rodowód obu tych słów wywodzi się od francuskiego entrée - wejście).
    Pobudki emocjonalne, które również kierują mną, by skreślić tych parę słów na temat swoistego cudu... gwary... dotyczą jednak tego, że ja również, podobnie jak pan Kaźmiyrz (na Śląsku, w mojej dzielnicy Katowic, byłby raczej Kaziolem), wychowałem się w takim miejscu, gdzie operowano gwarą i identyfikowano się dość masowo z jej używaniem na co dzień. Pomimo tego, iż tylko w połowie, ze względu na pochodzenie rodziców, jestem tzw. czystym Ślązakiem z urodzenia (śląska gwara oferuje określenie `krojcok` w takim przypadku), (aczkolwiek w stu procentach  ze względu na miejsce urodzenia - Katowice), to jednak pragnę stwierdzić, iż do chwili obecnej operowanie gwarą wzbogaca skalę doznań, które oferuje mi życie. Jest tak, gdy wracam do korzeni, do miejsc skąd się wywodzę; oznacza to np. że mogę porozmawiać dosłownie z każdym z mojej dzielnicy bez względu na to, czy biegle operuje językiem polskim, czy też nie, tj. że po prostu „godo”. Również, podobnie jak pan Kaźmiyrz, zarówno w liceum, jak i na studiach, należałem do grupy „dwujęzycznej”, tej literackiej oraz tej drugiej, mniej oficjalnej, bo gwarowej - ślady tej przynależności ciągną się za mną w sposób pozytywny po dziś dzień, między innymi obdarzył mnie do dziś trwającym zaufaniem krąg studentów z okolic Pszczyny, Rybnika, Knurowa czy też Wodzisławia Śląskiego, niektóre osoby z Tychów, Kobioru i Żorów, gdzie śląskim operuje się podobnie, ale nie... całkiem tak samo. Jako najkrótszy przykład można wybrać tutaj określenie używane przy pytaniach, mianowicie: czemu. Ślązak z dzielnicy Katowic powie: `cymu` albo (śląskie/pałuckie: `abo`) `czymu` raczej, natomiast ów spod Rybnika wybierze bardziej śląsko-cieszyńskie: `czamu` bądź `camu`... Itd., itp.
    Podsumowując tę część wypowiedzi, można w sposób rzetelny stwierdzić, iż celowe, a także świadome oraz wielopłaszczyznowe (rodzina, szkoła, miejsce zamieszkania, dzielnica, urząd) używanie gwary stanowi element ubogacający osobnika, który zdecydował się na tak ciekawą drogę życiową. Na Górnym Śląsku, którego liczebność populacyjna przewyższa znacznie jej pałucki odpowiednik, był to też wielokrotnie element manifestacji pewnej tożsamości oraz odrębności mało-ojczyźnianej, element-opornik (pamiętamy noszenie oporników w klapach marynarki za nie tak odległych jeszcze czasów Solidarności), przeciwstawiający się nazbyt ekstensywnej i szkodliwej  pseudo-polonizacji Górnego Śląska. Faktyczny odwrót od tego niepotrzebnego procederu, zaaplikowanego tej społeczności przez władze sprzed Okrągłego Stołu, obserwuje się w sumie od niedawna tak naprawdę - pytanie na dzień dzisiejszy brzmi więc: czy Górnoślązacy są w stanie odrestaurować spuściznę kulturalną oraz etniczną swojej „małej” Ojczyzny? M.in. przetrwanie, a przynajmniej niezanikanie gwary (ba, wiary w moc gwary), może być tutaj podstawowym gwarantem przyszłego sukcesu.
    Przesłanki o charakterze naukowo-poznawczym, odnoszące się do świadomych i celowych prób pielęgnacji gwary, jako wartości niosącej przekaz-informację o spuściźnie kulturalnej, obyczajach i zwyczajach, życiu polityczno-gospodarczym danej „małej” społeczności, jej historii i pochodzeniu, nie powinny zostać jakkolwiek zbagatelizowane. Jednym z powodów, dla których to piszę jest m.in. poważne, acz tylko jednostronicowe, opracowanie naukowe w tygodniku Nature z sierpnia 2003 (str. 900, wolumen 424) autorstwa amerykańskich matematyków Abramsa i Strogatza. Również, posiłkując się tym artykułem, mój kolega ze studenckich czasów z Rybnika, Janusz Cyran, w artykule dla Czasu fantastyki (wydanie w maju i sierpniu w dwóch częściach) pt. Kamyk w lawinie pisze, cyt.: Szacuje się, że w czasie życia obecnej generacji 90 procent z tysięcy istniejących jeszcze języków wymrze. 
    Wprawdzie autorzy artykułu do prestiżowego Nature oparli swoją matematyczną analizę - w języku równań różniczkowych dynamiki populacji - na przypadkach recesywnych w użyciu języków: szkockiego, walijskiego, staro-irlandzkiego (obecnie, przynajmniej w Irlandii Płn. usiłuje się uczyć młodzież tego języka - rzecz idzie z wielkimi oporami...), czy też języka quechua, używanego np. przez rdzenną ludność Boliwii i Peru, to jednak... czy pałuckiemu bądź śląskiemu daleko - w sensie nieużywania i odchodzenia w swoistą przeszłość - do tych języków jako języków wymierających? Języków, które należą do grupy powoli, acz nieubłaganie odchodzących do... opracowań naukowych i kart historii, zjawisk o charakterze kulturowo-lingwistycznym, rzekłby ktoś, kto operuje metodą „szkiełka i oka” wyłącznie. Niestety, ten ktoś miałby w znaczącym stopniu rację...
    Gra wszakże, co również podkreśla w swojej monografii Mój słownik gwary pałuckiej pan Mirosław Kaźmiyrz Binkowski, nie wydaje się być skończona, klamka jeszcze chyba nie zapadła. Ciągle jeszcze rzeczy są w naszych rękach i zależą od nas. Trzeba po prostu z ciekawością, a może wręcz dociekliwością, spojrzeć na to, jakie bogactwo myśli i zwrotów oferuje nam (każda) gwara, a przede wszystkim jednak - nasza własna; należy zarazić tym swoje dzieci, ba, wnuki, gdy takie już posiadamy!     Należy bezzwłocznie zerwać z „mitem”, że używanie gwary świadczy o... niskim statusie społecznym rodziny oraz jej członka, bo to po prostu gruba nieprawda. Bo czy wysoce wykształceni i wywodzący się ze znakomitego uniwersytetu intelektualiści, piszący do prestiżowego periodyku, zniżyliby się do... podjęcia nieważnego problemu; jeśli nawet tak by było - jaką szansę mieliby na publikację nieważnego materiału tam, gdzie odrzuca się nawet dziewięć na dziesięć (tak, dziewięćdziesiąt procent!) wysyłanych do redakcji artykułów? Pomyśl, drogi Czytelniku, zanim będzie za późno!

Adam Gadomski
Pałuki nr 944 (11/2010)

Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta bazy danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj.
Copyright 2006-2010 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry