Drukuj

26 godzin bólu
    
     Nic nie zapowiadało tej tragedii. Od 5 lat na szubińskiej porodówce nie zmarło żadne dziecko. Rodzice zrobili wszystko co należy, włącznie ze sprawdzeniem referencji szpitala. Nie sprawdzili tylko ordynatora oddziału ginekologiczno-położniczego dr Ireny K.

Na malucha czekał już wózek  
              fot. Arkadiusz Majszak

     Ojciec, młody wysportowany mężczyzna, łamiącym się głosem opowiada, że na synka czekało już w domu łóżeczko i wózek. Że jak na ironię losu umarł w szpitalu, który może poszczycić się drugim miejscem w akcji Rodzić po ludzku.
     PROŚBA O CESARKĘ
     Agnieszka i Robert, małżeństwo spod Żnina, długo zastanawiali się czy wybrać bliżej położony szpital w Żninie, czy w Szubinie. W końcu wybrali Szubin. Ważniejsza od odległości była dla nich dobra opinia o szpitalu.
     11 lipca rozpoczął się poród. Robert zawiózł żonę do szpitala . Na miejsce dotarli po 21:00.
    Mąż wrócił do domu. Przyjechał na oddział następnego dnia około 18:00. Bardzo chciał być przy narodzinach oczekiwanego syna.
     Pojawiły się kłopoty. Agnieszka miała problemy.  Pięć razy oboje prosili ordynator oddziału ginekologiczno-położniczego w Szubinie dr Irenę K. o poród przez cesarskie cięcie. Za każdym razem pani doktor mówiła - nie i nie. Agnieszka ma urodzić w sposób naturalny.
     13 lipca o 1:00, na pięć godzin przed rozwiązaniem, położna dokonała pomiaru KTG, czyli tętna płodu. Pani ordynator obejrzała wydruk z badania o 3:40.
     - Od 1:00 badanie KTG nie zostało w ogóle powtórzone. Niczego z tym nie zrobiono. To bardzo dziwne, bo znajomy mi opowiadał, że jego żona podczas porodu cały czas była podłączona do urządzenia badającego tętno dziecka - mówi zdenerwowany Robert
     NIECH PAN DA MI W MORDĘ
     O 4:00 Agnieszce odeszły wody płodowe. Były w kolorze zielonym, co zaniepokoiło męża. Po 24 godzinach porodu żona była tak wyczerpana, że błagała o cesarskie cięcie. Ordynator była nieugięta. Kolejny raz kolejny powtórzyła, że kobieta urodzi siłami natury.
     Robert nie może zrozumieć, dlaczego Irena K. kazała żonie tak cierpieć. Zwraca uwagę, że tuż przed jego przyjazdem do szpitala 12 lipca żona była przygotowywana do cesarskiego cięcia. Potem - kiedy był już z żoną na sali porodowej - decyzja o cesarce była przekładana.
     Poród zakończył się 13 lipca o 6:15. Chłopiec urodził się martwy. Miał 4.220 g wagi i 60 cm długości. Nie mniej szokujące było zachowanie Ireny K. - Weszła i powiedziała: „Może mi pan dać w mordę”. I dodaje: - Wyobraża pan sobie, że rodzi się panu martwe dziecko, a lekarz przychodzi i mówi, że może mu pan dać w mordę?
     Mężczyzna myślał, że stracił również żonę. W ostatnich minutach porodu wyglądało to tak, jakby kobieta umierała.
     - Miała takie dziwne oczy. Nie widziałem u człowieka jeszcze takich oczu. Bałem się, że również żona straci życie - tłumaczy mężczyzna.
     NAGRANIE
     Dwa dni po tragicznym zdarzeniu Robert wybrał się na rozmowę do pani ordynator. Przebieg rozmowy nagrał. Irena K. nie wiedziała, że jest w tym czasie nagrywana. Na 20-minutowym nagraniu, które przesłuchaliśmy, zarejestrowana jest rozmowa Roberta z panią doktor. Mężczyzna łamliwym głosem rozmawia z Ireną K. o przyczynach tragedii. Informuje również panią doktor, że tragiczne przeżycia nie pozwalają mu zapomnieć o sprawie.
     - Ja tego tak nie zostawię - słychać na nagraniu głos Roberta.
     - Niech pan to przemyśli. Dla mnie będzie to zawodowo bardzo ciężkie, a pan życia dziecku i tak nie wróci. Błagam pana. Ja dam panu wszystko, ale niech pan to przemyśli, jeśli chodzi o ukaranie. To mój błąd. Można było zrobić cesarkę. Wszyscy byśmy się cieszyli teraz z tego. Przyznaję, że w takich przypadkach cesarkę robimy. To mój błąd. Obwiniam siebie strasznie. Nie spałam całą noc jedną i drugą. Przeanalizowałam później tę sprawę. Jestem winna - przyznaje w nagranej rozmowie Irena K.
     - Ona mnie nawet po rękach całowała, żebym nic dalej w tej sprawie nie robił - dodaje Robert.
     DOKUMENTACJA
     Mężczyzna po rozmowie z panią ordynator odebrał ze szpitala kserokopie dokumentacji medycznej, potwierdzającej pobyt żony w szubińskiej porodówce. W rozmowie z nami przyznaje, że tydzień przed porodem Wojciech Szczęsny, lekarz prowadzący żony, wykrył u niej bakterię paciorkowca. Przepisał antybiotyk. Robert opowiada, że podczas pobytu w szpitalu żona kilka razy prosiła o podanie antybiotyku. Nie dostała. Zaskakująca jest też szpitalna dokumentacja. Robert otrzymał ze szpitala dwie karty informacyjne. Na jednej, wydrukowanej 14 lipca, w opisie zastosowanego leczenia nie było ani słowa o stosowaniu antybiotyku przeciwko paciorkowcom. W karcie wydrukowanej 15 lipca antybiotyk był już wpisany. 
     Robertowi na oddziale wyjaśniono, że są dwie karty informacyjne, ponieważ w jednej z nich czegoś brakowało. Przypuszcza, że była to pierwsza próba manipulacji w dokumentacji żony. Nikt nie spodziewał się jednak, że dwa dni po nieszczęśliwym porodzie zażąda kartoteki.
     Robert dziwi się, że kiedy 15 lipca wybrał się na rozmowę z panią ordynator,  na biurku leżała kartoteka jego żony. Analizując obydwie karty widać, że podczas porodu nie wykonano też kilku innych podstawowych badań.
     - Kiedy byłem z żoną przy porodzie, nie widziałem, żeby mierzyli jej ciśnienie. Temperaturę zmierzono tylko raz. A w dokumentacji medycznej są wpisywane pomiary temperatury między 18:00 a 19:00, 19:00 a 20:00 i tak dalej. Przecież w tych godzinach temperatury nie mierzono. Dlaczego więc wpisano coś, czego w rzeczywistości nie było? Nie wiem, czy położne wpisywały to sobie z pamięci? A może, żeby był porządek w papierach, to napisali? - zastanawia się mężczyzna.
     ZDJĘCIE
     21 lipca małżonkowie złożyli zawiadomienie w szubińskiej prokuraturze. Do wniosku dołączyli kserokopie dokumentacji medycznej oraz nagraną rozmowę z panią doktor. Przekazali też śledczym wyniki sekcji zwłok dziecka, z której wynika, że wszystkie narządy miało dobrze wykształcone. Przyczyną śmierci było niedotlenienie mózgu. Zaraz po porodzie pani ordynator próbowała wmówić niedoszłym rodzicom, że dziecko miało wadę serca.
     - Mam nadzieję, że spotka tę panią zasłużona kara - mówi Robert.
     JEDNOSTKOWY PRZYPADEK
     Dr Irena K. powiedziała nam, że do czasu, kiedy prokuratura prowadzi postępowanie, nie może odpowiadać na nasze pytania. I dodała: - O tym nie wolno pisać.
     Jarosław Gierszewski, zastępca dyrektora do spraw operacyjnych wyjaśnił, że wobec Ireny K. dyrekcja nie wyciągnęła żadnych konsekwencji, ponieważ nie zakończyło się jeszcze postępowanie w prokuraturze.
     - Nie chcemy tutaj niczego przesądzać - podkreśla wicedyrektor.
     Tomasz Ławrynowicz, dyrektor Nowego Szpitala w Szubinie i Nakle wyjaśnia, że Narodowy Fundusz Zdrowia nie zawiera ze szpitalami oddzielnych kontraktów na zabiegi cesarskich cięć, dlatego nie mogło dojść do sytuacji, w której wyczerpały się limity i w szpitalu zaniechano tego zabiegu. W opinii dyrektora liczba wykonywanych w szubińskim szpitalu cesarskich cięć mieści się w normie i nie odbiega od przeciętnej liczby tego typu zabiegów wykonywanych w innych szpitalach.
     - O cesarskim cięciu zawsze decyduje lekarz, jeśli zachodzą przesłanki zagrożenia życia lub zdrowia dziecka bądź matki - dodaje dyrektor.
     Tomasz Ławrynowicz  broni pani doktor.
     - Uważamy, że pani doktor rzetelnie wykonywała to, do czego została powołana - twierdzi dyrektor i prosi, żeby nie podgrzewać atmosfery wokół sprawy.- Może warto się wstrzymać z publikacją .
     ROZSTRZYGNIĘCIE NIE WCZEŚNIE
     Prokurator Piotr Szwarc, zastępca szefa szubińskiej prokuratury, powiedział nam, że postępowanie jest w toku i zastrzegł jednocześnie, że szybko się nie zakończy. Prokuratura skierowała pytania do Zakładu Medycyny Sądowej, by ustalić, czy istnieje związek przyczynowo-skutkowy między postępowaniem lekarza a zgonem dziecka, a także czy śmierć była efektem błędu w sztuce lekarskiej. Prokurator zwrócił uwagę, że szpital nie powiadomił prokuratury o zgonie dziecka. Według Piotra Szwarca, w przypadku zgonu dziecka przy porodzie szpital powinien o tym poinformować śledczych. Prokuratura nie mogła przez to przeprowadzić sekcji zwłok. Biegli dokładnie przeanalizują teraz całą dokumentację w sprawie i będą  proszeni o udział w przesłuchaniu świadków. 
     SIŁY NATURY KORZYSTNIEJSZE DLA DZIECKA
     Zbierając materiał do tego tekstu, przeprowadziliśmy szereg rozmów z lekarzami ginekologami. Większość przeciwna jest cesarskiemu cięciu i uważa je za ostateczność. Profesor Czesław Kłyszejko uważa dodatkowo, że w przypadku wystąpienia infekcji, np. bakterią paciorkowca, cesarskie cięcie nie jest korzystne. - Infekcję można przenieść na cały organizm.
     O komentarz poprosiliśmy również  warszawską fundację Rodzić po ludzku, tę samą, która niegdyś nagrodziła szpital w Szubinie. I tu usłyszeliśmy o konieczności informowania kobiety w czasie porodu o tym, co się dzieje z dzieckiem. Jeśli bóle są bardzo intensywne, to można zaproponować kąpiel w ciepłej wodzie, masaże czy nawet muzykę. Chodzi o stworzenie dobrej atmosfery, żeby kobieta czuła się na oddziale bezpieczna i wiedziała, że ma opiekę. Tej zwykłej ludzkiej opieki pani Agnieszce zabrakło i to wiemy bez czekania na werdykt ekspertów.
     PS Na prośbę bohaterów artykułu zmieniliśmy imiona. Nazwisko i adres do wiadomości redakcji.

Arkadiusz Majszak
Pałuki nr 917 (36/2009)

 

Inne teksty na ten temat:

Obrona przez prywatną opinię

Urażona komentarzami

Sąd ustali, czy był błąd w sztuce

Druga opinia

Irena K. winna

Wyższa kara dla ordynator, położna uniewinniona