Szubin, UB, Związek Młodzieży Antykomunistycznej, Stanisław T., proces

    4 lutego w Rejonowym Sądzie w Szubinie odbędzie się rozprawa w sprawie stosowania niewłaściwych metod śledczych przez Stanisława T., jednego z funkcjonariuszy Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Szubinie. Świadkiem będzie Stanisław J., mieszkaniec Szubina, który od czerwca 1952 r. do maja 1953 r., przebywał w areszcie śledczym.

    Znęcanie się psychiczne i fizyczne: straszenie śmiercią, powieszeniem, bicie pięściami po twarzy, kopanie po całym ciele, bicie gumowym pasem klinowym po bosych stopach, szczucie psem, przesłuchiwanie w nocy, wyzywanie wulgarnymi słowami i zastraszanie w celu uzyskania wyjaśnień określonej treści - to tylko niektóre z licznych praktyk stosowanych w areszcie śledczym przez funkcjonariuszy Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Bydgoszczy i funkcjonariuszy Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Szubinie wobec 18-letniego Stanisława J. i jego kolegów, aresztowanych w 1952 r. za przynależność do tajnej grupy - Związku Młodzieży Antykomunistycznej - założonej na terenie Szubina w 1950 r. - Wraz ze mną wtedy aresztowanych i sądzonych przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Bydgoszczy było jeszcze dwóch w moim wieku członków tego związku: Władysław J. i Zdzisław W. - mówi Stanisław J., pokazując odpis wyroku Wojskowego Sądu Rejonowego w Bydgoszczy wydanego 30 maja 1953 r. na tych trzech, z rocznika 1934, chłopców.
    ANTYKOMUNISTYCZNA GRUPA
    Z opowiadania Stanisława J., jak również z dokumentu przedstawiającego uzasadnienie wyroku sądu w ich sprawie wynika, że wiosną 1950 r. Władysław J., sierota przebywający wówczas w Zakładzie Wychowawczym w Szubinie, założył na terenie tego zakładu potajemnie Związek Młodzieży Antykomunistycznej.
    Do związku zwerbował kilkunastu chłopców z terenu Szubina, między innymi również Stanisława J. - Myśmy się wszyscy nie znali, spotykaliśmy się w małych grupkach. Ze względów konspiracyjnych kontaktowaliśmy się tylko z niektórymi członkami poszczególnych grup - opowiada Stanisław J., który w kwietniu 1950 r. stworzył oddzielną grupę młodzieży antykomunistycznej w Kornelinie koło Szubina, gdzie mieszkał wraz z rodzicami. Jego grupa liczyła 4 członków. - Odbyliśmy zaledwie kilka organizacyjnych zebrań. Na jednym z nich byl Władysław J. Omawialiśmy wtedy stosunek ówczesnego państwa do kościoła i problemy związane z kolektywizacją wsi - wyznaje.
    Później kornelińska grupa nie przejawiała praktycznie żadnych większych inicjatyw. Bardziej prężne plany związane z działalnością antykomunistyczną snuła grupa szubińska, kierowana przez Władysława J. Na spotkaniach omawiała ona sposoby walki z komunistami, planowała zdobycie broni na funkcjonariuszach MO. Chłopcy zamierzali także w lesie wykopać bunkier, w którym zimą miałyby odbywać się zebrania, ale swoich planów nigdy nie zrealizowali. W lipcu 1951 r. Władysław J. i Zdzisław W. (także wychowanek zakładu) opuścili Zakład Wychowawczy w Szubinie. - Władysław J. po wyjeździe z Szubina napisał jeszcze do swojego kolegi z zakładu list, który przyszedł na mój domowy adres. Korespondencję przekazałem właściwej osobie. Później nie mieliśmy już z sobą żadnych kontaktów - wyjaśnia Stanisław J.
    Jak wynika z uzasadnienia wyroku, pozostali członkowie grupy szubińskiej od jesieni 1951 r. zaprzestali jakiejkolwiek działalności.

    Z LEKCJI DO ARESZTU
    Mimo że działalność grypy antykomunistycznej w Szubinie ustała jesienią 1951 r., to w 1952 r. kiedy chłopcy - Władysław J., Stanisław J. i Zdzisław W. - ukończyli po 18 lat i stali się pełnoletni, zostali w krótkich odstępach czasu aresztowani. - Byłem uczniem II klasy Technikum Elektrycznego w Bydgoszczy, mieszczącego się wtedy przy ul. Św. Trójcy 37. Podczas lekcji, 6 czerwca, otrzymałem list z rąk woźnego szkoły z poleceniem, abym zaniósł go pod adres napisany na tym liście. Woźny nic więcej nie powiedział, ale ja z jego twarzy wyczytałem, pod czyj adres mam iść i co mnie tam czeka. Jak on mnie wtedy odprowadzał wzrokiem... Wychodząc przeczuwałem, że nigdy już do tej szkoły nie wrócę. I tak się stało. Po przyjściu z listem pod wskazany adres zostałem natychmiast aresztowany i zaraz potem pobity i pokopany po całym ciele przez nieznanych mi funkcjonariuszy Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Na temat działalności Związku Młodzieży Antykomunistycznej na terenie Szubina funkcjonariusze ci wiedzieli więcej niż ja sam - mówi.
    Po trzech tygodniach Stanisław J. został przewieziony do Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa w Szubinie i osadzony w celi obecnego Komisariatu Policji przy ul. Młyńskiej. - Przez pierwsze trzy miesiące aresztu moi rodzice nie wiedzieli, gdzie ja jestem i co się ze mną dzieje. W Szubinie okno mojej celi wychodziło na gnojownik posesji przy ul. Młyńskiej. To był lipiec, panowały upały, z gnojownika unosił się potworny smród, w celi nie było czym oddychać. To była też jedna z metod szykanowania. Dopiero po interwencji doktora Grajewskiego przewieziono nas stamtąd do więzienia znajdującego się przy sądzie w Szubinie.
    - Przetrzymywano mnie w celi nr 1. Przeżyłem tam potworne rzeczy. Nie tylko bito mnie, ale i straszono śmiercią. Wierzyłem, że mogą mnie zabić, bowiem na ścianie w mojej celi widziałem napis wykonany krwią: "Mam być stracony". Pod napisem był podpis - Szalof. Gdy na dworze było 5 stopni mrozu, zostałem wrzucony przez funkcjonariuszy do piwnicy, w której nie było okna. Trzymali mnie tam 24 godziny bez picia i jedzenia, ponieważ nie chciałem zeznawać tak, jak ci funkcjonariusze by sobie tego życzyli. Chcieli wykazać się sukcesami w śledztwie. Więc zmuszali mnie do współpracy i określonych zeznań, z których wynikałoby, że naszą grupą antykomunistyczną kierowały osoby dorosłe. Domagali się nazwisk dorosłych organizatorów i działaczy. Natomiast ja, jak i moi aresztowani koledzy, założenie i główną działalność w naszej organizacji antykomunistycznej przypisywaliśmy chłopcu, który w okresie istnienia naszej grupy popełnił samobójstwo, powiesił się w szubińskim Zakładzie Wychowawczym. Ten chłopiec wcale nie należał do naszego związku. Ponieważ nie żył, to obciążaliśmy go działalnością, by chronić innych - opowiada Stanisław J.

    WYROK BEZ ODWOŁANIA
    - Brutalne i okrutne śledztwo prowadzone w Powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa w Szubinie wobec mnie trwało prawie rok. 30 maja 1953 r. stanęliśmy wszyscy trzej przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Bydgoszczy i otrzymaliśmy bardzo surowe wyroki: Władysław J. 7 lat pozbawienia wolności, ja 6 lat, Zdzisław W. 5 lat. Wyroki te zmniejszono o połowę w wyniku amnestii i zaliczono nam na ich poczet pobyt w śledztwie - mówi Stanisław J. Jak wynika z odpisu wyroku, ci młodzi chłopcy otrzymali je za to, że od wiosny 1950 do jesieni 1951 roku "jako członkowie założonego i kierowanego przez Władysława J. związku przestępczego pod nazwą Związek Młodzieży Antykomunistycznej, mającego na celu walkę z ustrojem państwa polskiego, usiłowali przemocą zmienić ustrój państwa polskiego". Jako okoliczność obciążającą w stosunku do Władysława J. sąd wziął pod uwagę to, że założył on związek antykomunistyczny i sprawował w nim funkcję kierowniczą i w działalności wykazał dużą inicjatywę. Odnośnie Stanisława J. miał sąd na uwadze fakt, że był on kierownikiem grupy i wykazał dużą aktywność w werbowaniu członków. W uzasadnieniu wyroku napisano: "Oskarżony Stanisław J. zwerbował do swojej grupy 4 członków, wezwał ich na pierwsze zebranie i poinformował, że celem związku jest walka z ustrojem państwa polskiego. Zastrzegł zachowanie działalności w tajemnicy i odebrał przysięgę". Natomiast jeśli chodzi o Zdzisława W. sąd wziął pod uwagę duże społeczne niebezpieczeństwo jego czynu wyrażające się w deklaracji słownej, dotyczącej gotowości wzięcia udziału w zamachu na milicjanta celem zdobycia broni.
    KATORŻNICZA PRACA
    Stanisław J. miał 19 lat, kiedy w sierpniu 1953 r. został umieszczony w kolejowym wagonie-więźniarce i wywieziony z Bydgoszczy. Jak opowiada, w klitce metr na metr wraz z nim jechało jeszcze trzech więźniów. Wieziono ich 24 godziny bez picia i jedzenia oraz bez możliwości korzystania z sanitariatów. Najpierw przekazano go do przejściowego więzienia w Sosnowcu. Później przewieziono na kwarantannę do więzienia w Jaworznie, a stamtąd do miejscowości Wesoła, gdzie został umieszczony w ośrodku pracy w kopalni. - Odmówiłem pracy w kopalni, więc zostałem wtrącony na 48 godzin do karceru. Po wyjściu z niego ponownie otrzymałem propozycję pracy w kopalni. Po raz drugi odmówiłem i znowu trafiłem do karceru. Później koledzy na sali przekonali mnie, że jakoś sobie poradzę i zgodziłem się na pracę w kopalni. W tym czasie z kopalni wycofano konie. Zastąpili je więźniowie. Najniebezpieczniejsze prace wykonywali młodociani więźniowie. Obiecywano nam, że wykonanie sto procent normy będzie liczone podwójnie. I przez to kara się zmniejszy. Pracowałem na głębokości 240 m. Kopalnia była bardzo mokra. Woda lała się szybem i ze ścian. Już po zjechaniu w dół każdy z nas był przemoczony. Zima 1953-1954 była wyjątkowo mroźna. Po wyjechaniu na powierzchnię musieliśmy w mrozie iść 300 m do szatni, gdzie trudno było zdjąć z siebie pozamarzane ubrania. W tej kopalni pracowałem rok. Miałem to policzone za dwa lata, do tego doliczono mi pobyt w śledztwie. Na wolność wyszedłem 5 września 1954 r. - opowiada.
    GORZKI SMAK WOLNOŚCI
    Stanisław J. na wolności przebywał zaledwie kilka tygodni. 10 października 1954 r. został powołany do odbycia służby w Ludowym Wojsku Polskim. - / znowu skierowany zostałem do kopalni. Ci żołnierze, którzy odmawiali pracy w kopalni, skazywani byli na trzy lata więzienia. Po odbyciu kary ponownie ich kierowano do kopalni. Tym razem przez dwa lata i dwa miesiące pracowałem w kopalni Śląsk w miejscowości Chropaczów koło Bytomia. Jako żołnierze pracowaliśmy w kopalni przez siedem dni w tygodniu. W ciągu miesiąca miałem jedną, czasami dwie niedziele wolne. Ciężko pracując opłacaliśmy kadrę, wyżywienie, zakwaterowanie i umundurowanie. Po wyjściu z wojska byłem kilkakrotnie jeszcze wzywany na przesłuchania. Długo też nie mogłem znaleźć zatrudnienia - wspomina.
    Pierwszą pracę dostał w bydgoskim tartaku, później przez kilka miesięcy pracował w Instytucie Upraw i Gleboznawstwa. Był też pomocnikiem montera. Po zdobyciu uprawnień mistrza elektromontera rozpoczął pracę w zawodzie elektryka, w którym zawsze chciał pracować. Założył rodzinę i osiedlił się w Szubinie. Tutaj otrzymał pracę i wspólnie z żoną wychował dwoje dzieci. - Tak naprawdę swoją drogę życiową odnalazłem dopiero po wstąpieniu w 1968 r. do Ochotniczej Straży Pożarnej, w której działam do dziś. Mam bogate doświadczenie życiowe. Urodziłem się w Sokolnikach na przedmieściach Lwowa. Przeżyłem hitleryzm i komunizm. Wiem co to bieda, wysiedlenie, cierpienie i poniżenie. Rozumiem i szanuję drugiego człowieka - podkreśla.
    PRZED OBLICZEM SPRAWIEDLIWOŚCI
    Postanowieniem z 13 września 1991 r. Sąd Wojewódzki w Bydgoszczy unieważnił wyrok Wojskowego Sądu Rejonowego z 30 maja 1953 r. z uwagi na to, iż czyny przypisane pokrzywdzonym były związane z działalnością na rzecz niepodległego bytu państwa polskiego. W marcu 2002 r. Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni wszczęła śledztwo w sprawie fizycznego i psychicznego znęcania się nad Stanisławem J. i Zdzisławem W. przez funkcjonariuszy szubińskiego UB. Stanisław J. w 2002 r. zeznał przed Mieczysławem Górą, prokuratorem Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Gdańsku, że śledztwo w jego sprawie w Powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w latach 1952 i 1953 w Szubinie prowadził funkcjonariusz Edward S., który w czasie trwania śledztwa przesłuchiwał go po nocach i bił pasem klinowym po bosych stopach, straszył śmiercią w celu uzyskania wyjaśnień określonej treści. Często asystowali mu przy tym funkcjonariusze - Tadeusz M. i Stanisław T. Również Zdzisław W. przesłuchany w 2002 r. w charakterze świadka przed Gdańską Oddziałową Komisją zeznał, że podczas śledztwa w latach 1952-1953 był straszony pozbawieniem życia, bity i kopany po całym ciele, przesłuchiwany nocą oraz z podniesionymi rękami do góry szczuty psem przez Edwarda S. i innych nieznanych mu funkcjonariuszy Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Szubinie.
    Stanisław J. na okazanej mu tablicy poglądowej z wizerunkami funkcjonariuszy, którzy wykonywali czynności procesowe w śledztwie prowadzonym przeciwko niemu, rozpoznał funkcjonariuszy: Edwarda S., Tadeusza M. oraz Stanisława T. Natomiast Zdzisław W. nie rozpoznał tych funkcjonariuszy z uwagi na upływ czasu. Edward S. i Tadeusz M. od kilku lat nie żyją. Komisja Oddziałowa Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Gdańsku umorzyła przeciwko nim śledztwo. Natomiast 4 lutego przed Sądem Rejonowym w Szubinie stanie osiemdziesięcioletni Stanisław T., któremu przedstawione zostaną zarzuty dotyczące stosowania niewłaściwych metod śledczych.

AURELIA KASZEWSKA
Pałuki nr 569 (2/2003)
 
 
Inne teksty na ten temat:
 
 
 
Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry