Grafik kreatywny potrzebny

Rozważania na Wielki Tydzień

    - Często rodzina chce wiedzieć, jak długo chory będzie jeszcze żył. Na szczęście my nie znamy odpowiedzi na to pytanie - mówią pracownicy żnińskiego Hospicjum Domowego. - Najważniejsza jest nadzieja. Gdyby nie nadzieja, bardzo szybko odeszłoby 90% naszych pacjentów. My pomagamy im jak najlepiej przeżyć ten czas, który im jeszcze pozostał.

domo3.jpg
Pani Urszula Szrajber podczas uroczystości otwarcia Hospicjum Domowego w Żninie dziękowała pracownikom opieki paliatywnej za pomoc jaką udzielili jej umierającemu mężowi. Na zdjęciu obok stojącej pani Urszuli, Elżbieta Ciążyńska 
           fot. Marta Złotnicka

    Z lekarzem Hubertem Wojdygą i trzema  pielęgniarkami: Barbarą Zendwalewicz-Sową, Elżbietą Ciążyńską i Elżbietą Żychlińską - personelem Hospicjum Domowego w Żninie rozmawiam w niewielkim pomieszczeniu w Przychodni Rodzinnej. To tylko baza administracyjna; właściwym miejscem ich pracy jest dom nieuleczalnie chorego. Tam otaczają opieką nie tylko pacjenta, ale i jego rodzinę. - My jesteśmy po to, aby chory i jego rodzina nie czuli się osamotnieni, bezradni wobec cierpienia, którego nie znamy wymiarów. Nie wolno nawet myśleć, że dla chorego nie można już nic zrobić - mówi Barbara Zendwalewicz-Sowa.
    - Uważa się, że lekarz odnosi sukces, gdy wyleczy chorego. Ja musiałem się przestawić na inny tor myślenia. Nasze sukcesy polegają na tym, że ktoś umiera w godny sposób. Jeżeli ktoś żyje dłużej, niż może żyć, jeżeli są opanowane objawy choroby - to to jest miarą sukcesu - uważa doktor Hubert Wojdyga.
    Lekarz mówi, że do każdego pacjenta trzeba podchodzić indywidualnie, szanując jego prawa, także to do pełnej informacji na temat choroby i rokowań - jeśli tylko chory sobie tego życzy.  
    - Na ogół pacjent wie, że my jesteśmy z opieki paliatywnej, że przychodzimy, ponieważ jest ciężko chory, ma nowotwór. Niektórzy pacjenci cieszą się, że my w ogóle przychodzimy, mimo tego  że są tak chorzy, że właściwie już żadnej pomocy nie ma znikąd, choroba postępuje, a jednak ktoś przychodzi, ktoś się zajmuje, ktoś pomaga - zauważa Elżbieta Żychlińska.
Pielęgniarki pracujące w Hospicjum Domowym są zobowiązane odwiedzać swoich pacjentów trzy razy w tygodniu, w razie potrzeby jednak są u chorych nawet dwa razy dziennie. Wizyty często trwają długo, bo oprócz typowo pielęgniarskich zabiegów, trzeba znaleźć czas na rozmowę z chorym i jego rodziną, dodając im otuchy. W czasie takich rozmów, jak mówi pani Basia, pacjenci się otwierają, wychodzą poza swoją chorobę, często wracając do lat swojej młodości.     
    Ból jest tym objawem śmiertelnej choroby, którego chorzy boją się najbardziej, ale oprócz fizycznego bólu, mogą cierpieć z powodu bólu psychicznego, samotności, opuszczenia, unieruchomienia i zależności od innych. Dla osoby, która przez pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat była tytanem pracy, przykucie do łóżka i uzależnienie od pomocy innych jest ogromnym nieszczęściem.  
    Barbara Zendwalewicz-Sowa na podstawie swojego doświadczenia w żnińskim Hospicjum Domowym zauważa, że rzadko, ale zdarza się, iż chorzy odbierają chorobę jako karę; wtedy pojawia się ból wszechogarniający, na który składa się ból emocjonalny, duchowy, psychiczny i fizyczny. - Zarówno nam, jak i naszym pacjentom trudno jest zrozumieć, że ból fizyczny jest nierozłącznie związany z udręką emocjonalną, duchowym chaosem i z rozpaczą psychiczną. Żadna dawka leku nie złagodzi bólu spowodowanego stłumionym gniewem, ukrytą urazą, czy długotrwającym poczuciem winy. W takich sytuacjach łagodzimy w pierwszej kolejności ból fizyczny, wtedy dopiero chory ma możliwość zająć się swoimi problemami emocjonalnymi - mówi pani Basia. - Jeden człowiek w opiece paliatywnej niewiele może zrobić, może pojawić się nieufność do opiekującego się personelu. Dlatego my pracujemy zespołowo: lekarz, pielęgniarka, psycholog, kapelan i rehabilitant. Pielęgniarka uważa, że we wszystkich trudnych sytuacjach trzeba dużo rozmawiać z chorym i słuchać, co on ma do powiedzenia.
Wartość rozmowy i zwykłego bycia z chorym podkreśla także ksiądz Grzegorz Brygman, który przez sześć lat pracował wśród chorych w bydgoskim szpitalu im. Jana Biziela jako kapelan. - Rozpoczynając tę posługę bałem się, że nie będę potrafił chorym pewnych rzeczy racjonalnie wytłumaczyć; ale okazywało się, że oni bardziej potrzebowali bliskości, ciepła i oparcia, niż katechezy - mówi ksiądz Grzegorz.
    Kapłan zauważa, że przyjmując z pokorą, na wzór Chrystusa, krzyż jakim jest choroba i cierpienie, człowiek odzyskuje spokój duszy.
    W ciągu sześciu lat posługi duszpasterskiej wśród chorych, ksiądz Grzegorz był świadkiem nawróceń, gdy chorzy po wielu latach przystępowali do sakramentów. - Jak trwoga to do Boga - mówi ludowe przysłowie. Pan Bóg dopuszcza niektóre sytuacje, aby ten człowiek się zatrzymał w swoim galopie. Najcięższą chorobą jest trąd duszy, a nie te nasze fizyczne - uważa kapłan.   
    - Chorzy nie zawsze są sami, ale są samotni. Jeżeli przekażemy im to, w co sami wierzymy, to nieraz możemy im bardzo pomóc. W trakcie mojej pracy miałam przypadek, że chory mimo oddania rodziny czuł się dla nich ciężarem, nie miał poczucia własnej przydatności. W trakcie rozmowy przyznał: “Dobrze, że ich mam, bo tak byłbym sam”. “A Bóg” - zapytałam - “Zapomniałeś? Jesteśmy bogaci, nigdy nie będziemy samotni, mamy Boga, więc nie przejmuj się”. On tak na mnie spojrzał, popatrzył, co ja mówię. Kiedy weszłam do niego na kolejną wizytę po dwóch czy trzech dniach, pierwsze jego słowa brzmiały: dziękuję; dziękuję za ostatnią rozmowę.  
    Urszula Szrajber jest jedną z osób, które wiele zawdzięczają pracownikom opieki paliatywnej. Mieszka w Zrazimiu, w domu zbyt dużym, jak na potrzeby jednej osoby; od czternastu miesięcy jest wdową. - Miałam takiego dobrego męża. Byliśmy razem czterdzieści dwa lata, ostatnie piętnaście sami, bo obie córki wyszły za mąż i wyprowadziły się - mówi.
    Pan Zygmunt, mąż pani Urszuli cierpiał na nowotwór jelita. W 2005 roku w żnińskim szpitalu przeszedł dwie operacje. Po pierwszej, która przeprowadzona została w czerwcu, rodzina była dobrej myśli, bo wyniki wskazywały, że choroba została przezwyciężona. Niestety, niedługo później dała o sobie znać ze zdwojoną siłą. - Miałam trochę żal do lekarzy w Żninie, myślałam, że może gdybym wywiozła męża do Bydgoszczy, to by żył. Teraz wiem, że po prostu było za późno - mówi pani Urszula.
    Przez ostatnie dwa miesiące życia Zygmunt Szrajber był otoczony opieką doktora Huberta Wojdygi i pani Basi z Hospicjum Domowego. - Bez tej opieki, to ja bym sama sobie nie poradziła. Taki lekarz i pielęgniarka jak oni to są prawdziwie z powołania. Jak oni potrafią podejść do pacjenta. Ja nawet o dwunastej w nocy do pani Basi dzwoniłam i zawsze miałam udzielone wskazówki, co mam robić. Doktor Wojdyga sam wstępował dwa, trzy razy w tygodniu - wspomina Urszula Szrajber.
    Mówiąc o mężu pani Urszula nie jest w stanie ukryć wzruszenia: - Mąż mówił, że odchodzi, przed śmiercią pożegnał się ze mną, ale do mnie to nie docierało.
    Pan Zygmunt odszedł bardzo spokojnie, otoczony przez całą rodzinę, która przy gromnicy czuwała przy jego łóżku, modląc się za niego.
    Choć standardowo pielęgniarka z Hospicjum Domowego jest zobowiązana do złożenia rodzinie chorego już po jego odejściu jednej wizyty, po śmierci Zygmunta Szrajbera pani Basia jeszcze przez jakiś czas odwiedzała jego żonę, która bardzo ciężko przeżyła stratę męża.  - Trzeba starać się, żeby rodzina, która straciła najbliższą osobę nie była sama - mówi Elżbieta Ciążyńska.
    Pracownicy Hospicjum Domowego przyznają, że ich praca nie jest łatwa, a może najtrudniejszy w niej jest ten moment, gdy chory, który przez dłuższy czas był pod ich opieką, z którym zdążyli się zżyć, odchodzi. W takich chwilach trudno od pracy oddzielić emocje, ale ta praca, obcowanie z cierpieniem i śmiercią, pozwala przywrócić właściwą hierarchię wartości w życiu.
    - Cierpienie jest przeznaczone nie tylko dla tych, którzy cierpią, ale również dla uświęcenia tych, którzy niosą im pociechę i pomoc - mówi ksiądz Grzegorz Brygman.     

Marta Złotnicka
Pałuki nr 790 (14/2007)
Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry