Ludzie Pałuk
   
    Od 1985 roku starają się o większe mieszkanie, jednak ich wnioski zawsze negatywnie są rozpatrywane przez żniński Urząd Miasta.

    Państwo Jolanta i Wojciech Jurek mieszkają w kamienicy przy ulicy 700-lecia od czasu, gdy zostali małżeństwem. Przez kilka pierwszych lat wraz z nimi mieszkali rodzice - starsi państwo Jurkowie. Po ich śmierci młodzi nie zostali sami - na świat zaczęły przychodzić dzieci.

    8+2
    Gdy rodzina zaczęła się powiększać, zorientowali się, iż mieszkanie o powierzchni 32 metrów kwadratowych nie wystarczy im. W 1985 roku, po urodzeniu pierwszego dziecka, po raz pierwszy zwrócili się do Urzędu Miasta w Żninie z prośbą o przydział większego lokalu. Kiedy z urzędu otrzymali odpowiedź z odmową przydziału większego mieszkania, nie spodziewali się, że kolejne wnioski pisane do urzędu nie przyniosą żadnego rezultatu przez kolejnych 14 lat. A przez ten okres nieustannego oczekiwania, na świat przyszło jeszcze 7 dzieci i rodzina powiększyła się do 10 osób.
    NADZIEJA W BURMISTRZU
    W 1990 roku, kiedy burmistrzem Żnina został Leszek Jakubowski, a w kraju rozpoczęły się przemiany mające na celu zdemokratyzowanie państwa, Jurkowie mieli nadzieję, że ich sytuacja mieszkaniowa poprawi się. Nowy ustrój i nowy ojciec miasta nie wpłynęli jednak na polepszenie ich warunków lokalowych.
    - Od czasu kiedy burmistrzem został Leszek Jakubowski regularnie każdego roku piszemy wnioski do urzędu z prośbą o większe mieszkanie.
    Od dziewięciu lat Zarząd Miejski informuje Jurków, że sytuacja mieszkaniowa na terenie gminy Żnin nie uległa poprawie. Jest ona bardzo trudna, co spowodowane jest brakiem wolnych mieszkań przy jednocześnie dużej liczbie oczekujących na ich przydział. Ostatnie zawiadomienie z informacją, iż gmina nie dysponuje wolnymi mieszkaniami wieloosobowa rodzina otrzymała 19 stycznia bieżącego roku.

    JAK KTOŚ UMRZE TO DOSTANĄ
    Burmistrz Żnina poinformował nas, iż przypadek państwa Jurków jest sporym problemem. - Kwestia znalezienia mieszkania dla takiej rodziny jak ta jest niełatwą sprawą. Lokal taki musi być bowiem tani. Nie możemy tej rodzinie przydzielić mieszkania, na które nie będzie ich stać. Wszyscy chcą mieszkania w Żninie, a z mieszkaniami naprawdę jest problem. Szansa istnieje wówczas, gdy ktoś umrze, wyprowadzi się lub też zechce zamienić lokal z większego na mniejszy - stwierdził burmistrz.
    Dariusz Żurawicki z wydziału gospodarki mieszkaniowej w Urzędzie Miejskim w Żninie poinformował, że Jurkowie mogą liczyć na większy lokal, nie wiadomo jednak kiedy: - W tej chwili generalnie budynków komunalnych się nie buduje, toteż uzyskanie mieszkania dla dziesięciu osób jest sztuką trudną. Na posiedzeniach komisji często omawiamy kwestię przydzielenia mieszkania państwu Jurkom. Jeżeli tylko znajdzie się dla nich odpowiedni lokal, wówczas na pewno go otrzymają.

    DZIECI DO DOMU DZIECKA
    - Komisja mieszkaniowa sprawdza warunki lokalowe, gdy dzieci przebywają w szkole - mówią Jurkowie. - A niech przyjdą choć raz, kiedy wszystkie dzieci są w mieszkaniu. Sam pan widzi jak trudna jest nasza sytuacja - ubolewa Jolanta Jurek.
    Komisja twierdzi, że w mieszkaniu jest czysto, schludnie oraz są dobre warunki. Jest to zasługą Jolanty Jurek, która zajmuje się sprzątaniem, gotowaniem, wychowaniem dzieci. To dzięki jej ofiarnej gospodarności zawilgocona rudera, w której ostatni kapitalny remont przeprowadzono w 1986 roku wygląda w miarę dobrze. - Tynkowaliśmy pokój, tynk wpadał nam w oczy. Spaliśmy w bardzo ekstremalnych warunkach, przenosiliśmy meble z kąta w kąt.- wspomina remont sprzed 13 lat Wojciech Jurek. W tej chwili przeprowadzenie remontu jest rzeczą niemożliwą, gdyż nie ma dokąd wynieść mebli. Miejsca w ciasnym mieszkaniu jest jak na lekarstwo. Dwie lodówki znajdują się w wąziutkiej i niskiej niczym bunkier ubikacji. Temperatura w tym niby ustępie równa się temperaturze wewnątrz lodówki. Na szczęście w kuchni i jedynym pokoju jest w miarę ciepło. Jak się jednak okazuje - temperatura w ogrzewanym węglem mieszkaniu nie jest wysoka na tyle, by uchronić dzieciaki przed chorobami. - Na same lekarstwa straciłam przeszło 200 złotych jak mi się dzieciaki rozchorowały - mówi gospodyni.
    Osobny problem to spanie. Na 10 osób przypadają zaledwie 4 łóżka. Dwa spośród z nich zajmuje 6 dziewczynek. Trzecie należy do dwójki chłopców, a czwarte do rodziców. - Dziewczynki teraz są małe, a co będzie jak podrosną? - pyta ojciec.
    3 dziewczęta odrabiają lekcje w świetlicy, a najstarszy syn w pokoju. Pozostała czwórka jeszcze nie uczęszcza do szkoły. Mimo tak ekstremalnych warunków dzieci osiągają dobre wyniki w nauce.
    Matkę martwi też inna rzecz. Mówi, że Danuta Nowakowska z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej sugerowała, że dzieci zostaną Jurkom odebrane i oddane do Domu Dziecka, ponieważ zbyt niemrawo starają się o większe mieszkanie. - Tych negatywnych odpowiedzi z Urzędu odnośnie mieszkania mam już pełen stos. Jak może mi więc ktoś zarzucać, że nie staram się o większe mieszkanie? W MOPS-ie powiedziałam: dajcie mi zatem większe mieszkanie zamiast straszyć domami dziecka - wspomina matka 8 dzieci.
    Danuta Nowakowska poinformowała nas, że nigdy nie wypowiadała słów, iż dzieci Jurków zostaną oddane do domu dziecka. - Do odebrania czyichś dzieci należy mieć podstawy - dodała.

    W OBLICZU UTRATY PRACY
    Wojciech Jurek jest jedynym żywicielem rodziny. Otrzymuje miesięcznie 446 złotych. Do tego dochodzi jeszcze rodzinne wynoszące 350 złotych. Razem wychodzi 796 złotych, z czego 120 złotych przeznacza się na opłatę czynszu, prąd i wodę. Na życie zostaje 676 złotych. - A trzeba jeszcze kupić książki do szkoły. Ponadto dzieciaki wołają na ubezpieczenie w szkole oraz inne opłaty. Jest tak, że każdego miesiąca musimy pożyczać od znajomych około 150 złotych - mówi rozżalona matka.
    Nie należy już wspominać o zakupie ciuchów dla dzieci. Tymczasem Wojciech Jurek stanął w obliczu utraty pracy. Jest pracownikiem Robót Publicznych, gdzie cieszy się nienaganną opinią. Obecnie jest na chorobowym, ale kiedy zwolnienie się skończy, będzie bez pracy. - Angaż skończył mi się z końcem grudnia. Co dalej -nie wiadomo. Z rodzinnego to my nie damy rady - mówi Wojciech Jurek.
    Dyrektor Zakładu Robót Publicznych Jan Kopterski poinformował nas, że przerwanie umowy zgodnie z przepisami nastąpiło 31 grudnia ubiegłego roku. Obecnie jest okres martwy i pan Jurek musi iść na przerwę wynikającą z przepisu. W czasie tej przerwy może znaleźć pracę gdzie indziej, a na wiosnę kiedy maszyny z robotami pełną parą ruszą, znów zostanie przyjęty. Pan
    Jurek jest bardzo solidnym pracownikiem i bez problemu może liczyć na ponowny angaż - zapewnia Jan Kopterski. - Tylko gdzie ja w tym czasie w mieście takim jak Żnin znajdę pracę? - pyta Wojciech Jurek.

    BEZ NADZIEI
    - Szczerze mówiąc straciliśmy już nadzieję na większe mieszkanie. Mieliśmy dostać większy lokal w bursie na ulicy Szpitalnej. Nie dostaliśmy, gdyż nieoficjalnie dowiedziałam się, że głównym powodem był fakt, iż nasze dzieci by hałasowały. A do mieszkania na wieś z wspólną ubikacją na pewno nie pójdę - mówi Jolanta Jurek.
    Choć stracili nadzieję to będą walczyć dalej. Ojciec będzie starał się o stałą pracę. - Mając tyle dzieci muszę mieć robotę na stałe. Kolejne dzieci będą dorastać, pójdą do szkoły, pojawią się następne problemy. Matka dalej będzie wychowywać dzieci, gotować i chronić mieszkanie przed zawaleniem i żyć w nadziei, że w końcu doczeka się lepszych warunków lokalowych.

ARKADIUSZ MAJSZAK
Pałuki nr 363 (5/1999)
Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry