Komentarz

    

     Podczas ostatniej sesji Rady Miejskiej Barcina burmistrz Michał Pęziak po raz kolejny przedstawił krytyczne uwagi wobec kilku artykułów, które napisałem w naszej gazecie.
     Na początku wyjaśnię, że nie jestem przeciwnikiem politycznym burmistrza. Wyjaśnić to muszę, gdyż słuchając krytyki mych tekstów miałem wrażenie, że burmistrz - z braku opozycji w Radzie Miejskiej - tak właśnie mnie traktuje. Chcę przy tym podkreślić, że według mnie, aby system demokratyczny działał prawidłowo - też na szczeblu lokalnym - potrzebni są również przeciwnicy polityczni. Włodarz Barcina wyraźnie odczuwa ich brak, bo takowych w podporządkowanej sobie Radzie Miejskiej nie ma. A ponieważ przeciwnik potrzebny jest burmistrzowi jako punkt odbicia, postanowił uczynić ze zwykłego obserwatora swych poczynań i ich krytyka, czyli mnie, polityczną opozycję. Nie powinno tak być, bo ja nie jestem politykiem, ani nawet nie aspiruję do bycia nim. Jestem tylko strażnikiem tego, jak włodarz wydaje nasze pieniądze, które mu powierzyliśmy jako podatnicy. Tyle wyjaśnień na temat sytuacji lirycznej. A teraz przedstawiam zarzuty burmistrza i odpowiadam na nie.
     Po pierwsze burmistrz zarzuca mi, iż w artykule o zapadającym się chodniku z Barcina Wsi do Julianowa napisałem, iż chodnik powstał 6 lat temu, a w rzeczywistości od 2007 r.,
kiedy to zrealizowano i oddano inwestycję, minęły 4 lata. Rzeczywiście popełniłem faktograficzny błąd i za to przepraszam. Jednak szkoda, że nie przeprasza w związku z tym, iż to tylko 4 lata, sam burmistrz. Powinien się cieszyć, że błędnie napisałem, że było to sześć lat. Bo oczywiste jest, że burmistrz nie sprawdził się w tym przypadku jako reprezentant inwestora, czyli gminy Barcin, skoro przyjął i uiścił rachunek za chodnik, który zapada się już po czterech latach. To gorzej, niżby się zapadał po sześciu.
     Po drugie pan burmistrz broni istnienia miękkiej ziemi obok otwartego orlika. Ziemi, która później wnoszona jest pod butami na nawierzchnię. Twierdzi, że pozostawienie tej ziemi w takim stanie jest uzasadnione, bo w przyszłym roku ma powstać tam siłownia, więc nierobienie tam niczego jest oszczędzaniem. Nie przekonał mnie. Twierdzę, że nawet gdyby miał tam za rok powstać choćby finałowy wylot z basenowej Anakondy - rury zjazdowej, która stanowi atut sąsiadującej z orlikiem pływalni, nie usprawiedliwia to burmistrza. Dobry gospodarz po sobie sprząta zawsze, nawet gdy planuje za jakiś czas znów coś robić w tym miejscu. Tutaj tego elementarnego działania dobrego gospodarza niestety zabrakło.
     Kolejny zarzut, jaki mi pan burmistrz wytoczył, to nazwanie młodego człowieka oskarżonego o narysowanie bohomazów na szkole nr 2 w Barcinie (jeszcze nieskazanego w momencie pisania przeze mnie tamtego artykułu, a tylko oskarżonego) młodzieńcem. Według Michała Pęziaka nazwanie go młodzieńcem jest uszlachetnieniem jego osoby, na co nie zasługuje. Twierdzę, że pan burmistrz nie ma racji. Mam prawo nazwać 18 czy 20-letniego mężczyznę młodzieńcem. Bez względu na to, czy jest oskarżony o wandalizm, czy też właśnie celująco zdał maturę. Tak samo, jak mam prawo nazwać kogoś jasnowłosego blondynem i na odwrót, a pan burmistrz w swoich semantycznych wędrówkach nie może nakazywać takiego, a nie innego używania przeze mnie słów. Tu jego władza nie sięga. Ponadto chcę przypomnieć, że Polska jest państwem prawa, w którym do momentu uprawomocnienia się wyroku skazującego oskarżony jest niewinny.
     Po czwarte burmistrz zarzucił mi, że w poprzednim numerze napisałem: Odkąd w szkole w Piechcinie nastała pani dyrektor Katarzyna Marciniak, co roku w Dniu Nauczyciela przyznawane są nagrody (warto zaznaczyć, że - choć oczywiście ja to napisałem - był to cytat z wypowiedzi czytelnika). Burmistrz Barcina prostuje, że nagrody przyznawane były i są też przez innych dyrektorów oświaty. Oczywiście i burmistrz, i czytelnik wypowiedzieli zdania prawdziwe, wystarczy dokładnie je przeczytać, aby stwierdzić, że drugie nie jest sprostowaniem pierwszego.
     Pochlebia mi, że burmistrz Barcina na sesji Rady Miejskiej tyle czasu w sprawozdaniu ze swej działalności poświęca polemikom z moimi wypowiedziami. Ale - choć mi to pochlebia - trochę nad tym boleję. Boleję, że nie wykazuje tej samej zaciekłości i energii w omawianiu innych spraw ważnych dla gminy, w przedstawianiu opinii publicznej tego, czego dokonał - jakie miał sukcesy, a jakie porażki.
     A taką była działająca wstecz uchwała o opłatach w przedszkolach. Gmina straci w ten sposób nawet około 60.000 zł. Myślę, że to jest poważniejsze zagadnienie, niż to, czy osiemnastolatek jest młodzieńcem, czy nie.
     Albo niezałatwienie pozwolenia na pontonową kładkę dla pieszych w czasie półrocznej przebudowy mostu. Gdyby pan burmistrz zamiast nie spać po nocach deliberując nad znaczeniem słowa młodzieniec, nie spał głowiąc się nad tym, jak załatwić pozwolenie na kładkę, aby dbać o podeszwy mieszkańców (którzy mu płacą), to teraz ludzie z prawego brzegu rzeki przez pół roku nie musieliby okrążać miasta idąc po zwykłą bułkę do sklepu.
     Proponuję: więcej energii w koła, mniej w gwizdek.

Karol Gapiński

Pałuki nr 1028 (43/2011)

Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry