Porywacze Ciał
   
    Ośrodek Edukacji Teatralnej. Drugi dzień warsztatów. Wchodzimy do sali, pachnącej jeszcze świeżością farb. Za chwilę rozpocznie się spektakl teatru Porywacze ciał pt. I love you.

 
 "Porywacze ciał" w czarnej sali Teatru im. Alberta Tisona
w Żninie
fot. Paweł Dobies

    Światło przygasa, a z głośników rozlegają się pierwsze dźwięki spektaklu: odgłosy porannej toalety. Na salę wchodzi kobieta i siada za stołem pełnym supermarketowej żywności. Po kilku chwilach pojawia się mężczyzna. Przed widzami rozgrywają się sceny codziennego rytuału: papieros, golenie, malowanie paznokci, jedzenie. Chwila przerwy, chwila nudy i znów jedzenie. Jedzenie, które staje się celem samym w sobie. Obraz konsumpcji doprowadzonej do granic możliwości, wręcz do obrzydzenia.
    W jednej ze scen kobieta, z zabawką w dłoniach śpiewa urodzinową piosenkę. Oniemiały mężczyzna patrzy zdumiony jak gdyby pytał: - Urodziny, ale po co?. Po co nam ta odmienność skoro mamy naszą codzienność? Rytuał musi się przecież spełnić.
    W pewnym momencie aktorzy próbują wciągnąć do spektaklu publiczność. I dopiero wtedy rozpoczyna się prawdziwe przedstawienie, po obydwu stronach sceny. Kobieta i mężczyzna stają się na przemian pozyskać z tłumu osoby, jak gdyby poszukiwali wśród nich pseudo-znajomych, pseudo-przyjaciól, czy wręcz pseudo-kochanków. Są przy tym bardzo brudni, wręcz odrażający.
    Widzowie reagują z obrzydzeniem i ze strachem. Patrzą na siebie nawzajem, jak gdyby mówili: - Idź ty, przecież widzisz, że ja mam czyste ubranie, mam czyste ręce, mam czyste sumienie. Nie dotkną ich, przecież mogą mnie pobrudzić. Wreszcie ktoś decyduje się wyjść na scenę. Publiczność oddycha z ulgą. A ten nieszczęśnik, ze strachem w oczach pośrodku sceny, nie wie co ze sobą zrobić. Grymas twarzy mówi: - Patrzcie, przecież jestem inny.
    Mam czyste dłonie, mam czyste ciało, niech oni zostawią mnie w spokoju.
    Jedynym ratunkiem staje się ucieczka w tłum. Lecz aktorzy nie dają za wygraną. Ponownie wchodzą na widownię. Narasta między nimi agresja. Kobieta biega w tłumie poszukując pomocy. Lecz wrogość widzów również narasta. Nikt nie poda kobiecie dłoni, nikt jej nie przytuli, nikt nie ochroni, przecież ona jest taka brudna. Niech ona sobie stąd pójdzie.
    W momencie kulminacji agresji pomiędzy kobietą i mężczyzną na scenę wkracza karykatura anielskiej postaci z gitarą w ręku i odgrywa upiorną melodię, w rytm której aktorzy wykonują obłąkany taniec.
    Wreszcie muzyka milknie i bohaterowie spektaklu opuszczają scenę. Widzowie dochodząc do siebie, próbują nieśmiało klaskać, lecz pozostały anioł ucisza ich słowami: - Cicho, cicho do domu, herbatka. Jak gdyby chciał powiedzieć: - Nie klaszczcie, gdyż nie jesteście lepsi, nie klaszczcie sami sobie. Idźcie do domu, bo przedstawienie trwa dalej, rytuał musi się spełnić.
    Publiczność powoli wychodzi. Opuszcza salę ostatni, myśli kłębią się w głowie. Mam świadomość, że przez ostatnią godzinę stałem jakby przed lustrem, jakby przed krzywym zwierciadłem. Stałem w tłumie, który w tym spektaklu poniósł porażkę. Nie mogło być jednak inaczej, gdyż odmienność widzów i autorów tej sztuki była tylko pozorem. Złudzeniem widzów. Jedyną różnicą pozostałą między mini były czyste ubrania. Nic więcej.
    Na zewnątrz orzeźwił mnie chłód kwietniowego zmierzchu. Magia teatru jest ogromna.

Jacek Ludwiczak
Pałuki
Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry