Advertisement
Artykuł tygodnia
  • Ogrodowa zamknięta
    Ogrodowa zamknięta

    Od 19 października przez 6 najbliższych tygodni zamknięta dla ruchu będzie ul. Ogrodowa w Szubinie. Zamknięcie spowodowane jest remontem. 

Advertisement

II wojna światowa była źródłem nieszczęść dla wielu milionów ludzi. Dzisiaj nie do pomyślenia jest, że bez konkretnych przyczyn mordowano z niezwykłym okrucieństwem, m.in.: dzieci, kobiety, młodzież, starców, mężczyzn w sile wieku. Zdrowych i pełnych życia ludzi wywożono w głąb skutej lodem Rosji, by w nieludzkich warunkach, w mrozie, wiecznie głodni i schorowani, pracowali ponad siły. Świadków tamtych zdarzeń jest coraz mniej. Odchodzą, ale opowiadając i przelewając na kartki papieru to co widzieli, chcą uchronić od zapomnienia niewinne ofiary tamtych czasów. 95-letnia dziś Maria Kolasa, mieszkanka Mogilna, jest jedną z takich osób. Oto historia kobiety, która wie czym jest głód, paniczny strach, śmierć i walka z własnymi słabościami. To historia kobiety, która chce, by młode pokolenie po prostu pamiętało.

Mogilnianki Maria Kolasa i jej córka Helena Tkacz przeżyły gehennę wywózki na Sybir, a wcześniej tragiczne dni morderczej działalności ukraińskich nacjonalistów. Maria Kolasa doskonale pamięta wojnę z bolszewikami.   
fot. Joanna Bejma

    PRZEPROWADZKA

    U mogilnianki Marii Kolasa i jej córki Heleny Tkacz - mimo upływu wielu dziesięcioleci - słowo Sybir przywołuje najczarniejsze wspomnienia. Ale nie tylko. Staruszka pamięta też do dziś okrucieństwa wojny bolszewickiej i przejawy nienawiści działających na Wschodzie ukraińskich nacjonalistów.
    Swoją opowieść Maria Kolasa rozpoczyna od dnia, w którym ona i jej cała rodzina przeprowadziła się z Nowego Targu na Wschód. 20 kwietnia 1920 r. rodzina Majerczyków - ojciec Jan wraz z szóstką dzieci: Józefem, przybranym synem Wojciechem Potoczakiem, Anielą, Albinem, Marią i Antoniną - przyjechała do miejscowości Boków w powiecie Podhajce w województwie tarnopolskim. - Wtedy te ziemie znajdowały się jeszcze w granicach Polski, teraz to Ukraina - powiedziała starsza pani. Niestety, przeprowadzki nie doczekała matka pani Marii. - Mama zmarła jak miałam dwa lata, ojciec zmarł rok po przeprowadzce - dowiadujemy się.
    Wyjeżdżając z Nowego Targu Marysia Majerczyk miała 8 lat. Przyjeżdżając do Bokowa ona i jej rodzina zamieszkała w 25-hektarowym folwarku. - Folwark został podzielony, a potem każdy z rodzeństwa się tam pobudował - mówi dalej starsza pani.
    W nowym miejscu rodzina Majerczyków miała zacząć nowe życie. Szybko jednak okazało, że rejon, do którego się sprowadzili stanie się miejscem straszliwych zbrodni.
   
RZEŹ NIEWINIĄTEK
    Już w kilka miesięcy po przeprowadzce w nowe miejsce, mała Marysia przeżyła to, co mimo upływu lat wciąż doskonale pamięta. Nikt z Majerczyków nie spodziewał się, że na niewielkim polu, blisko rodzinnego folwarku dojdzie do okrutnej rzezi.
    - Trwała wtedy wojna bolszewicka. Byliśmy w sadzie. Ja i moje rodzeństwo. Niedaleko rozegrała się straszna historia. Naszych biednych chłopców ci Ruscy tak potraktowali. Bolszewicy na koniach z szablami i pikami w nich celowali. A oni się biedni poddawali. Boże jak oni krzyczeli “Mamusiu ratuj”. Jak my płakaliśmy wtedy w tym sadzie. To były dwie kompanie Polaków, ci żołnierze mieli po 18, 20 lat, wcześniej przyszli do nas. Odpoczęli u nas i dostali jedzenie. Skąd mogliśmy wiedzieć, że tak przyjdzie im niedługo umierać. Cięli ich jak kapustę, a oni tak strasznie krzyczeli. Tylko dwóch żołnierzy przeżyło tę rzeź. Wpadli do rowu z pokrzywami i udawali, że nie żyją. Na drugi dzień do nas przyszli - mówi drżącym głosem i ze łzami w oczach pani Maria. Starsza pani dodaje: - Ci Ukraińcy z tych biednych chłopców pościągali ubrania i buty. Wszystkich tak leżących pozostawiali.
    Według relacji pani Marii, w Bokowie po niedługim czasie zjawiło się Wojsko Polskie. - Złożyli tych chłopców w jednej mogile na tak zwanych polach wykietyńskich - usłyszeliśmy. Z relacji naszej rozmówczyni dowiadujemy się, że na miejscu pochówku młodych Polaków-żołnierzy w późniejszym czasie postawiono kaplicę św. Teresy. Na jej wybudowanie złożyli się m.in. Józef Piłsudski i hrabina Kaczorowska. - Oboje dali po 1.000 zł. Reszta datków pochodziła od ludzi. Tę kaplicę budowali 3 lata. Wypisano w niej potem imiona i nazwiska wszystkich poległych wtedy obok naszego sadu żołnierzy - dowiedzieliśmy się.
  Kaplicę zniszczyli Ukraińcy podczas II wojny światowej.
     MALI OBROŃCY LWOWA
    Za czasów wojny bolszewickiej do obrony Lwowa zgłosili się bracia pani Marii, Józef i Wojciech. - Później w nocy jak te bolszewiki przyszli do taty, to powiedzieli “Ty masz tam synów, co poszli wojować. Lwów bronić. Dawaj wszystko”. Wszystko zrabowali wtedy, wszystkie ubrania. Oni się dowiedzieli o tym chyba od Ukraińców, bo wtedy się nie rozpowiadało wszędzie, że ktoś poszedł Lwowa bronić - dowiadujemy się w dalszej części rozmowy. “Mali obrońcy Lwowa”, bo tak  nazywano m.in. Józka i Wojtka, wrócili szczęśliwie do domu jeszcze w 1920 r.
   
JAN, HELENA, LUDWIKA
    W lutym 1933 r., 21-letnia wówczas Maria Majerczyk wyszła za mąż za Polaka Józefa Kolasę. - Tam gdzie mieszkaliśmy było bardzo dużo Polaków. Był tam taki polski ksiądz, który cieszył się, że jest nas tam tylu - mówi. Wkrótce na świat przyszły dzieci państwa Kolasów: Jan, Helenka i Ludwinia.
    Jednak spokój życia pani Marii znów został brutalnie przerwany. Nikt nie spodziewał się, że do niewielkiej miejscowości po raz kolejny zawita strach i śmierć. Tym razem jednak sąsiad miał obrócić się przeciwko sąsiadowi.
   
ZIEMIA NASZA, A NIE WASZA
    Według  stanu na 1 stycznia 1939 r. powiat Podhajce zajmował obszar 1.018 km2, na którym mieszkało 104.900 osób. Przeważała ludność ukraińska, Polacy stanowili około 35%, Żydzi, Niemcy i inni około 5%. Między 17 a 19 września 1939 r., po agresji ZSRR na Polskę doszło na terenie powiatu w miejscowościach Boków, Sławentyn, Szumlany, Telacze do masowych aktów ludobójstwa na ludności polskiej wykonywanych przez oddziały Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. W nocy z 17 na 18 września 1939 r., Ukraińcy dokonali pierwszego zbiorowego mordu na mieszkańcach wsi Boków - Polakach. Zamordowano 10 osób, ustalono 5 nazwisk: Rozalia Gał, Antoni Pilecki, Wierzbicki (zięć Pileckiego), Aniela Wierzbicka, Zadarecki (zięć Pileckiego). 5 nazwisk nie ustalono do dziś.
    - Ukraińcy napadali na nas i mordowali. Palili nasze domy, były przypadki, że domownikom za to, iż byli Polakami, ucinali głowy. Zabijali siekierami i nożami. Jak my się wtedy baliśmy! - opowiada powoli wzruszona pani Maria - Ukraińcy mówili na nas “Mazurzy”.
Na potwierdzenie swoich słów pani Maria opowiada kilka historii.
    CIĘLI, PALILI, ROZSTRZELALI
    Jedną z ofiar wrześniowych mordów była Rozalia Gał, znajoma Marii Kolasy. - Rozalię zabił Ukrainiec. Jej syn Ignacy ożenił się potem z Ukrainką, siostrą zabójcy - to było z musu, bał się o życie. Potem jak wywozili na Sybir, to ją też wzięli, ale potem na tym Sybirze Ignac z nią już nie był.
    Córką Rozalii Gał była także Maria Pilecka. - Ja u niej byłam w Murczynku (obok Żnina) w 1947 r. Marysia wyszła za mąż za Franka Pileckiego. Antoniego Pileckiego nie znam. U Rozalii jeszcze Hanka i Elka były, ale one poumierały jeszcze w Bokowie.
    Inna tragiczna historia przytoczona przez panią Marię, a ukazująca tragiczne losy naszych rodaków na Wschodzie, dotyczy rodziny Rzędzianowskich. - Ukraińscy przyszli w nocy, a Marcela (Łukaszczyk z domu Rzędzianowska) schowała się na piecu od pieczenia chleba razem z dziećmi. Ukraińcy spytali się brata Marceli, Leona Rzędzianowskiego. “Kto ty jesteś”, on powiedział “Polak jestem”. “Jak żeś Polak to ligaj na próg” powiedzieli. Matka Leona zaczęła straszliwie krzyczeć. Mówiła “Zabijcie mnie, żebym ja tego nie widziała”. Strzelili do niej. Zabili ją. On leżał na progu i ucięli mu głowę. Marcelka, ta co była na piecu, mówiła potem, że tułów mu tak skakał. Ona opowiadała, że tak się strasznie bała. Ukraińcy naszli ją na piecu. Mówili “Darujemy ciebie życie, bo masz męża (Józefa Łukaszczyka) w Niemczech.
    Starsza pani opowiedziała nam także o tragicznej śmierci dwóch polskich żołnierzy (oficerów?) Gilewskiego i Gołębskiego. Niestety, pani Maria z racji sędziwego wieku nie jest już w stanie przypomnieć sobie ich imion. - To byli panowie. Oni majątki mieli. W 1939 r. jak wybuchła wojna, zaciągnęli się do wojska. NKWD zabiło ich jeszcze przed naszą wywózką na Sybir, jeszcze w 1939 r., bo z początku już wywozili. Oni nie chcieli tam jechać. “My będziemy syny, na swojej ziemi umierać” mówili. Kazali im groby wykopać i ich rozstrzelali - dowiedzieliśmy się. Pani Maria mówi również: - Pamiętam księdza z Szumlan. Jego Ukraińcy do konia przywiązali, a koń ciągnął go za sobą galopem.
    Był też nauczyciel o nazwisku Engels, mieszkaniec pobliskich Szumlan, który co niedzielę zjawiał się w parafii w Bokowie. W 1939 r. podobnie jak wspomnianego wcześniej księdza, Ukraińcy przywiązali do konia: - A później wzięli go piłą. Piłą go rżnęli po kawałku. A córka jego i syn się schowali, ale tego syna Stasia podobno złapali i zabili. Buciaki (Buczaki) ze Szumlan mówili, jak go mordowali. Ludkiewicz opowiadał nawet jak wzięli dziecko i rzucili nim o ścianę.
    Strach przed szalejącymi Ukraińcami był potężny. Córka pani Marii, mówi nam, że matka opowiadała jej jak ona i wiele innych osób zmuszeni byli po nocy uciekać przed oprawcami. - Pamiętacie mamo, opowiadaliście. Mama z nami uciekała gdzieś do zboża się schować. To więcej rodzin takich było co uciekali. Jak wyście uciekali z nami, w ten czas też osób dużo poginęło. Mama mówiła, że w nocy Ukraińcy palili i tylko hura i hura było, łuny i dymy były. Wypalili całą wioskę - opowiada córka pani Marii Helena Tkacz
    - Ale tam też byli przyjaźni Ukraińcy. Mama mówi, że niektórzy ukrywali Polaków jak Ukraińcy mordowali.
    Mamę też. Ale później ta kobieta, co nas ukrywała powiedziała tak: “Ja nie mogę was kochani już więcej trzymać, bo jak się dowiedzą, to mnie też zamordują”. I mama rada nie rada musiała wyjść.
    DZIESIĄTY LUTY BĘDZIEM PAMIĘTALI
    To słowa z ballady anonimowego autora (autorów), która powstała w lutym i marcu 1940 r. jako świadectwo ekstremalnego doświadczenia zgotowanego naszym rodakom przez nieludzki system. 10 lutego 1940 r. nastąpiła pierwsza z czterech masowych deportacji obywateli Rzeczpospolitej w głąb Związku Radzieckiego. Według szacunkowych danych rządu polskiego na uchodźstwie tylko podczas tej lutowej deportacji wywieziono około 220.000 ludzi. Byli tam osadnicy wojskowi, osiedleni na Kresach po wojnie z bolszewikami, urzędnicy państwowi i samorządowi, ludzie uznani za niebezpiecznych dla Sowietów. Do kategorii niebezpiecznych zaliczono także ich dzieci. Dziś 10 lutego należy nie tylko do kalendarza historii Polski. To data-symbol odnosząca się do całej Golgoty Wschodu naszych rodaków. Druga masowa deportacja: 13 kwietnia 1940 r. - 320.000 osób, trzecia deportacja: czerwiec/lipiec 1940 r. - 240.000 ludzi, czwarta deportacja: czerwiec 1941 r. - 300.000 ludzi.
    10 lutego właśnie z Bokowa i pobliskich wsi NKWD zabrało wielu Polaków. W czasopiśmie historyczno-publicystycznym Na Rubieży czytamy, że było to kilkanaście rodzin polskich z osiedla Koszczóce. Istotną rolę w ustaleniu listy osób przeznaczonych do wywózki odegrał miejscowy Komitet Ukraiński złożony zarówno z komunistów, jak i nacjonalistów ukraińskich. Według relacji uczestniczki tamtych wydarzeń dowiadujemy się, że do skutej lodem Rosji wywieziono wtedy m.in. księży, leśników czy policjantów.
    Po rodzinę pani Marii, Rosjanie przyszli o 6 rano. - Dwie osoby to były. Krzyczeli “Wstawaj, wstawaj”. Drzwi otworzył im brat i szybko zaraz wzięli nas pod rękę. Ja zdążyłam zabrać tylko do dzieci, pierzynkę, kocyk. Pytałam się czy mogę iść na strych po więcej pościeli. Nie pozwolili. Brali nas jak staliśmy, bez jedzenia, bez niczego. Wtedy byłam sama, bo męża wzięli na 6 tygodni na ćwiczenia. Kiedy już tam był przysłał do nas list. Pisał, że nie przyjedzie. Zrobił w tym liście dużo krzyżyków. To oznaczało, że jest wojna - kontynuuje swoją opowieść staruszka.
    Widać, że dla pani Marii wspomnienia z dawnych lat są bardzo bolesne. Starsza pani przedstawiając nam swoją historię często robi przerwy i zamyśla się. Po chwili jednak po kolejnym zadanym pytaniu wraca do rzeczywistości.
    KOLEJĄ  W NIEZNANE
    Kiedy panią Marię i jej rodzinę wypędzono z domu, tuż pod oknami czekały na nich sanie, którymi dowieziono ich na stację kolejową Potutory. Tam na zdenerwowanych i przestraszonych ludzi nie tylko z Bokowa, ale i z wielu okolicznych wsi, oczekiwał kolejny transport, krakowskie wagony. Nim pociąg wyruszył w dalszą trasę pani Marii i reszcie przywiezionych na stację Polaków udało się dostać trochę niezbędnej żywności: - Jedzenie dostaliśmy od miejscowych Polaków, którzy mieszkali blisko tej stacji, a których  razem z nami nie wywożono. Płakali razem z nami.
    Wtedy razem z naszymi bohaterkami w podróż na Sybir wysłano także wielu bliższych bądź dalszych krewnych obydwu pań.
    Na stacji Potutory wielu z tamtych ludzi nie wiedziało, że z podróży, w jaką się ich przymusowo wysyła, nigdy nie wróci. Był to początek wędrówki na Sybir. Wiele ofiar pochłonęła sama droga.
    Z DZIURĄ W PODŁODZE
    Pierwszym przystankiem był Tarnopol. Tam Polaków przeniesiono do innych wagonów. Tym razem były to wagony bydlęce na szerokie tory.  - Boże, mróz był wtedy taki -300C a może -400C. Niektórym o mało co rąk i nóg nie poucinali, tak nas szybko do tych wagonów pakowali - opowiada i dodaje: - Jechaliśmy tylko w nocy, byśmy za dnia nie zorientowali się, dokąd nas wywożą. Ale jak przekroczyliśmy granicę wszystko stało się jasne. Straszny płacz był wtedy.
    Polacy nie mieli co liczyć na specjalne traktowanie. Pani Maria opowiada, że traktowano ich jak zwierzęta. Na środku wagonu była dziura, tak załatwiono potrzeby fizjologiczne. Spano na piętrowych pryczach zrobionych z desek. Z malutkich okien dzieci zeskrobywały lód. Wagony były przepełnione. Za pożywienie służyła owsiana kasza i gorąca woda, czyli tzw. kipiatok, raz dziennie dawano po kromce chleba. - Dzieci dostawały biegunki, umierały biedactwa - kontynuuje starsza pani.
    Bydlęce wagony mijały kolejno Kijów, góry Uralu, Nowosybirsk. W Krasnojarsku Polacy z wagonów zostali na powrót przeniesieni do sań. - Umarło wtedy dużo ludzi i dorosłych i dzieci - wspomina pani Maria. Główną przyczyną tylu zgonów był mróz. - Sanie były bez bud. Mi ze względu na dzieci udało się jechać w saniach z budą. Brat Józek się o nie postarał. Jechaliśmy po wyboistych drogach. Jak ktoś wypadł, po nikogo się nie wracano. Jak ktoś umarł, to też go w śnieg rzucano. W saniach jechaliśmy między innymi przez Jenisejsk. Z Jenisejska pojechaliśmy do Bramki. Nocowaliśmy wtedy między innymi w cerkwiach czy nawet w różnych gospodarstwach. Gospodarze często dawali nam jedzenie - opowiada mogilnianka.
   
ŚMIERĆ CÓRKI
    W miejscowości Bramka po raz kolejny w drodze na miejsce przeznaczenia nastąpiła zmiana transportu. Maria Kolasa, jej rodzina, dzieci i inni rodacy przesiedli się do samochodów transportowych. - Ach jak zimno wtedy było. Te młode dziewczęta pieszo szły za tymi samochodami. Śniegu było dużo. Przemarzały biedactwa, tak strasznie zimno wtedy było. Pamiętam to do dziś - wspomina płacząc pani Maria. Mróz i mało wartościowe jedzenie jakim karmili się w drodze na Sybir Polacy, sprawiły, że śmierć nieprzerwanie zbierała żniwo. Umierali i młodzi i starzy. Pani Maria w rozmowie z nami wspomniała o znajomych z Bokowa: - Te dziewczęta biedne jak przybyliśmy do Sofrudnik (potocznie Rudniki) pochorowały się pamiętam. Młode one były nawet 18-letnie. Anka Bucowa zmarła wtedy i Janka Łukaszczykowa. Jej wujek wrócił potem z nami do Mogilna i on był w Białych Błotach z żoną i wnukiem. On już nie żyje.
    Umarła i najmłodsza córka naszej rozmówczyni, Ludwika. - To był dzień po przybyciu na Rudniki. Ludwisia miała anginę i biegunkę. Rok miała - mówi wspominając śmierć córeczki wzruszona pani Maria.
  
  WESOŁY NAM DZIEŃ DZIŚ NASTAŁ
    Miejscem zesłania grupy Polaków, z którą na Sybir przybyła Maria Kolasa i jej rodzina, był Niemuń. Jak wspomina starsza pani, końcem wyczerpującej wędrówki przez skutą lodem Rosję był dzień 10 kwietnia 1940 r. Była to Wielkanoc. Podróż do miejsca przeznaczenia trwała dokładnie dwa miesiące. - Czekały tam na nas trzy bardzo duże baraki. Dookoła same lasy były. Pierwszy od Rudnik oddalony był o 9 kilometrów, drugi o 14, a trzeci o 24 kilometry. Tego samego dnia po przybyciu na miejsce brat Józef odśpiewał na cały głos “Wesoły nam dzień dziś nastał”. Wszyscy płakali, bo jaki to wesoły dzień był dla nas - mówi drżącym głosem pani Maria.
    W dalszej rozmowie dowiadujemy się, że z czasem w barakach, w których mieszkali Polacy odnajdywano różne przedmioty. Były to zapałki, guziki, a nawet polskie pieniądze. Pani Maria wspomniała nam, że ona i jej współmieszkańcy podejrzewali, że baraki w których mieszkali, budowali ich rodacy. - Ale co się z nimi stało? Kto wie, pewnie Ruscy ich pozabijali - domyśla się pani Maria.
    CZIEREZ TRUD K OSWOBOŻDIENIU
    Ci, którzy trafili do sowieckiego łagru, mogli przeczytać słowa kojarzone dziś tylko z niemieckim obozem koncentracyjnym: “Czierez trud k oswobożdieniu”, czyli “Arbeit macht frei”. Zarówno Sowieci jak i Niemcy wierzyli w znaczenie pracy niewolniczej.
    Do pracy poszli po trzech dniach od przybycia. Dostali kufajki i walonki. - I tak obcięli nam za nie z wypłaty - dowiadujemy się. Wszyscy, zarówno kobiety i mężczyźni, w syberyjskiej tajdze pracowali codzienne od 7 rano po osiem godzin: - Jak wracaliśmy z pracy ciemno było. Mróz był potworny. Mężczyźni ścinali i cięli potem drzewo, a my kobiety ładowaliśmy to na gąsienicę. Dzieci same w barakach siedziały. W barakach były piece. Paliliśmy w nich konarami, bo ze stosów nie wolno było drewna brać.
    Ale i kobiety musiały drzewo ścinać: - Takie śniegi były, że trzeba było je szuflą odwalić. Sosny takie grube dwie kobiety piłą i siekierą ścinały. Jak te sosny się zwaliły to dopiero potem na dwa i pół metra je przerzynaliśmy, a konary trzeba było odcinać i odkładać na kupę. To kobiety też musiały robić jak mężczyzn brali potem do wojska, jak się armia organizowała - słyszymy.
    Za pieniądze, jakie Polacy dostawali za pracę można było kupić kartki żywnościowe. Sklep znajdował się na Rudnikach.
    GŁÓD WSZĘDZIE
    Kiedy młoda Maria Kolasa zmuszona była do katorżniczej pracy, mała Helenka miała dwa lata, a mały Janek pięć. - Mama niewiele zarabiała. Pamiętam jak głodowaliśmy wtedy. Ruscy przywozili jedzenie. Dziennie to był garnuszek półlitrowy zupy i kawałek chleba. Na dziecko przypadało 300 gram, a na dorosłego 600 gram. Dużo osób ślepło wtedy - opowiada starsza już dzisiaj pani Helena. - Tak, ja pamiętam jak mnie syn po wodę prowadził kiedyś za rękę. Nie widziałam gdzie iść - dodaje starsza z kobiet.
    Jedzenie na Sybirze było najcenniejszym towarem. Na jedzenie wymieniano wszystko co Polacy posiadali najcenniejszego. Latem, które na Sybirze trwa trzy miesiące, kiedy nie było potężnych mrozów, Polacy aby dorobić zbierali w tajdze jagody oraz  czeremchę, roślinę z kwiatami jak konwalia, w smaku podobną do czosnku. Roślina była wtedy bardzo popularna wśród Rosjan. Pomagała ona na zęby, które Rosjanom mocno wypadały.
    Czeremsze zbierało po godzinach pracy w lesie dużo kobiet. - Ale jasno wtedy było, bo nie było nocy. Tylko dzień i dzień i dzień. Robiłam takie wiązeczki po pięć listków. Rubel to kosztowało. Szłam potem z nimi na Rudniki. Raz mnie kiedyś deszcz złapał, tak się błyskało, że ja nic nie widziałam. Przyszłam do ruskiej znajomej, która dała mi suche ubranie, a obsuszyła moje. Potem z tą czeremchą poszłam pod kino. 11 godzina to była w nocy. Tam krzyczał ktoś w tym kinie tylko “Jezus Maria”, “Jezus Maria”, mnie to tak zdziwiło skąd się tam Polaki wzięli. Później z kina jak wychodzili sprzedałam trochę tej czeremchy. Przyszłam potem do tej hadziajki po swoje ubrane. Mój Boże, tak biedowałam, że nie było za co chleba wykupić - opowiada kobieta. Córka Helena dodaje: - Mama do teraz mówi, kto wie, czy w tym kinie czegoś o Katyniu nie wyświetlali. Dobrze, że my przeżyli. Ja się sama dziwię.
    BERKULOS ZABRAŁO SYNA
    W maju 1942 r. Helenka i Janek zachorowali na koklusz. - Brat potem dostał zapalenia płuc. Mnie jakimś cudem udało się wyjść z tej choroby. Teraz zapalenie płuc można wyleczyć. Są lekarstwa. Wtedy i to jeszcze na Sybirze, zapalenie płuc to był praktycznie wyrok śmierci. Brat trafił do tamtejszego szpitala, lekarka która go badała powiedziała tylko “berkulos” i wiedzieliśmy o co chodzi. Co tam mogli go wyleczyć, nic nie mieli wtedy, obkładali go gorczycą jedynie - wspomina najstarsza i jedyna córka staruszki pani Helena. - On zbierał w tym szpitalu chleb do woreczka. Dał go potem wujkowi Józkowi, żeby mamie dał. I on dał. Wtedy przecież taka bieda była. Głodem my żeśmy umierali. Mówił, że tak by chciał do Polski wrócić - na myśl o bolesnych wspomnieniach w oczach pani Marii po raz kolejny pojawiają się łzy. - On miał zapalenie płuc, ale napisali “berkulos”, czyli gruźlica - usłyszeliśmy.
    W szpitalu na Rudnikach chłopiec leżał tydzień. - Chciałam, żeby mojego Janka dziewczynki niosły, ale cmentarz na górce się znajdował i Janka trzeba było wozem zawieść. Grzybek trumny robił. To był Polak, który też został na Sybir przywieziony. Zdjęcie też robił Polak - powiedziała matka małego Janka.
    HISTORYCZNY UKŁAD
    Po ataku Niemiec na ZSRR 30 lipca 1941 r. Władysław Sikorski podpisał układ z ambasadorem Iwanem Majskim w sprawie tworzenia polskiej armii na Wschodzie. Pakt Sikorski-Majski potwierdzony został układem Sikorski-Stalin w grudniu tegoż roku. Dzięki temu władze sowieckie ogłosiły amnestię dla Polaków osadzonych w obozach Gułagu na dalekiej północy i deportowanych w głąb ZSRR w latach 1939-1941 oraz na utworzenie Armii Polskiej w ZSRR pod dowództwem gen. Władysława Andersa. Dzięki temu po ewakuacji wojska i znacznej ilości ludności cywilnej na Bliski Wschód udało się uratować życie około 115.000 ludzi.
    - Kiedy Stalin z Sikorskim zawarli umowę trochę nam się na tej Syberii polepszyło. Przedtem my pracowali w niedzielę i święta. Dzień w dzień. Potem już w te dni wolne było. Kobiety, które na Syberii przebywały bez mężów, Sikorski tak się wystarał by jechały na Iran, Irak - dowiadujemy się.
    Jak relacjonuje starsza kobieta, po zawarciu tego historycznego układu Polacy dostali zaświadczenia, że mogą się poruszać po okręgach, w których mieszkają. Maria i Helena Kolasa mieszkały wtedy w rejonie jenisejskim, w kraju krasnojarskim. Polacy zaczęli powoli uciekać. Ze wspomnień mogilnianek dowiadujemy się, że w Rudnikach była kopalnia złota: - Polacy też tam pracowali. Warunki jednak ciężkie były. Dużo osób tam pomarło - usłyszeliśmy.
    W pamięci starszej z naszych rozmówczyń zachowało się także zebranie, jakie NKWD zrobiło kilka miesięcy później: - Było to wtedy kiedy Niemcy się do Moskwy zbliżali. Ten Rusek Kowalow powiedział nam wtedy, że Polska była i będzie. Myślano wtedy o zorganizowaniu armii polskiej, co Niemców miała pomóc odeprzeć.
   
NIE DLA NICH WSCHÓD
    Generał Władysław Sikorski zginął w Gibraltarze 4 lipca 1943 r., podczas powrotu z inspekcji sił Armii Polskiej na Wschodzie. Okoliczności śmierci Sikorskiego nie zostały w pełni wyjaśnione, a zawierające m.in. wyniki śledztwa w sprawie katastrofy archiwa brytyjskie pozostaną utajnione do 2050 r.
    - Ale Sikorski zginął i my już nie zdążyliśmy jechać, ale pamiętam, że dużo osób wtedy wyjechało. Jak zmarł Janek, myśmy już te wszystkie dokumenty mieli - kontynuuje swoją opowieść pani Maria - Ale NKWD przyjechało i te dokumenty nam zabrali “Nikuda nie pojedziecie. Wasz Sikorski chciał iść na sowiecki sojusz i pogip (zginął)”. Tak nam powiedzieli wtedy.
    Obydwie panie dość długo przebywały w Niemuni, mimo iż wokoło zostawało coraz mniej Polaków. Pani Maria musiała jakoś zarabiać pieniądze. Nierzadko zdarzało się, że do lasu musiała iść i nocą.
    Baraków, w których mieszkała matka z córką, pilnował Rosjanin, komendant Kowalow. Maria Kolasa wspomina: - Pewnego dnia chodził on kiedyś po barakach, dzieci płakały, głodne były, pić chciały i babka Batkiewiczowa mu się spytała “Po coście nas wywieźli, te dzieci tu głodują, a może Pan Bóg da, że i my jeszcze do Polski wrócimy”. A Kowalow powiedział wtedy, że prędzej mu włosy na ręce wyrosną “Jak wy Polacy do Polszy wrócicie”. A babka tak śmieszna była i mówiła mu “Ty plugocu jeden ty”, a on i tak nie rozumiał - dodaje dalej pani Helena. - Był jeszcze jeden taki komendant Silotka. Mama kiedyś jagód nazbierała i szła na Rudniki sprzedać. Szła z tymi jagodami. Nadjeżdżała furmanka i ten Silotka jechał. Przejechali obok niej, a on wyszedł, wziął te jagody i po drodze sypał. Zginął potem na wojnie. To się cieszyli, bo taki diabeł był.
    Gdy w Sielcach nad Oką z wszystkich kołchozów zaczęto mobilizować mężczyzn Polaków, do I Armii im. Tadeusza Kościuszki zaciągnięto trzech braci pani Marii: Albina, Józefa i Wojciecha. Dowódcą armii był generał Berling. Do armii kościuszkowskiej wcielono także brata ojca pani Heleny Andrzeja Kolasę i Kubę Batkiewicza, szwagra siostry pani Marii. Albin Majerczyk zginął w 1944 r. pod Warszawą.
    - My w tym czasie uciekliśmy z Niemuni. Temu Ruskiemu daliśmy pół litra. Zatrzymaliśmy się w Jenisejsku. Tam przez długi okres czasu nie mieliśmy kartek na życie i strasznie głodowaliśmy. Polskie dzieci, między innymi i ja chodziliśmy po śmietnikach. Tam była tak duża piekarnia. Wyrzucano tam żużel, między nim mogliśmy znaleźć kawałeczki skórek. Zbieraliśmy też łupiny od kartofli. Potem się je płukało, gotowało i jadło. Innym “przysmakiem” były pokrzywy. Po zerwaniu parzyło się je i soliło - opowiada pani Helena i dodaje: - W Jenisejsku razem z rodziną byliśmy około pół roku.
   
W DRODZE DO POLSKI
    Wanda Wasilewska, polska i radziecka działaczka komunistyczna, pisarka, po sowieckim najeździe na Polskę 17 września 1939 r. wyjechała na tereny okupowane przez ZSRR. Miała osobisty kontakt z Józefem Stalinem. W 1941 roku, po zajęciu Lwowa przez Niemców wyjechała w głąb ZSRR, gdzie założyła pismo “Nowe widnokręgi”. W Armii Czerwonej miała szarżę pułkownika. Współuczestniczyła w powołaniu I Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki oraz I Armii Wojska Polskiego.
    Mogilnianki choć nie są tego pewne, mówią, że w Jenisejsku był prawdopodobnie polski konsulat. Zdaniem młodszej z kobiet, tam przyjeżdżała Wanda Wasilewska i niejaki Wasilewski. - Ale czy to był brat czy to tylko zbieżność nazwisk, tego nie wiem. On się zajmował paczkami, które Amerykanie dla Polaków przysyłali. Ale to co było w tych paczkach, trafiało do nas w znikomej ilości, bo on tym z Ruskimi handlował - opowiada Helena Tkacz.               
    Jenisejsk był miejscem, w którym zbierano Polaków z kołchozów. Z Jenisejska obie panie dużym okrętem o nazwie Majkowski popłynęły do Krasnojarska. Podróż rzeką Jenisej trwała dwa tygodnie. W Krasnojarsku wszystkich Polaków zbierano na jednym wielkim placu. Koczowali tam dzień i noc. - W Krasnojarsku Murzynów widzieliśmy, takie chude oni byli. Ja biedna płakałam, bo oni takie głodne byli. Jeden widziałam łupów uzbierał w takim garnuszku sobie je gotował - wspomina starsza kobieta. - W Krasnojarsku byliśmy kilka dni, bo przyjechaliśmy tam jako jedni z ostatnich. Polacy, którzy przybyli przed nami koczowali tam nawet po kilka tygodni. Dostawaliśmy zupę na obiad, a na śniadanie 300 gramów chleba - oświadcza z kolei pani Helena.
    Kontynuując swoją opowieść nasza rozmówczyni mówi, że po kilku dniach koczowania, Sowieci zebrali wszystkich Polaków i załadowali ich następnie do pociągów. Jednak wagony w Woroszyłowgradzie w okręgu Donbas zostały rozczepione i Polacy porozjeżdżali się w różnych kierunkach, do różnych kołchozów: - Oni mówili, że ten Dan-Bas to serce Rosji. Kiedy rozłączali te wagony nasza rodzina się rozłączyła.  Ale spotkaliśmy się potem wszyscy w Polsce.
   
PO DRODZE W FENIÓWCE
    Najpierw pani Maria i jej córka trafiły do miejscowości Feniówka, do kołchozu Zimochory. Nasze bohaterki przebywały tam 3 miesiące. Krótko po przybyciu do Feniówki nastał koniec wojny. Panie wspominają, że pamiętają jak rosyjskie kobiety się wtedy cieszyły. Ich mężowie mieli wrócić do domu. Jednak obie panie pamiętają coś jeszcze: koniec wojny był radosny, nie dla wszystkich.
    We wsi Feniówka było dużo okopów. Niedaleko przebiegał front. Po zakończeniu wojny w niewoli radzieckiej znalazło się wielu jeńców niemieckich i węgierskich. Zdaniem kobiet, jeńcy ci strasznie głodowali: - My mało dostawaliśmy żywności, ale oni jeszcze mniej.
    - Pamiętam, że jak tam byliśmy udawało nam się jeść czasami pomidory lub kapustę, a to dlatego, że przydzielono nas do pracy w polu. Czasami udało nam się coś z tego pola podebrać. Musieliśmy być jednak bardzo ostrożni. W Feniówce przeszłam ciężkie zapalenie płuc. Miałam wtedy 8 lat. To, że jeszcze żyję zawdzięczam babce Batkiewiczowej. Ona postawiła mi bańki i to mnie wtedy chyba uratowało. Sama się dziwię, że udało mi się z tego wyjść, może dlatego, że miałam mocny organizm? - zastanawia się pani Helena.
    Z WIĄZOWA DO MOGILNA
    Droga z Feniówki prowadziła już prosto do Polski. Powrót z Rosji ze wsi Feniówka do Starogardu trwał około dwóch miesięcy. Pociągiem Polacy przemierzyli tysiące kilometrów. Jechano m.in. przez Lwów i Żółkiew. Jak wspominają mogilnianki, kiedy pociąg z repatriantami przejeżdżał przez ziemie ukraińskie jeden z pilnujących ludzi, komendant o nazwisku Rakoczy, kazał uzbroić się w siekiery i łopaty: - Musieliśmy być czujni i dzień i noc, bo bandy ukraińskie jeszcze napadały.
    Tuż po przybyciu do Starogardu Polacy zaczęli szukać członków swoich rodzin. Tak samo postąpiły nasze bohaterki. W poszukiwaniu męża pani Marii, obie panie trafiły najpierw do Bydgoszczy, potem do Mogilna, a 23 marca 1946 r. na Wielkanoc do Nowej Wsi Pałuckiej. Tam Józefowi Kolasie nadano gospodarstwo. Niestety, II wojna światowa i długa rozłąka państwa Kolasów sprawiły, że małżeństwo Marii i Józefa Kolasów nie przetrwało.
    Przez 45 lat nasze rozmówczynie mieszkały w Wiązowie niedaleko Wrocławia. Helena Tkacz utrzymywała jednak kontakt z ojcem. W 1983 r. pani Helena kupiła w Mogilnie działkę i wybudowała dom. Razem z matką mieszkają tu do dziś. Obie panie odwiedzają dzieci i wnuki.
    APEL SYBERYJSKICH KRZYŻY
    Piotr Szubarczyk z gdańskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej pisze: “Ponad 60 lat po wojnie nie mamy w kraju poważnych, kompleksowych badań naukowych ani na temat liczby poległych, zmarłych lub zamordowanych w czasie wojny obywateli polskich, ani na temat liczby ofiar wojennego i powojennego Sybiru. To wszystko jeszcze przed nami, bo historia nie znosi niechlujstwa. Sybirskie krzyże apelują do nas, byśmy nie utracili pamięci”.

Joanna Bejma
Pałuki nr 790 (14/2007)


Źródła:
Piotr Szubarczyk “W obronie sybirskich krzyży, “Nasz Dziennik”, Warszawa 2007 r., nr 35
“Na Rubieży” Wrocław 1993, nr 4, str. 14
“Na Rubieży” Wrocław 1996, nr 3, str. 22-23
“Na Rubieży” Wrocław 2001, nr 50, str. 35-36

Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta bazy danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2016 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry