ela1-jm.jpg
Elżbieta Rugowska z Gąsawy pytała Wojciecha Hoffmanna czy to nacięcie należy do artroskopii. Nie należało. fot. Jacek Mielcarzewicz
Lekarz nie doglądał, zaufanie znikło
   

   
W numerze 15. "Pałuk" opublikowaliśmy reportaż o korekcie stawu biodrowego Marii Bartkowiak, która pracuje w redakcji naszego tygodnika w dziale korekty. Artykuł wzbudził szczególne zainteresowanie mieszkanki Gąsawy Elżbiety Rugowskiej, która zapytała nas, czemu piszemy o zadowolonych pacjentach żnińskiego szpitala, a o niezadowolonych nie piszemy.

    Bardzo zdziwiły ją wypowiedziane przez Wojciecha Hoffmanna opinie, że "trzeba to (zabiegi - am) robić dobrze i skutecznie, aby pacjent był zadowolony. Przed zabiegiem wszyscy są spokojni, by zrobić to dobrze. Nie można tego traktować jak rutynę. Trzeba podejść do zabiegu poważnie. Każdy przypadek jest tak traktowany". Elżbieta Rugowska odpowiada: "Nie każdy". Ma zupełnie inne doświadczenia.
   
Poznań - Bydgoszcz - Żnin
    Pierwszy zabieg artroskopii wykonano jej we wrześniu 2O02 r. w Poznaniu i wszystko było w porządku. Po dwóch latach, kiedy ból w kolanie zaczął jej boleśnie doskwierać, zdecydowała się na kolejny zabieg. Pierwotnie planowała, iż zabieg wykonają lekarze z Bydgoszczy, jednakże usłyszała tam, że po co ma się męczyć jeżdżeniem 40 kilometrów, jak w Żninie ma też na miejscu lekarzy, którzy to potrafią zrobić. W marcu 2004 r. udała się do Wojciecha Hoffmanna, który skierował ją na wykonanie artroskopii w żnińskim szpitalu.
    Tak więc dwa lata temu ten sam zespół lekarzy, który operował panią Marię: ordynator oddziału urazowo-ortopedycznego Wojciech Hoffmann, Bogumił Gąsior i Andrzej Nadolski wykonał Elżbiecie Rugowskiej artroskopię prawego kolana.
    Gdy znalazła się w żnińskim szpitalu, zostały przeprowadzone niezbędne badania. Pani Elżbieta rozmawiała również z anestezjologiem. Następnego dnia lekarze z oddziału urazowo-ortopedycznego wykonali zabieg. Lekarzem bezpośrednio wykonującym zabieg był Bogumił Gąsior.
    Elżbieta Rugowska ze smutkiem mówi, że żaden z lekarzy ani razu nie obejrzał jej rany po zabiegu. Przez cały pobyt w szpitalu jedynie pielęgniarki dokonywały jej zmian opatrunku.
    - "Leżały ze mną inne pacjentki. Sama słyszałam jak ordynator mówił do pielęgniarek, że jeśli u jednej z nich z pacjentek będą jakieś opatrunki do wymiany, to miały go zawołać" - mówi Elżbieta Rugowska.
   
Prywatna wizyta

Zabieg artroskopowy rozpoczyna się od dokonania przez chirurga cięcia długości 4 mm na kolanie lub innym stawie, który następnie wypełniony zostaje roztworem soli fizjologicznej, by zapewnić przestrzeń niezbędną do operowania narzędziami. Potem chirurg wprowadza artroskop, czyli teleskop o średnicy 4 mm, połączony z miniaturową kamerą dającą kolorowy obraz. Dzięki światłu, które doprowadzają światłowody, uszkodzona chrząstka jest dobrze widoczna. Obraz powiększony przez układ soczewek kamerą przekazuje na ekran monitora, który chirurg obserwuje podczas operacji. Zminiaturyzowane narzędzia umożliwiające przecięcie i uchwycenie tkanek wprowadzane są przez inne, równie niewielkie nacięcia. Nożem elektrycznym można na przykład usunąć zniszczoną chrząstkę. Zanim nastała era artroskopii, operacja wymagała wielocentymetrowego nacięcia wzdłuż kolana, a okres leczenia pooperacyjnego ciągnął się nieraz przez całe miesiące. Powrót do zdrowia po zabiegu wykorzystującym artroskopię trwa kilka dni. Technika ta stanowi najlepszy przykład minimalnie inwazyjnej chirurgii. (jm)

    Gąsawianka podczas wizyt pytała lekarzy, dlaczego kolano po zabiegu ją boli. Bogumił Gąsior odpowiedział jej, że musi. Po pięciu dniach pobytu w szpitalu dowiedziała się, że na następny dzień zostanie wypisana do domu. Odebrała więc wypis, z którego dowiedziała się, że ma prowadzić oszczędny tryb życia, a na kontrolę stawić się po tygodniu od chwili wypisu. Już w szpitalu zauważyła, że rana jak i całe kolano wygląda nieciekawie - była zaczerwieniona i opuchnięta. Cały czas towarzyszył temu silny ból. Nie zwracała jednak na to uwagi lekarzowi, ponieważ bóle sygnalizowała dzień po operacji, a wówczas słyszała odpowiedź, że musi boleć. Kiedy już wróciła do domu, znajoma lekarka po obejrzeniu rany stwierdziła zapalenie i poradziła pani Elżbiecie, by udała się do ortopedy.
    Wstąpiła do fotografa i wykonała zdjęcie operowanego kolana. Wybrała się do lekarza, jednak nie do Żnina. Nie chce zdradzić u jakiego ortopedy była. Lekarz zdjął jej szwy i podał antybiotyk. Zwraca uwagę, że zajął się nią troskliwie i spowodował, że ból ustąpił.
    - "Pojechałam do innego ortopedy prywatnie. Stwierdził stan zapalny i podał antybiotyk oraz leki, które powinnam otrzymać, kiedy leżałam w szpitalu w Żninie" - uważa pani Elżbieta.
   
Chodzi o kuli
    Kilka dni po wizycie u ortopedy spoza Żnina mieszkanka Gąsawy spotkała się z Wojciechem Hoffmannem. Zwróciła uwagę, że najbardziej był dla niej bulwersujący i bolący zupełny brak zainteresowania nią po operacji ze strony lekarzy . Nie rozumie, jak mogli nie zainteresować się tym, czy zabieg się udał, czy nie ma jakichś komplikacji i powikłań. Zrozumiałaby, gdyby po zabiegu powiedzieli jej o komplikacjach, czy też trudnościach, które się pojawiły.
    - "Zrozumiałabym to, bo przecież nie zawsze wszystko się udaje, lecz to w jaki sposób mnie potraktowano jest naprawdę niewyobrażalne" - dodaje Elżbieta Rugowska.
    Pani Elżbieta żali się, że od czasu zabiegu kolano ją bez przerwy boli. Stan zdrowia pogorszył się na tyle, że musi chodzić o kuli. Zastanawia się, czy nie jest to następstwem braku opieki ze strony żnińskich lekarzy, którym zaufała i poddali jej kolano zabiegowi.
    - "Zastanawiam się, czy nie dochodzić swoich spraw w sądzie. Znajomi namawiali mnie, żeby o sprawie poinformować "TVN". Dali mi numery do adwokatów mówiąc, że sprawę mam wygraną" - wyjaśnia pani Elżbieta Rugowska.
   
Biorę to na siebie
    Gdy przygotowywaliśmy ten artykuł, ordynator Wojciech Hoffmann w towarzystwie naszego reportera Jacka Mielcarzewicza spotkał się z Elżbietą Rugowską w swoim gabinecie. W trakcie tamtego spotkania przyznał, że rzeczywiście podczas pobytu pani Elżbiety Rugowskiej opieka lekarska powinna być częstsza. Dodał ponadto, że po 10 dniach od operacji, w czasie wizyty Elżbiety Rugowskiej przeprosił ją za to. Jednocześnie jednak zaznaczył: - "Ta pani ma pretensje, że żaden z lekarzy nie zaglądał do opatrunku. Ale robiły to przecież pielęgniarki. Lekarz nie ma obowiązku zaglądać do opatrunku. Gdy coś się dzieje złego, to pielęgniarki o tym informują lekarza, który przychodzi takie kolano obejrzeć" - wyjaśnia ordynator.
    Przyznał jednak, że pani Elżbieta ma prawo mieć żal i szczerze ponownie ją przeprosił. Lekarz przyznał, że nie ucieka od odpowiedzialności i nie szuka winnych, stało się to bowiem na oddziale, którym kieruje i jest jako ordynator odpowiedzialny, że nie było oczekiwanej opieki lekarskiej.
    Wojciech Hoffmann wyjaśnia, że teraz z kolanem pani Elżbiety wszystko jest w porządku. Choruje ona na gościec przewlekle postępujące co oznacza, że bóle zawsze będą w takim przypadku występować. Operacja powstrzymuje narastanie choroby, ale jej nie usuwa.
    Wojciech Hoffmann wyjaśnia, że dopiero na wizycie kontrolnej, w tydzień po wyjściu pacjentki ze szpitala, dowiedział się, że na kolanie jest krwiak.
    - "Ta pani nie powiedziała, że po zabiegu artroskopii była trzy razy w poradni i zostało włączone leczenie przeciwobrzękowe. Leczyłem pacjenta, który ma ten sam przypadek: artroskopię z częściowym nacięciem stawu, skąd usunięto dość duży luźny fragment chrząstki stawowej. Kilka dni po operacji też przyszedł z krwiakiem, ale przyznał uczciwie, że się przewrócił. Pani Rugowska twierdzi, że wyszła z takim krwiakiem z oddziału z powodu zaniedbań. Jeżeli jej wierzyć, jeśli rzeczywiście było jakieś zaniedbanie, to ja biorę to na siebie i przepraszam w imieniu swoim i oddziału" - mówi Wojciech Hoffmann.
    Ordynator nie zaprzecza, że po zabiegu artroskopii mogą pojawić się krwiaki, jeśli jednak występują, to bardzo rzadko.
   
Mogła wąchać kwiatki od spodu
    Mieszkanka Gąsawy uważa, że wszyscy pacjenci powinni być w szpitalu traktowani równo. Zastanawia się, co zrobić ze sprawą sprzed dwóch lat. Dylemat wynika z tego, że nie wie, czy starczy jej zdrowia, sił i pieniędzy, aby wystąpić na drogę sądową. Nie do końca wierzy również w to, czy prawo stanie po jej stronie. Do końca jednak takiej możliwości nie odrzuca. Czy wystarczą jej przeprosiny ze strony ordynatora?
    - "Nie wiem co zrobić z tą sprawą. Nie odpowiem panu nic, bo ja mogłam już kwiatki od spodu wąchać. Przez 4 dni żaden lekarz się mną nie zainteresował. Nie dostałam żadnych leków przeciwbólowych. Do innych oddziałów szpitala w Żninie nie mam zastrzeżeń, a leżałam też na oddziale wewnętrznym i chirurgii ogólnej" - mówi Elżbieta Rugowska.
    - "Ma prawo wystąpić na drogę sądową. Ja chcę tą sprawę zamknąć" - podkreśla Wojciech Hoffmann.
   
Czy gazeta jest jedynym Panaceum?
    Dr Adam Sandauer, prezes Stowarzyszenia "Primum Non Nocere", powiedział nam, że jeśli mieszkanka Gąsawy zdecyduje się wystąpić na drogę sądową, to będzie musiała udowodnić, że artroskopia została źle wykonana, w wyniku czego doszło do uszczerbku na zdrowiu. - "Czy uda jej się to udowodnić, to nie wiem. Byłbym również osobą bardzo niesprawiedliwą, gdybym powiedział, że przypadek, o którym pan mowi został spowodowany artroskopią. Ta pani musiałaby wykazać, czy istnieje szkoda i czy jest osoba, która ponosi odpowiedzialność za tę szkodę. Nic bardziej niesprawiedliwego, żeby osoba, która nie zna się na medycynie miała przekonać sąd, że lekarz ponosi winę" - dodał Adam Sandauer.
    Okręgowy rzecznik odpowiedzialności zawodowej w Bydgoskiej Izbie Lekarskiej dr Stanisław Prywiński w celu dokładnego zobrazowania sprawy opowiedział nam o jednym z chirurgów, który dwa tygodnie temu w szpitalu klinicznym miał wykonywany zabieg artroskopii. Jego przypadek jest bardzo podobny do opisywanej przez nas sprawy. Po zabiegu, któremu poddał się chirurg okazało się, że powstał krwiak i wystąpiły powikłania.
    - "Jest to powikłanie po artroskopii. Ma potężne krwiaki. My w tym nie widzimy błędu sztuki. Każda interwencja chirurgiczna wiąże się z powikłaniem"  - mówi Stanisław Prywiński.
    Zdaniem rzecznika Elżbieta Rugowska ma prawo złożyć sprawę do izby lekarskiej. Wówczas rzecznik zażąda dokumentacji z przebiegu leczenia pacjentki oraz przeprowadzi rozmowy z lekarzami, którzy operowali mieszkankę Gąsawy. Dopiero na podstawie dokumentów będzie wiadomo, czy wystąpił błąd i jaki.
    Stanisław Prywiński zwraca uwagę, że pacjenci poprzez wyrażenie zgody na operację, godzą się na to, że mogą po niej powstać powikłania, a przed tym żaden lekarz nie jest w stanie pacjenta uchronić.
    - "Nawet jeśli lekarz tego powikłania po artroskopii nie zobaczył, to trudno, żeby za nie odpowiadał. Nie wiadomo, kiedy takie powikłanie mogło po zabiegu wystąpić. Ale oczywiście, jeśli takie powikłanie zostało przez pacjenta zgłoszone, to lekarz powinien je leczyć" - wyjaśnia rzecznik.
   
Być partnerem, a nie wyrocznią
    Stanisław Prywiński zapytany, co należy zrobić, by przypadków skarg o błąd w sztuce lekarskiej było jak najmniej oraz na co powinni zwrócić uwagę lekarze i pielęgniarki podczas wykonywania operacji odpowiedział, iż często lekarze nie są w stosunku do pacjenta partnerami.
    - "W Polsce takie partnerstwo jest rzadko spotykane, ale lekarz powinien być w stosunku do chorego partnerem, a nie wyrocznią. Przed operacją powinien się przedstawić z imienia i nazwiska, powiedzieć o swoich doświadczeniach oraz jakie zagrożenia i możliwe powikłania mogą wystąpić. Gdy chory o tym wie, to zyskuje do lekarza zaufanie. W takich przypadkach jest bardzo mało skarg. Dobry i mądry lekarz powinien liczyć na współpracę z pacjentem, a jeśli traktuje go jak przedmiot to nie będzie miał sukcesów. Lekarze tłumaczą zaniedbania brakiem czasu, a kiedy muszą odpowiadać przed rzecznikiem, czy przed sądem tego czasu tracą znacznie więcej. Rola pielęgniarki powinna być z kolei służebna, a nie na zasadzie traktowania z góry, że my lepiej wiemy. Lekarze i pielęgniarki sami są pacjentami i sami bywają niezadowoleni z usług kolegów i koleżanek. Postawa lekarzy i pielęgniarek powinna się radykalnie zmienić. Powinniśmy stworzyć miłą atmosferę w przychodni i szpitalu, a konfliktów nie będzie" - uważa Stanisław Prywiński.

Jacek Mielcarzewicz
Arkadiusz Majszak
Pałuki nr 746 (22/2006)

Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry