Żniński teatr w Casablance 
   
    Kiedy w lipcu br. wróciliśmy z Festiwalu Teatralnego w Grenoble, nie przypuszczaliśmy nawet, że niebawem czeka nas jeszcze jeden wyjazd i to tak egzotyczny. Otrzymaliśmy co prawda w Grenoble zaproszenie na 5 Światowy Festiwal Teatrów Studenckich do Casablanki, ale gdy tylko pomyśleliśmy o olbrzymich kosztach związanych z takim wyjazdem, przestaliśmy wierzyć, że uda nam się z tego zaproszenia skorzystać. 

  Jedynym, który nie podzielał naszego pesymizmu był Jerzy. Oczywiście i on zdawał sobie sprawę, że nie wystarczy tu sam optymizm, potrzebne są po prostu środki finansowe. Jak je jednak zdobyć i do kogo się zwrócić? Był to nie lada problem. Wiele nie przespanych nocy, wydeptanych i wyjeżdżonych kilometrów, setki telefonów i czas, który wciąż uciekał - to zbyt wiele, nawet dla optymisty. A jednak. Jakież było nasze zdziwienie, gdy wszystkie te zabiegi Jerzego przyniosły pożądany efekt. To co do niedawna było nierealne, stało się zupełnie możliwe.
    7 września o godz. 19.00 wyjechaliśmy ze Żnina. Po przejechaniu Niemiec, Francji, Hiszpanii i przepłynięciu Cieśniny Gibraltarskiej, rankiem 12 września znaleźliśmy się w Casablance. Dla każdego z nas było to zupełnie nowe doświadczenie. Po raz pierwszy bowiem opuściliśmy naszą starą Europę, aby stanąć tu na tym odległym i egzotycznym kontynencie. Widok, który roztaczał się przed nami zachwycał pięknem architektury, roślinnością charakterystyczną dla tego klimatu i przerażał jednocześnie ogromem śmieci i tak znamiennymi dla całej Afryki kontrastami. Wille i pałace sąsiadują tu z wysypiskami, na których w skleconych z blachy, kartonów i gazet "budowlach" wegetują biedacy.
    Tak rozpoczęła się nasza marokańska przygoda. Organizatorzy umieścili nas w olbrzymim kompleksie sportowym, gdzie warunki były zupełnie przyzwoite. Po krótkim odpoczynku mogliśmy nareszcie całą naszą uwagę skoncentrować na sprawach festiwalowych. Interesowaliśmy się przede wszystkim poziomem, jaki reprezentować będą poszczególne grupy teatralne, a także jak na ich tle zafunkcjonuje nasz spektakl. Jego prezentacje organizatorzy zaplanowali na dzień 16.09 o godz. 21.00. Mieliśmy zatem trochę czasu, aby przyjrzeć się pozostałym uczestnikom. Obejrzeliśmy kilka przedstawień, niestety, nie zachwycały one ani kunsztem, ani też oryginalnością. Dwa z nich to spektakle marokańskie, w których raziła pewna naiwność, duża liczba szkolnych błędów i brak jakiegokolwiek warsztatu. Z dużym zainteresowaniem oczekiwaliśmy, co zaprezentuje grupa teatralna z Tunezji, która na warsztat wzięła nie byle jakie dzieło, bo S. Becketta "Czekając na Godota". Jednak po kilkunastu minutach od rozpoczęcia spektaklu to my czekaliśmy, ale na jego koniec. Brakowało tu zupełnie beckettowskiej atmosfery - dwugodzinne wrzaski aktorów w tak agresywnym języku arabskim przyczyniły się do tego na pewno. Bardzo podobał nam się natomiast spektakl szkocki, gdzie po raz pierwszy mieliśmy do czynienia z dobrym warsztatem. Widać było, że aktorzy dobrze zdają sobie sprawę z tego po co się na scenie i o czym mówią. Choć i tu ogranie bardzo skromnej scenografii pozostawiło pewien niedosyt.
    Nieuchronnie zbliżał się jednak dzień, w którym to my staniemy z tej drugiej strony, a inni będą nas oceniać. Zdawaliśmy sobie sprawę, że nasz wcześniejszy występ w Grenoble i pochlebne opinie rozpowszechnione tu w Casablance przez członków grupy marokańskiej, stawiają nas w dość trudnej sytuacji. Niczego jednak nie obawialiśmy się tak, jak tutejszej publiczności. Jest to zjawisko dla nas, europejczyków, zupełnie nie znane. To co dzieje się na widowni podczas trwania spektaklu, trudno po prostu opisać. Ludzie wchodzą i wychodzą niemal od pierwszej do ostatniej minuty, co chwilę zmieniają miejsca, trzaskają krzesłami i drzwiami, głośno komentują każdą scenę, śmieją się bez żadnych ograniczeń i to w zupełnie nie uzasadnionych przypadkach, piszczą nienaoliwionymi krzesłami - mówiąc krótko horror! 
    W obawie o nasz spektakl poprosiliśmy organizatorów, aby w momencie, gdy tylko zaczniemy grać, drzwi zostały zamknięte, co w jakiś sposób ograniczy te "migracje" i "wędrówki ludów".
Jakież było nasze zdziwienie, gdy po upływie kilku minut od rozpoczęcia spektaklu na widowni panowała zupełna cisza. Byliśmy tym szalenie podbudowani. Grało nam się wspaniale a publiczność, która reagowała tak, jak to mogliśmy sobie tylko wymarzyć - po prostu nas zaskoczyła. Okazało się, że ci sami ludzie, których tak bardzo obawialiśmy się, w momencie, gdy poczują się uczestnikami tego co dzieje się na scenie potrafią przeistoczyć się w widzów, o których marzy każda grupa teatralna. Nie była to jednak jedyna niespodzianka tego wieczoru.
    Niezwykle ciepłe przyjęcie zgotowali nam pracownicy polskich placówek dyplomatycznych znajdujących się na terenie Maroka, tj. Ambasady w Rabacie i konsulatu w Casablance - a także przedstawiciele niezbyt licznej tu polonii. Warto tu wspomnieć, że nasz konsul generalny w Casablance zajął się nami bardzo serdecznie tuż po naszym przyjeździe. Zaprosił nas do konsulatu, gdzie opowiadał nam o Maroku i o panujących tu zwyczajach, wraz ze swoimi współpracownikami zawiózł nas na przepiękną plażę i oprowadził po najciekawszej części miasta. Bezpośrednio po zakończeniu naszego spektaklu przyprowadził do garderoby wszystkich Polaków, którzy przyszli obejrzeć w tym dniu nasze przedstawienie. Ich obecność, pochlebne opinie i gratulacje, a także wspaniały kosz kwiatów sprawiły nam olbrzymią radość. 
    Po złożeniu i zapakowaniu scenografii pojechaliśmy spakować nasze rzeczy osobiste, bowiem na 200 w nocy zaplanowany był nasz wyjazd z Casablanki. Bardzo żałowaliśmy, że nie udało nam się zobaczyć wszystkich przedstawień, a szczególnie tych, które prezentowane były w dniach 4-12 IX (a więc przed naszym przyjazdem), a także, że nie będziemy uczestniczyć w zakończeniu festiwalu, tj. 18 września. 
    Nie obejrzeliśmy kilku naprawdę wartościowych spektakli, np.: irlandzkiego "Yahoo", jordańskiego" The`bes monte au ciel", hiszpańsko-portugalskiego "Ki fatxiamu noi kui" i wielu, wielu innych. Trudno było w tej sytuacji ocenić całą imprezę i jej poziom. Niemniej pobyt na tym festiwalu był dla nas ogromnym przeżyciem i dostarczył nam wielu niezapomnianych wrażeń. Poprosiliśmy pana konsula, aby przysłał nam informacje dotyczącą miejsc zajętych przez poszczególne zespoły. W nocy z 16 na 17 września wyruszyliśmy w drogę powrotną, nie zdając sobie nawet sprawy jakie czekają nas jeszcze przygody.  
    O przygodach Teatru Alberta Tison przeczytacie w następnym numerze.

Jacek Małachowski
Pałuki nr 18 (18/2002)
Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry