Mieczysław i Jarosław Kałużni przy naczepie, która jest ich własnością  fot. Sylwia Wysocka 

Kcynia, ul. Szubińska
   
    Mimo że zdarzenie miało miejsce 17 czerwca, do dziś osoby, które czują się pokrzywdzone przebywają na zwolnieniu chorobowym, odczuwają skutki pobicia i zamierzają skierować sprawę na drogę sądową, bo - jak mówią - zostali niewinnie  pobici przez funkcjonariuszy kcyńskiego posterunku policji.

    - Nie możemy zapomnieć o tym całym zajściu, chociażby z uwagi na nasz stan zdrowia. Do dziś odczuwamy z ojcem skutki pobicia, zawroty i bóle głowy, bóle żeber, w nocy nie możemy się na bok obrócić, tak bolą żebra. Minęło sporo czasu, a mimo tego wciąż zmuszeni jesteśmy korzystać z pomocy lekarzy i środków przeciwbólowych. Zostałem potraktowany jak złodziej, pobity przez policję, która pobiła też mojego ojca do tego stopnia, że z miejsca tego zdarzenia zabrała go nieprzytomnego karetka pogotowia. Człowieka, który ma 70 lat. W szpitalu spędził kilka następnych dni. Nie życzę nikomu, by był świadkiem takiego zdarzenia jak ja, kiedy skuty siedziałem w zamkniętym radiowozie i nie mogłem nic zrobić, kiedy policjanci bili mi ojca tylko za to, że chciał się dowiedzieć, za co mnie zabierają i gdzie ze mną jadą. Wszystko to przypominało scenę z amerykańskiego kryminału, z tym tylko, że policja zajęła miejsce bandziorów – mówi Jarosław Kałużny.
    Zdarzenie miało miejsce 17 czerwca na posesji przy ul. Szubińskiej w Kcyni, gdzie Jarosław Kałużny parkuje swe samochody ciężarowe. Już wcześniej był informowany, że kręci się tam wokół jego ciężarówek mężczyzna, który fotografuje prywatną posesję i znajdujący się tam sprzęt, należący do przedsiębiorcy prowadzącego firmę transportową.

Mieczysław Kałużny wskazuje na miejsce, w którym upadł po uderzeniu go  przez kcyńską policjantkę tonfą w tył głowy  fot. Sylwia Wysocka

    - Byłem tam w tę niedzielę, byli też pracownicy. Naczepa stoi kilkanaście miesięcy w tym samym miejscu nieużywana, o czym zresztą świadczy trawa i inne chwasty, które ją zarosły. Pojawił się tam mężczyzna i policja, do naczepy mieliśmy dokręconą jakąś tablicę, tak na sztukę, by była, bo z naczepy i tak nikt nie korzystał. Kupiłem ją i postawiłem, nie była mi potrzebna, więc jej nie zarejestrowałem. Stwierdziliśmy, że może chodzi o tę tablicę, bo naczepa nie była zarejestrowana, gdyż kupiłem nowe i ta nie jest mi potrzebna. Na naczepę posiadam wszystkie dokumenty łącznie z umowami, fakturami i dowodem. Odkręciłem tę tablicę i w tym wszystkim zacząłem z nią uciekać. Nie wiem dziś właściwie dlaczego, w tych nerwach i przy tej całej sytuacji, gdzie kręcący się przy sprzęcie mężczyzna oznajmił jednemu z moich pracowników, że naczepę nam odbiorą. Zresztą po całym tym zajściu jeden z policjantów i tak zapowiedział mojemu pracownikowi, że naczepa zostanie nam odebrana. Jak okazało się później, twierdzono, że nie stanowi ona mojej własności. Zacząłem uciekać z tą tablicą. Policjanci mnie dogonili, rzucili na ziemię, powykręcali ręce, usiłowali założyć kajdanki. Chciałem, żeby mi wytłumaczyli, za co mnie skuwają jak przestępcę. Cały czas tłumaczyłem, że naczepa jest moja, że mam wszystkie dokumenty na nią. Mogę przywieźć, możemy razem podjechać po nie do domu albo wyślę pracownika, ale nikt sobie z moich tłumaczeń nic nie robił. Dojechało jeszcze dwóch innych policjantów. Akcja jak na poważnego złodzieja albo mordercę, a ja nie byłem niczemu winien – opowiada Jarosław Kałużny.
    - Obecna tam policjantka z kcyńskiego posterunku wzięła moją głowę pod ramię i zaciskając rękę, dusiła mi szyję, że traciłem przytomność. Leżałem na brzuchu, a policjant kolanami uciskał mnie w plecy i wykręcał ręce, by założyć kajdanki. Zapakowali mnie do radiowozu. Wyciągnąłem telefon, chciałem zadzwonić do domu, by ktoś dostarczył te papiery, ale dostałem w twarz, że aż poleciałem na drzwi. Telefon policjant zaraz mi zabrał – opowiada Jarosław Kałużny.
    Na miejsce przyjechał ojciec Jarosława - Mieczysław Kałużny, którego o całym zajściu poinformował jeden ze świadków.
     - Kiedy zajechałem, syn był już w radiowozie i mieli z nim wyjeżdżać. Stanąłem przed nimi, pytałem, za co go zabierają i gdzie. Tłumaczyłem, że jestem ojcem i chcę wiedzieć, za co zabierają mi syna i gdzie go wiozą, bo od lat policja z Kcyni prowadzi na niego nagonkę, dlatego tym bardziej chciałem wiedzieć, co zamierzają w związku z nim. Jednak żaden z nich mi nie odpowiedział. Policjant wyskoczył z radiowozu, odwrócił mnie i zaczął wykręcać ręce. Chciał mi założyć kajdanki. Pytałem, dlaczego chcą mnie skuć, czy ja jestem jakimś przestępcą? Przecież jako ojciec miałem prawo wiedzieć, gdzie wiozą mojego syna i dlaczego go zabierają. Na to wyskoczyła policjantka z tonfą, tą czarną pałką policyjną z rączką, uderzyła mnie dwa razy w tył głowy, kiedy policjant trzymał mnie za ręce, i straciłem przytomność. Padłem na pobocze drogi. Część ciała miałem w rowie z wodą. Całą jedną stronę, kiedy zabierała mnie karetka, miałem przemoczoną. Wcześniej jeszcze policjant uderzył kilka razy moją głową w samochód policyjny – opowiada siedemdziesięcioletni Mieczysław Kałużny.
    Jego syn w tym czasie, jak opowiada, siedział w radiowozie.
    - Nie mogłem nic zrobić, byłem zamknięty w radiowozie, z zaciśniętymi kajdankami tak mocno, że krew mi nie dochodziła i mimo że minęły dwa miesiące, wciąż widać, jak miałem pościerane nadgarstki do krwi – pokazuje młody przedsiębiorca.
    Jak mówi, było to dla niego tragiczne przeżycie, kiedy widział jak biją za nic jego ojca, jak padł nieprzytomny.
    - Krzyczałem, że ojciec jest po zawałach, że jest po wypadku, żeby go nie bili, żeby zostawili go w spokoju. Mogli przecież spokojnie wytłumaczyć, że jadą na nasz posterunek, że chcą wyjaśnić sprawę legalności naczepy, a nie traktować go jak kryminalistę i prać po głowie, po żebrach pałką, schorowanego, starszego człowieka. Do dziś trudno w to uwierzyć, a żyjemy w państwie prawa – mówi z przerażeniem Jarosław Kałużny.
    - Ojca zabrało pogotowie, dziś nie wiem, na czyje wezwanie przyjechali, wiem, że dzwonił pracownik po karetkę, podobno też policjanci dzwonili. Przez półtorej godziny szukali policjanci z drogówki numerów na naczepie, dopiero mój pracownik im je pokazał. Zabrali mnie na policję do Kcyni, kilkadziesiąt metrów od mojego domu. Tam oddali mi telefon, zadzwoniłem do pracownika, dostarczył dokumenty od naczepy. Sprawdzili, okazało się, że nie jest kradziona i wtedy mnie wypuścili. Pytałem, skąd to całe zajście, przecież tłumaczyłem, że naczepa jest spłacona, że jest moją własnością, że posiadam na nią wszystkie dokumenty, to wtedy zgonili na faceta z leasingu, że to on kazał sprawdzić.

    Twierdził, że przyczepa jest ich własnością. Kilka razy wydzwaniali do szpitala co z ojcem.
     W wypisie ze szpitala Mieczysława Kałużnego czytamy, że stwierdzono u niego ogólne potłuczenia głównie głowy, prawego barku, klatki piersiowej i prawego kolana.
    Podobne obrażenia ma syn, który nadal przebywa na zwolnieniu chorobowym z orzeczeniem niezdolności do pracy. Posiada zdjęcia rentgenowskie i obdukcję lekarską.
    - To przechodzi ludzkie pojęcie, policja tłucze niewinnych, bezbronnych za nic – mówi Mieczysław Kałużny.
     - Z policją mam do czynienia od zawsze. Choć mieszkam na sąsiedniej ulicy, już jako dziecko byłem przez nich gnany. To było około pięć lat temu. Miałem do zapłacenia grzywnę za wypadek samochodowy. Ustaliłem wówczas z panem Kaliszem, że zapłacę mandat za cztery dni, a następnego dnia policja zaczęła mnie gonić i szarpać w związku z tym, że nie uregulowałem tej należności. Nie wytrzymałem nerwowo i zacząłem się szarpać z policjantem. Sprawa trafiła do sądu. Otrzymałem wyrok w zawieszeniu za pobicie policjanta. Teraz jak kupię samochód, to zaraz mnie sprawdzają przez kilkanaście albo i kilkadziesiąt minut, czy czasami nie jest kradziony. Postępuję zgodnie z prawem. Mając wciąż w cieniu kcyńskich policjantów, nie mam żadnych szans na jakieś lewe interesy, których bym się nie podejmował wcale, ale mimo to wciąż czuję się podejrzewany i na każdym kroku kontrolowany. Jak tu się ktoś czegoś dorobi, to zaraz jest przestępcą. Nikt nie widzi, ile trzeba pracy włożyć w to, by do czegoś dojść, tylko ile się ma. Uważam, że to co teraz zrobiła policja, przechodzi wszelkie normy. Pobito ojca i mnie za nic, chciałem zaraz dostarczyć dokumenty, to zostałem potraktowany jak przestępca albo i gorzej, a okazało się, że jestem niewinny, jak zapewniałem od początku. Ucierpieliśmy na zdrowiu, zwłaszcza ojciec, który ma teraz zawroty głowy, silne bóle. Uznaliśmy, że takiego zachowania policji nie można tolerować, dlatego skierujemy sprawę na drogę sądową.

     Policjanci po całej tej akcji nawet „przepraszam” nie powiedzieli. Zgonili na faceta z leasingu, który nie miał żadnej racji w tym wszystkim, bo przyczepa została spłacona i stanowi moją własność, na co mam komplet dokumentów. Czy jak ja im powiem, że Iksiński ma kradziony samochód, to też z nim tak postąpią, skoro działają na zasadzie, że ktoś im kazał, jak sami powiedzieli? – pyta Jarosław Kałużny.
    Komenda Powiatowa Policji w Nakle nie skomentowała tego zdarzenia. Rzecznik prasowy komendy Przemysław Wiśniewski poinformował, że interwencja miała miejsce. - 17 czerwca około godziny 1700 policjanci zostali powiadomieni przez windykatora należności, który zgłosił, iż podejrzewa, że mieszkaniec powiatu nakielskiego zwrócił firmie leasingowej naczepę bez tablicy rejestracyjnej i ma ją zamontowaną na innej naczepie. Policjanci ujawnili tablicę i wykonali niezbędne czynności celem wyjaśnienia posiadania tej tablicy rejestracyjnej. Sprawdzili, czy tablica i naczepa nie są przedmiotem poszukiwania. Obecnie trwają czynności związane z tą interwencją – powiadomił nas Przemysław Wiśniewski.


Sylwia Wysocka, 17 VIII 2007
Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry