Jeśli nie znajdą domu i pracy
    
     Do pustego gospodarstwa w Podobowicach wprowadziła się matka z synem oraz jego konkubina. Jak mogą, organizują sobie życie.

 

Zbigniew Wojciechowski wraz z Krystyną Gołębiowską. On szuka pracy, a oboje szukają domu dla siebie i matki pana Zbigniewa. Jeśli nie znajdą, czeka ich znowu schronisko.
                   fot. Karol Gapiński

     Cecylia Wojciechowska z synem i jego znajomą zajęli pustą stodołę w jednym z gospodarstw w Podobowicach. Urządzili sobie połowę budynku. Pod ścianą stoją dwa łóżka. Na podłodze leżą jakieś namiastki chodników. Na ścianach wiszą plakaty i święte obrazki. W stodole są nawet meble, jakieś szafki, półki, stół i krzesła. W drugiej części stodoły są porozrzucane graty. Mieszkanka budynku twierdzi, że zostały one splądrowane zimą, podczas ich nieobecności. W stodole nie ma bieżącej wody, kanalizacji ani ogrzewania. Za budynkiem dzicy lokatorzy sami zorganizowali sobie piec - ogrodzone cegłami ognisko z paleniskiem z połamanych płyt eternitowych. Obok stodoły stoi opuszczony budynek, który ma zamurowane otwory okienne.
     WODA I PLACEK
     O mieszkańcach powiedzieli nam inni mieszkańcy Podobowic. Część z nich ma dość częsty kontakt z lokatorami stodoły.
     - Przychodzą do mnie po wodę i proszą, aby im ją zagotować. Byli u innych sąsiadów, ale im odmówili, więc przyszli do mnie. Mąż się zgodził, żeby mieli tę wodę. Później prosili, żeby im zgrzać wodę na herbatę. Przychodzą różnie. Czasami raz dziennie, ale najczęściej po dwa, trzy razy. Jak tu odmówić - mówi jedna z mieszkanek Podobowic.
     Mieszkańcy mówią, że dzikim lokatorom zdarza się chodzić po wodę podczas nieobecności właścicieli.
     - Nie wiadomo, skąd przyszli i po co. Na zebraniach nic się nie mówi, a nikt tego nie może rozwiązać - mówił nam jeden z mieszkańców.
     Przed świętami doszło do tego, że starsza lokatorka stodoły poszła do sąsiadów z prośbą, aby ci upiekli jej placek na święta. - Można pomagać, ale ile i jak długo. Oni nie wchodzą jak nas nie ma, bo mąż im powiedział, żeby tak nie robili. Trochę jednak uciążliwi są - twierdzi mieszkanka Podobowic.

„Szukamy gospodarza z mieszkaniem” - mówi Cecylia Wojciechowska, która zgodziła się na zrobienie jej zdjęcia w nadziei, że pomoże jej to w znalezieniu miejsca zamieszkania  
           fot. Remigiusz Konieczka

     SPRZEDAŁA MIESZKANIE ZA 7,5 TYS. ZŁ
     - Mama przed wielu laty kupiła mieszkanie w Sielcu za stare 5.000.000 zł. Ja zrobiłem remont podłóg, położyłem płyty. Nie miałem jednak pracy zarobkowej. Pojawiła się szansa na pracę w Kwieciszewie pod Mogilnem u gospodarza. Skorzystałem z tego. Dostałem od gospodarza pokój do zamieszkania - mówi Zbigniew Wojciechowski, syn Cecylii Wojciechowskiej.
     Cecylia Wojciechowska tłumaczy, że nie chciała mieszkać bez syna i zdecydowała się sprzedać mieszkanie w Sielcu za 7.500 zł. To był pokój z kuchnią. Zbigniew Wojciechowski o sprzedaży dowiedział się dopiero wtedy, gdy wszystko było już zapięte na ostatni guzik. - Dowiedziałem się o tym od notariusza. Było już za późno, by tłumaczyć mamie, żeby nie sprzedawała mieszkania, bo nie wiadomo, ile ja jeszcze będę miał pracę w Kwieciszewie. Gdzie miałbym wtedy wrócić? Tylko do mieszkania w Sielcu. Niestety, stało się inaczej - tłumaczy Zbigniew Wojciechowski.
     W SCHRONISKACH
     Zbigniew Wojciechowski przez jakiś czas mieszkał z matką w okolicach Mogilna. Później zaczęła się ich tułaczka po schroniskach - w Kołaczkowie, w Pile, w Toruniu, i w Białej, niedaleko Trzcianki. W jednym ze schronisk Zbigniew Wojciechowski poznał swoją obecną konkubinę - Krystynę Gołębiowską, która pochodzi z okolic Wałcza. - Poznaliśmy się w Pile, w schronisku. Ja miałam wprawdzie mieszkanie, ale wcześniej postanowiłam je przekazać dorosłym już moim dzieciom. Przez kilka lat wałęsaliśmy się po schroniskach. Mieszkaliśmy na dworcach i w budynkach przeznaczonych do rozbiórki. Do Podobowic, do tej stodoły trafiliśmy po raz pierwszy zimą za zgodą pani sołtys. Byliśmy tam tylko tydzień. Jednak mróz był nie do wytrzymania i wróciliśmy do Piły - mówi Krystyna Gołębiowska.
     Pani Cecylia mówi o tym, że w Białej gołymi rękoma musiała segregować odpady, po których chodziły szczury. - Do teraz mam ręce poranione - mówi. Zbigniew Wojciechowski dodaje, że w Białej jedzenie dla bezdomnych podawano byle jakie, a szefostwo domu jadło o wiele lepiej.
Rafał Grześkowiak, prowadzący Ośrodek Pomocowo-Opiekuńczy dla Bezdomnych w Białej w imieniu Stowarzyszenia Ankar, powiedział: - Szczury, myszy czy nawet lisy są, jak wszędzie na wsi. Co do segregowania odpadów, to rzeczywiście nakazuję mieszkańcom naszego domu segregowanie. Lubię, żeby był porządek, a segregacja choćby pomaga go utrzymać w schronisku. Co do jedzenia, to na pewno warunki u nas są bardzo dobre. Podajemy, oprócz normalnych, wspólnych posiłków 3 razy w tygodniu cytrusy na tzw. szwedzki stół. Jest też lodówka, otwarta dla wszystkich, skąd można wyjąć zawsze coś do zjedzenia poza godzinami posiłków ogólnych. W tej lodówce - staramy się - żeby zawsze coś było - powiedział Rafał Grześkowiak i dodał, że z rodziną Wojciechowskich trudno się im współpracowało.
     W PODOBOWICACH
     Po tułaczce po schroniskach Cecylia Wojciechowska z synem i jego konkubiną pod koniec zeszłego roku trafili do Podobowic. Zajęli jedną ze stodół. Jednak zima wygnała ich na kilka miesięcy do schronisk. Gdy tylko zrobiło się cieplej, wrócili tu.
     Właściciel opuszczonego gospodarstwa, w którym zadomowiły się trzy osoby, przebywa za granicą. Upoważnioną osobą do zajmowania się gospodarstwem jest sołtys Podobowic Elżbieta Winiecka. - W zeszłym roku wpuściłam ich do tej stodoły na kilka dni, do czasu aż coś znajdą. Do dzisiaj nic nie znaleźli - mówi pani sołtys. - Człowiek chciał być dobry, a oni w tym roku znowu sobie tam weszli. Tym razem bez mojej wiedzy i bez pytania. Teraz mieszkańcy skarżą się na nich i dochodzą do mnie głosy, że jak o coś proszą, to mówią, że pani sołtys im pozwoliła. A ja na nic im nie pozwalałam. Teraz mnie unikają. Tam nie ma wody, więc oni się nie umyją, nie opiorą się, nic. Jeszcze do epidemii dojdzie. Teraz zaczęli ognisko palić. Ja im psa trzymam i dokarmiam. Ludzie są na mnie źli, że ich sprowadziłam. Nie wiem, co mam zrobić.
     W ubiegły piątek wczesnym popołudniem w stodole była tylko starsza kobieta - Cecylia Wojciechowska. W rozmowie z panią sołtys powiedziała, że wkrótce opuści stodołę, bo syn od 4 maja będzie pracował jako robotnik budowlany. Syn Cecylii Wojciechowskiej powiedział nam jednak, że praca budowlańca w Żninie nie będzie oznaczała pracy razem z mieszkaniem. Teoretycznie mógłby on dojeżdżać z Podobowic autobusem PKS, płacąc za bilet miesięczny niecałe 70 zł. To jednak nic mu nie daje, bo w stodole mieszkać może tylko przez kilka najbliższych dni. Potwierdza to konkubina Zbigniewa Wojciechowskiego.
     Cecylia Wojciechowska powiedziała, że w stodole dobrze się jej mieszka, że zimno nie jest i że radzą sobie. - Za jedzeniem nikt nie chodzi. Tyle tylko, co po wodę. Na podwórka bez pozwolenia nie chodzę. Jedzenie mamy z opieki.Powiedzieli, żeby tylko kamieniami ogrodzić. Worek drzewa mamy - mówi mieszkanka stodoły. Pan Zbigniew i pani Krystyna jeżdżą na obiady do stołówki PCK w Żninie autostopem albo idą pieszo. Cecylia Wojciechowska czasami jeździ rowerem. Częściej jednak syn przynosi jej obiad do stodoły. Na święta otrzymali też pieniądze w kwocie 1.200 zł z opieki społecznej. Na co dzień utrzymują się z emerytury Cecylii Wojciechowskiej.
     Zbigniew Wojciechowski zapewnia, że wraz z Krystyną Gołębiowską chodzą po okolicy i szukają mieszkania. Wczoraj np. zamierzali odwiedzić Jaroszewo, gdzie być może znalazłaby się praca dla Zbigniewa wraz z pokojem. Krystynie Gołębiowskiej zakazuje szukania pracy, bo wychodzi z założenia, że to mężczyzna musi utrzymać kobietę, a ona ma się zajmować mieszkaniem. Szkopuł jednak w tym, że większych perspektyw na mieszkanie nie ma. Nawet jeśli zacznie pracować w Żninie w zawodzie budowlańca, to i tak nie będzie go stać na wynajęcie kawalerki. Jakąś nadzieję Zbigniew Wojciechowski wiąże też z mieszkaniami socjalnymi, które przyznaje gmina. Mieszkaniec stodoły uważa jednak, że władze Żnina niechętnie patrzą na potrzeby jego matki, konkubiny oraz jego samego. Wszystko z powodu faktu, że Cecylia Wojciechowska z własnej woli sprzedała swoje mieszkanie, więc w pośredni sposób sama winna jest tej sytuacji. Mówi, że jeśli nie znajdzie żadnego lokum, to wszyscy będą musieli przenieść się na powrót do schroniska. No, może Zbigniew i Krystyna zdecydują się na kolejną tułaczkę po opuszczonych dworcach i ruderach, ale starsza Cecylia będzie musiała wrócić do schroniska. Z burmistrzem ani zastępcą burmistrza Żnina nie udało nam się skontaktować, a urzędniczka pracująca w ratuszu i zajmująca się problematyką mieszkań socjalnych nie chciała się wypowiadać, gdyż to nie ona podejmuje ostateczne decyzje w sprawach przydziału mieszkań.
     CZEKA MIEJSCE W SCHRONISKU
     Bezdomni z Podobowic są podopiecznymi Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej. - Zazwyczaj kierujemy ludzi do schroniska na okres zimy. Tutaj zrobiliśmy wyjątek, poszliśmy na rękę i mają decyzję na mieszkanie w schronisku do końca roku. Miejsce jest i w każdej chwili mogą tam wrócić - informuje wicedyrektor MOPS Małgorzata Kociałkowska.
     Pani wicedyrektor potwierdza, że cała trójka bezdomnych, to specyficzne osoby. Mają swoją filozofię życiową. Żyją chwilą, żeby tylko tego konkretnego dnia coś zjeść, a co będzie później, to już mniej ważne. W zeszłym roku zimą, dopiero gdy mrozy mocno już przydusiły, zgodzili się odejść do schroniska, które załatwił im MOPS. Teraz decyzja o udzielenia dachu nad głową w schronisku też jest, ale państwo Wojciechowscy nie bardzo chcą się tam wybierać. MOPS nie ma prawa zabrać ich do schroniska wbrew ich woli. Sąsiedzi, jeśliby odczuwali dyskomfort z powodu sąsiedztwa mieszkańców stodoły, mogliby teoretycznie zgłosić sprawę na policję. Podobnie właściciel gospodarstwa. Komisarz Krzysztof Jaźwiński, oficer prasowy w Komendzie Powiatowej Policji w Żninie powiedział, że policji też jednak nie jest po myśli interweniować w sprawie w sposób kategoryczny, wyprowadzając mieszkańców stodoły do schroniska pod przymusem. Zwłaszcza że bardzo prawdopodobna jest taka sytuacja, że niechętni do zamieszkania w schronisku i tak po kilku dniach z niego wyjdą, i wrócą być może do stodoły w Podobowicach.
     NIE ŻYJĄ ŹLE
     Tłumaczenie Zbigniewa Wojciechowskiego, który deklaruje opuszczenie stodoły na początku maja, bez względu na to, czy znajdzie się mieszkanie, czy nie, nie przekonuje sołtys Elżbiety Winieckiej. Już kilka razy słyszała zapewnienia o rychłym opuszczeniu gospodarstwa i powiedziała Cecylii Wojciechowskiej, aby wyprowadzili się jak najszybciej.
     - My nie broimy. Jak ja tu jestem, to się nic nie stanie, bo ja o to dbam - twierdzi 80-letnia Cecylia Wojciechowska.
     Krystyna Gołębiowska powiedziała, że z sąsiadami nie żyją źle. Tylko czasami dzieciarnia psoci się lokatorom stodoły obrzucając ich tymczasową siedzibę kamieniami.

Remigiusz Konieczka
Karol Gapiński
Pałuki nr 897 (16/2009)

Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry