Plany życiowe a zdrowie
   
    27-letni dziś mieszkaniec Krotoszyna, gdy miał 11 lat uległ wypadkowi. Odniósł bardzo poważne obrażenia. Wielokrotne zabiegi i operacje na jego prawej stopie nie przynosiły poprawy. Wdał się gronkowiec. Mężczyzna nie może prawidłowo  chodzić. Ma orzeczone trwałe kalectwo 65%. Lekarzom z komisji ZUS i urzędnikom nie wystarcza to jednak, by wydać bezterminowe orzeczenie o niepełnosprawności, które gwarantuje stałą rentę.

    Rajmund Andrzejczak w 1990 r. miał 11 lat. Mieszkał w starym Barcinie. 17 maja 1990 r. wracał do domu rowerem z pobliskiego Krotoszyna. Jechał obwodnicą miasta i na skrzyżowaniu przed mostem najprawdopodobniej chciał skręcić w lewo, na ul. Kościelną. Jechał za ciągnikiem. Gdy jego rower wychylił się do skrętu w lewo, w chłopca uderzył jadący z kierunku Bydgoszczy star. Co się wtedy działo, Rajmund Andrzejczak wie tylko od świadków wypadku. Sam już nic nie pamięta. Po uderzeniu stracił przytomność i dopiero po kilku tygodniach obudził się w Szpitalu Rejonowym w Szubinie.

Ciągłe zmiany opatrunków to codzienność     fot. Karol Gapiński
Ciągłe zmiany opatrunków to codzienność fot. Karol Gapiński

    Miał wstrząśnienie mózgu i uszkodzony pień mózgu. Prawą nogę złamał w trzech miejscach. W kości udowej było to złamanie otwarte. Najbardziej jednak ucierpiała prawa stopa. Lekarzom nigdy nie udało się przywrócić Rajmundowi Andrzejczakowi pełnej sprawności. W prawym śródstopiu ma tzw. końskie stopie.
    Rajmund Andrzejczak został uznany winnym spowodowania wypadku, bo nie udzielił pierwszeństwa, a ponadto jeździł bez uprawnień, czyli karty rowerowej.
    PLANY ŻYCIOWE A ZDROWIE
    Miał nadzieję, że jeszcze będzie swobodnie się poruszać, właściwie innej możliwości nie brał pod uwagę, dlatego po ukończeniu szkoły podstawowej postanowił zostać kucharzem.
Jednak rehabilitacja nie przynosiła skutku. Nadal nie miał czucia w stopie i chodził  na palcach.
    - Komórka nerwowa człowieka składa się z dwóch wiązek. Jedna odpowiada za możliwość poruszania się. Ona stymuluje mięśnie. Jest też druga wiązka odpowiadająca za możność czucia temperatury czy dotyku. Gdy ona jest zniszczona, to można mieć paradoksalnie możliwość wykonywania ruchu i brak czucia w tej samej kończynie jednocześnie - wyjaśnił Marek Szczepaniec, ortopeda z bydgoskiego Szpitala im. Biziela.
    - W ostatniej klasie mojej szkoły dr Bogumił Gąsior (ortopeda pracujący w szpitalu w Żninie - przypis kg), do którego jeździłem na konsultacje do Szubina, gdzie wtedy też przyjmował pacjentów, powiedział, że operację, która poprawi stan mojej nogi można wykonać w Żninie. Jesienią 1997 r. zdiagnozowano mnie tam i zakwalifikowano na operację - opowiada Rajmund Andrzejczak.
    W pierwszej połowie 1998 r. trzykrotnie leżał w szpitalu w Żninie. Zastosowano leczenie operacyjne: ...klinowa resekcja stawu Listranca, wydłużenie ścięgna Achillesa, częściowe przecięcie rozcięgna podeszwowego... - czytamy w karcie leczenia. To właśnie na rozcięgnie podeszwowym do dzisiaj znajduje się rana, która nie może się wygoić. Pomimo że - jak deklaruje Rajmund Adrzejczak - zastosował wszystkie wskazania lekarskie. Sam robił codzienne zmiany opatrunku z salcoserylu, raz w tygodniu pomimo bólu i trudności z poruszaniem się jeździł na konsultacje w poradni urazowo-ortopedycznej. Wreszcie przez 5 tygodni na podudziu nosił opatrunek gipsowy.
    Później Rajmund Andrzejczak wielokrotnie wracał do szpitala w Żninie. Musiał wracać, bo rana się nie goiła. Przechodził wiele operacji i zabiegów, było to m.in. usuwanie śrub zespoleniowych, oczyszczanie owrzodzenia, operacyjne wycięcie brzegów ubytku oraz ziarnicy, oczyszczenie przetoki stawu śródstopowego palcowego i wprowadzenie gąbki gentamycytowej, wycięcie przetoki i ponowne zszycie. Pomimo powtarzanych rozcięć i zszywania, rana się nie goiła. Podobnych zabiegów Rajmund Andrzejczak przeżył kilkanaście w latach 1998-2003 r.
    Chciał się poddać leczeniu w innej placówce. W 2003 r. był w szpitalu im. dra E. Warmińskiego w Bydgoszczy. Tu usłyszał od lekarza, że w najgorszym przypadku grozi mu amputacja stopy. Zrozumiał tę przestrogę bardzo emocjonalnie. - Pomyślałem po prostu, że mogę mieć nie kiedyś amputowaną nogę, ale że po prostu oni mi ją zaraz utną. Pomyślałem, że lepsza noga taka, jaką mam, niż żadna. Stąd zaraz wypisałem się na własne życzenie i uciekłem stamtąd czym prędzej - opowiada Rajmund Andrzejczak.
    Dwa lata później dowiedział się od kolegi z Barcina, który z obrażeń doznanych w wypadku w Kniei w 2004 r. wyleczył się skutecznie, że bardzo dobrzy specjaliści ortopedii pracują w szpitalu im. dra Biziela w Bydgoszczy. Pojechał tam.
   
ZARZUT: GRONKOWIEC
    W Bizielu zastosowano oczyszczanie przetoki i usunięcie martwiaków. Rajmund Andrzejczak leżał tam 3 tygodnie, a nie 2, 3 dni, jak było każdorazowo w Żninie. - Nie zszyto mi od razu wyczyszczonej przetoki, jak w Żninie. Rana była na głębokość 1,5 cm i kilka centymetrów długości. Przechodziłem w szpitalu codzienne czyszczenia, płukania. Przyjmowałem antybiotyki doustnie. Wstrzykiwali też leki bezpośrednio w stopę. Nie zszywali, bo miało się samo zagoić. Po wyjściu ze szpitala chodziłem o kulach, których miałem używać do czasu całkowitego zagojenia. Jeździłem też do Biziela na konsultacje. Wreszcie zdecydowali, że mogę odrzucić kule i chodzić na całych stopach, a nie jak koń, na palcach, jak było przez ostatnich 15 lat. Gdy stanąłem na stopach, rana otworzyła się ponownie. I znów pojechałem do Biziela, gdzie jeżdżę co miesiąc. Zalecili maść “polseptol”, którą przykładam 2 razy dziennie.
    - Niestety, dr Marek Szczepaniec, który prowadzi mnie jako pacjenta, powiedział podczas którejś z tych wizyt, że rana się do końca nie goi, że w którymś momencie wcześniej złapałem gronkowca. Dodał, że faktycznie, jeśli byłby to szczególnie złośliwy gronkowiec, to mogą być komplikacje i nawet amputacja stopy, ale raczej będzie to łagodniejsza bakteria, którą da się zwalczyć.
    Rajmund Andrzejczak mówił nam, że prawdopodobnie zakażenie gronkowcem nastąpiło w żnińskim szpitalu.
    Tomasz Zwolenkiewicz, rzecznik prasowy Pałuckiego Centrum Zdrowia w Żninie, powiedział, że problem gronkowca często jest zbyt demonizowany przez pacjentów i przez piszącą o tym prasę. Gronkowiec złocisty, który jest najpopularniejszy, bytuje na każdej skórze. Zresztą organizm człowieka jest domem dla miliona bakterii, a nie oznacza to od razu, że człowiek jest chory.
    - Gronkowiec jest to bakteria saprofityczna, która zmienia wrażliwość na antybiotyki. Na każdym człowieku gnieżdżą się takie bakterie. Choć nie jestem specjalistą ortopedii, to na pewno gronkowiec złocisty jest najczęstszą przyczyną zapaleń kości u ludzi. Zapalenie kości wskutek gronkowca zawsze jest ciężkie do zwalczenia, a każdy tego typu przypadek należy rozpatrywać indywidualnie - zakończył dr Zwolenkiewicz.
    NFZ tłumaczy, że rzekome zarażenia gronkowcem w szpitalu są często spotykanym zarzutem stawianym przez niezadowolonych pacjentów.
    - Gdyby Rajmund Andrzejczak poddał się szczegółowym badaniom, przeprowadzono by posiewy i stwierdzono rodzaj bakterii. On nie jest w stanie udokumentować w tym momencie, że bakteria nie znalazła się  w jego ciele np. z powodu ubytków w zębach, choroby uszu, itd. Zgadzam się z dr. Tomaszem Zwolenkiewiczem, że człowiek jest siedliskiem bakterii. Czasami lekarze wolą zostawić sprawę nie ruszając kijem w mrowisku. Nie podjąć rzuconej rękawicy. Później, gdy się wszystko kończy pomyślnie, to wszyscy są zadowoleni, ale, gdy czegoś nie uda się naprawić, to niezadowolony pacjent szuka wszędzie winnych - powiedział Marek Szczepaniec.
   
DROGA DO RENTY NA CZAS NIEOKREŚLONY
    -  Już nie wiem, co robić. Ostatnio zmarła mi matka, mieszkam przez dłuższe okresy czasu w domu po babci w Krotoszynie sam. Czasami z rodzeństwem, które tu zjeżdża. Ciężko mi patrzeć z nadzieją w przyszłość, zwłaszcza, że i moja niska renta jest niepewna. Pomimo orzeczonej trwałej niepełnosprawności nie mogę uzyskać orzeczenia o rencie na czas nieokreślony, a tylko mi to przedłużają - ostatnio raz na rok - i każą powłóczyć nogami po tych wszystkich przychodniach, szpitalach, gabinetach - żali się Rajmund Andrzejczak.
    Wprawdzie 6 kwietnia 1998 r. Wojewódzki Zespół do spraw Orzekania o Stopniu Niepełnosprawności w Bydgoszczy zaliczył niepełnosprawność Rajmunda Andrzejczaka do umiarkowanego stopnia niepełnosprawności, ale wtedy sam pacjent jeszcze wierzył, że to nie jest kalectwo na całe życie.
    Lekarze prowadzący leczenie podtrzymywali opinię, że mamy do czynienia z 65% trwałym kalectwem. Niemniej jednak decyzja zespołu orzekającego o stopniu niepełnosprawności wydana była na czas określony, na 3 lata. W 2001 r. zespół wydał nowe orzeczenie - na 4 lata. W 2005 r. na rok i w br. ponownie na rok. Rajmund Andrzejczak ma już dość. - Nowa noga mi już nie urośnie, więc dlaczego tylko na rok wydajecie mi to orzeczenie? Dlatego, że nigdy nie pracowałem i ZUS bardzo chce uniknąć płacenia renty? - dopytywał się Rajmund Andrzejczak pani doktor, kiedy w marcu br. w Bydgoszczy ponownie przedłużano mu ważność orzeczenia. - Pani odpowiedziała mi, że niestety, takie mają przepisy. A ja tymczasem nie wiem, czy za rok, 10, 15, 20 lat będę miał jeszcze nogę. I co? Wtedy też będę co roku jeździł przedłużać ważność orzeczenia? Oni bronią się tym, że nigdy nie pracowałem zawodowo i nie mogę dostać trwałej renty. A jak miałem pracować, gdy kalectwo dotknęło mnie w wieku 11 lat i po osiągnięciu pełnoletności nie nastąpiło cudowne uzdrowienie? Więc trudno, by mnie ktoś zatrudnił. To kpina, a nie orzecznictwo niepełnosprawności - twierdzi mieszkaniec Krotoszyna.
   
WSKAZANIE: SZUKAĆ PRACY MIMO WSZYSTKO
    - Czasami orzecznictwo ZUS bywa niezrozumiałe - mówi dr Marek Szczepaniec, lekarz prowadzący barcińskiego pacjenta.
    Główny lekarz orzecznik w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych w Bydgoszczy powiedział nam, gdy przedstawiliśmy sprawę Rajmunda Andrzejczaka, że nie zna tego przypadku osobiście, ale historia jego orzecznictwa niepełnosprawności stawia według niego sprawę jasno. Otóż stopień niepełnosprawności orzeka się dla stwierdzenia, czy osoba może podjąć pracę zarobkową nawet pobierając rentę, np. w zakładach pracy chronionej czy na stanowiskach, gdzie jej niepełnosprawność nie wyklucza pełnej sprawności zawodowej. - Orzekając na czas określony zespół orzekający moim zdaniem wskazuje temu panu, by szukał on, mimo niepełnosprawności, pracy. Dysfunkcja stopy nie wyklucza pracy na wielu stanowiskach. Zapewne pewnym błędem mogło być pokierowanie swą edukacją w młodości. Może mógł wybrać inną profesję, bo jednak w przypadku kucharza dysfunkcja stopy jest dużą przeszkodą - powiedział główny orzecznik w Bydgoszczy.
    Obecne - czasowe orzeczenie gwarantuje Rajmundowi Andrzejczakowi 418 zł renty socjalnej i 144 zł zasiłku pielęgnacyjnego na miesiąc. Te 562 zł musi mu starczyć na utrzymanie oraz na opatrunki, leki na chorą stopę.
    SEKUNDA Z ŻYCIA
    Lekarz ortopeda Marek Szczepaniec powiedział, że czasami o ludzkim życiu decyduje sekunda. Że ktoś jechał za wolno, zbyt szybko, czy miał poluzowany łańcuch w rowerze, bądź za mało powietrza w oponie. - Ileś tam milionów Polaków wychodzi codziennie z domu. Jest jakiś  ułamek procenta, który nie wraca. Noga pana Rajmunda Andrzejczaka być może, gdyby nie pomoc lekarzy wtedy, gdy miał te 11 lat, może w ogóle dziś by nie istniała. Z drugiej strony rozumiem, że nowa noga mu już nie urośnie, i dla niego najlepszym rozwiązaniem byłaby proteza - tłumaczy Marek Szczepaniec.
    Pomimo że końskie stopie nie pozwala Rajmundowi Andrzejczakowi chodzić dalej niż kilkanaście kroków, to krotoszynianin nie poddaje się, nie zamyka się w domu. Codziennie widać go przemierzającego Barcin na rowerze. Prawą nogą naciska na pedał jedynie piętą.

Karol Gapiński
Pałuki nr 763 (39/2006)
Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry