Casablanka
        Teatr Alberta Tison występował we wrześniu w Maroku. Dokładną relację z festiwalu, z którego żnińska trupa przywiozła dwie nagrody, przedstawiliśmy w poprzednim numerze. Wyruszając w nocy z 16 na 17 września w drogę powrotną, nikt nie zdawał sobie nawet sprawy jakie czekały ich jeszcze przygody...

    Rano byliśmy na przejściu granicznym tzn. miejscu, w którym Maroko sąsiaduje ze znajdującą się na jego terytorium enklawą hiszpańską o nazwie Ceuta. Tu rozstaliśmy się z naszym autokarem i z jednym z kierowców, który jechał do Tangeru, aby stamtąd przepłynąć promem do Algeciras - portu na wybrzeżu hiszpańskim.
    My natomiast przekraczaliśmy przejście graniczne w Ceucie i stąd właśnie mieliśmy przeprawić się do tego samego portu. To dość dziwne rozwiązanie wymogły na nas skromne środki finansowe, którymi dysponowaliśmy.
    W Algeciras byliśmy o godz. 16:00, nasz autokar miał się tu zjawić około 18:00. Jakie było nasze zdziwienie gdy prom, na który czekaliśmy zjawił się bez autokaru. Nie go było również na pokładach pozostałych promów, które tego dnia przypływały z Tangeru. Ogarnęło nas przerażenie, w głowach zjawiły nam się najczarniejsze myśli. Jeszcze tego samego dnia zadzwoniliśmy do konsulatu w Casablance. Otrzymaliśmy stamtąd zapewnienie, że postarają się to sprawdzić. Tę noc przyszło nam spędzić na ławkach dworca portowego, w krótkich spodenkach, bez napojów, żywności i środków higienicznych. Była to koszmarna noc.
    Mieliśmy jednak nadzieję, że z nadejściem nowego dnia wszystko pryśnie jak zły sen. Niestety, godziny upływały, a nasza sytuacja stawała się coraz gorsza. Jeszcze jeden telefon do Casablanki i wiadomość, która ścięła nas zupełnie z nóg. Marokańscy celnicy powiadomili konsulat, że taki autokar w ogóle nie dojechał do Tangeru, a na terenie portu nikt go nie widział. Byliśmy u kresu wytrzymałości psycho-fizycznej. Telefony wciąż pożerały pieniądze przeznaczone na paliwo, a organizm coraz bardziej domagał się tego, co mu się słusznie należało. Kupiliśmy zatem kilka bagietek i dużą butelkę wody. Starannie podzieliliśmy to na równe części i staraliśmy się bardzo oszczędnie z tego korzystać. Któż bowiem mógł wiedzieć ile czasu przyjdzie nam tu spędzić?
     Podczas następnej rozmowy telefonicznej konsul zasugerował nam, abyśmy zwrócili się z prośbą o pomoc do ambasady polskiej w Madrycie. W końcu byliśmy na terytorium hiszpańskim. Niestety pan, z którym nas połączono i z którym mieliśmy "przyjemność" rozmawiać oświadczył nam, że ambasada nie udzieli nam żadnej pomocy ponieważ nie ma na to środków. Zupełnie zignorował nasz rozpaczliwy telefon, zachowując się przy tym bardzo arogancko. Rozmowa ta szalenie nas wszystkich zbulwersowała. Zadawaliśmy sobie pytanie: Jaki jest sens utrzymywania takich placówek, skoro w tak skomplikowanej sytuacji, jak nasza nie sposób liczyć na najmniejszą pomoc? Zawiadomiliśmy o tym konsulat w Casablance - byli tym faktem również zbulwersowani.     Przy okazji dowiedzieliśmy się, że nie posiadają jeszcze żadnej informacji na temat naszego autokaru. Upływała już trzydziesta godzina naszego koczowania na dworcu, gdy nagle ktoś wpadł na pomysł, aby poszukać tu, w Algeciras Polonii. Znaleźliśmy dwa swojsko brzmiące nazwiska. Ludzie, do których należało jedno z nazwisk mówili już tylko po hiszpańsku. Została nam więc tylko jedna szansa. Drżącym palcem wykręcaliśmy numer. Zgłosił się pan, który w języku polskim poinformował nas, że nie ma tu Polonii, a on wraz z rodziną są jedynymi Polakami w tym mieście. Mimo to obiecał nam, że przyjedzie na dworzec i spróbuje pomóc. Obietnicy dotrzymał. Zjawił się po godzinie i gdy tylko upewnił się, że nie jesteśmy grupą naciągaczy i przemytników, małymi grupkami przewiózł nas do swojego mieszkania. Znajdowało się ono na piątym piętrze w wieżowcu. Nie było duże, ale za to pełne ciepła i serdeczności. Byliśmy bardzo szczęśliwi i tak ogromnie wdzięczni Małgosi i Andrzejowi, bo takie imiona nosili nasi gospodarze. Od jedenastu lat mieszkają w Hiszpanii, a tu do Algeciras przeprowadzili się sześć lat temu z Cordoby. Mają dwóch synów: 14-letniego Bartka, mówiącego dość dobrze po polsku i kilkumiesięcznego Wiktora, którego dziewiętnaście nowych twarzy szalenie zdezorientowało.
    Poczuliśmy wielką ulgę, ale niepokój o los naszego kierowcy nie pozwalał na zupełne odprężenie. Uspokoił nas dopiero Andrzej. Okazało się, że pracuje w porcie, mówiąc ściśle - jest szefem załadunku. Ma tam wielu przyjaciół, także wśród celników. Następnego dnia razem z Jerzym pojechali do portu. Po kilku godzinach przywieźli nam radosną wiadomość. Autokar odnalazł się, stoi w Tangerze, kierowca jest cały i zdrowy, nie może jednak przekroczyć granicy, ponieważ źle wystawiona wiza tranzytowa po prostu się skończyła, a dla hiszpańskich celników aktualne jest jeszcze hasło z okresu wojny domowej: No pasaran (nie przejdą).
    Tu jednak należy złożyć podziękowanie polskiemu konsulatowi w Casablance, ponieważ pan konsul zjawił się osobiście w Tangerze i około godz. 24:00 wręczył kierowcy paszport z nową wizą. Zobowiązał się także powiadomić Ministerstwo Spraw Zagranicznych, aby ono z kolei poinformowało o zaistniałym incydencie nasze rodziny. W niedzielę po południu autokar był "już" w Algeciras.
    Były uściski, okrzyki radości i łzy szczęścia. Małgosia i Andrzej cieszyli się razem z nami. Są naprawdę wyjątkowymi i wspaniałymi ludźmi. Bardzo ich polubiliśmy, a naszą wdzięczność dla nich po prostu trudno wyrazić. Zrobili dla nas tak wiele, nie oczekując niczego w zamian. To naprawdę wspaniałe, że tak daleko od domu można spotkać się z prawdziwą polską gościnnością, serdecznością i ze zrozumieniem, choć tu w kraju tak często tego brakuje. Pożegnaniom nie było końca. Jakubowscy żartowali nawet, że teraz tęsknić będą za kolejką do toalety, zmianowym jedzeniem i widokiem ludzi śpiących wszędzie, gdzie to tylko możliwe. Nam również było ciężko żegnać się z tymi wspaniałymi ludźmi, ale myślami byliśmy już w domach. W Żninie.  

Jacek Małachowski
Pałuki nr 39 (19/1992)
Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry