- To cudowny układ, który działa w dwie strony
   
    Wigilia w domu pani Zofii i pana Grzegorza w Szubinie upłynie w rodzinnej atmosferze. Nie zabraknie choinki, smażonego karpia, grochu z kapustą, a miejsce przy stole, które mogłoby pozostać puste, już po raz drugi zajmie pan Henryk.

 

 
Pan Henryk i przybrana wnuczka                        fot. Róża Kirschhiebel

    Pan Henryk nie jest krewnym, ani nawet starym znajomym rodziny. Przed blisko dwoma laty przybył tutaj jako zupełnie obcy. Miał niewielki wybór - dom starców lub wspólne życie z rodziną, która była gotowa podjąć się opieki nad nim. Przybył pełen obaw i lęków, schorowany i nieufny.
    Dziś siedzi w dużym pokoju w głębokim fotelu. Nie słyszy, cierpi na całkowitą głuchotę. Stracił słuch przed blisko dwudziestoma laty. O sposobie porozumiewania się z domownikami świadczą stosy zapisanych zeszytów. Jest nazywany przez domowników dziadziem Heniem. Maleńka dziewczynka o jasnych włosach podbiega do staruszka, siada na kolanach, obejmuje rączkami.

    - Kiedy wzięliśmy dziadka do domu, miała zaledwie roczek. Jest bardzo przywiązana do niego, wspólnie chodzą na spacery, razem się bawią. Dziadkowi brakuje zajęcia, dlatego ma swoje obowiązki - karmi psa i koty, spędza czas na zabawie z wnuczką - opowiada pani Zofia.
    Od 1997 roku przyjmuje ona pod swój dach samotnych starców, starając się stworzyć im prawdziwy dom i warunki na godną starość.
    - Wszystko zaczęło się przed siedmioma laty, w trudnym dla mnie okresie, kiedy nie miałam pracy i bardzo poszukiwałam zajęcia. Podczas wizyty u lekarza spotkałam znajomą,, której zwierzyłam się z moich trosk. Poradziła, abym poszła do opieki i zapytała o pracę opiekunki. W ramach zastępstwa zaopiekowałam się starszą kobietą. Było to dla mnie nowe doświadczenie i zajęcie, które polubiłam. W młodości chciałam zostać pielęgniarką. Któregoś dnia zaproponowałam w ośrodku, że mogłabym wziąć na stałe osobę starszą, wymagająca pielęgnacji do swojego domu. "To nie jest głupi pomysł" usłyszałam od pracownicy opieki - opowiada pani Zofia.
    Pomysł, którego nikt wcześniej nie praktykował w Szubinie, spotkał się z brakiem zrozumienia i akceptacji ze strony znajomych pani Zofii. - Uważano mnie za osobę nienormalną. Tymczasem ja wiedziałam, że postępuję słusznie - wspomina.

    BABCIA JANUCHOWSKA
    Tak domownicy pani Zofii nazywali pierwszą przybyłą pod ich dach staruszkę. Miała ona 97 lat. Jej dzieci i wnuki zmarły, jedyny pozostały przy życiu, ale schorowany, syn mieszkał w Grudziądzu. Zajmowała czynszowe mieszkanie na ulicy Kościuszki, ale właścicielowi kamienicy zależało na jej wyprowadzeniu się z budynku.
    Z rodziną pani Zofii spędziła ona dwie wspólne wigilie. Zmarła w ich domu w wieku 99 lat. Do dnia dzisiejszego pani Zofia trzyma w szufladzie list z wyrazami podziękowań za opiekę nad matką, stworzenie jej atmosfery prawdziwego domu od mieszkającego w Grudziądzu syna.

    CIOCIA STASIA
    Kolejną przyjętą do domu osobą była niechodząca ciocia Stasia. Była to kobieta samotna, bezdzietna. Z rodziną pani Zofii było jej dane spędzić 3 ostatnie lata życia. Trzy razy obchodziła tu swoje urodziny, Boże Narodzenie i Nowy Rok. Podczas ostatniego sylwestra wyniesiono ją na balkon, z którego podziwiała kolorowe fajerwerki.
    DZIADZIO HENIO
    Jest człowiekiem niezwykle uczuciowym. Pochodzi z Solca Kujawskiego, gdzie zajmował mieszkanie w centrum miasta. Początkowo bał się jechać do obcych ludzi. - Załamałem się, kiedy zmarła żona. Bardzo się szanowaliśmy.
    Córka chciała oddać mnie do domu starców. Kiedy syn przywiózł mnie do domu pani Zofii, byłem nieprzytomny, prowadzono mnie po schodach. Dopiero ona załatwiła mi lekarzy, pomogła. Nie mam słów, co to za ludzie i złote serca - opowiada nie kryjąc łez pan Henryk.
    Stał się prawowitym członkiem szubińskiej rodziny. Wraz z nią przeżywa święta i dni codzienne.
    - Myślę, że jest mu z nami dobrze, a nam z nim. Pomagając jemu, tak naprawdę pomagam również sobie. Znalazłam zajęcie, jestem potrzebna, odnalazłam swoje powołanie. Potrzebujemy się wzajemnie - powiedziała ze łzami w oczach pani Zofia.

RÓŻA KIRSCHHIEBEL
Pałuki nr 618 (51/2003)
Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry