Drukuj

    Ze względów etycznych zdecydowałem się nie publikować nazwisk bohaterów tej historii. Nie wykonywałem również fotografii w bloku i w mieszkaniu, w którym rzecz się dzieje. Obok problemu nie można jednak przejść obojętnie.
    W związku z innymi sprawami, którymi się zajmowałem poprzednio, byłem w tym mieszkaniu 2 razy już wcześniej. To jednak, co ma miejsce obecnie - podczas upałów - jest o wiele bardziej drastyczne, aniżeli sytuacja, z jaką zetknąłem się podczas wcześniejszych wizyt. Składałem je jednak w miesiąach zimowych i wiosennych. Problem, który opiszę narastał jak mówi opieka społeczna oraz mieszkańcy, co najmniej od kilkunastu lat.

Precedensowy wyrok sądu w sprawie złych warunków sanitarnych w piechcińskim mieszkaniu
   
    Zamieszkujący w jednym z bloków w dolnej części Piechcina przez lata nie potrafili utrzymał minimum warunków sanitarnych w swoim mieszkaniu. Doprowadzili wskutek tego do zagrożenia epidemią. Sąd Rejonowy w Szubinie wydał wyrok, że nie mogą oni już mieszkać w tym lokalu. Nie jest to jednak zarządzenie eksmisji. Mieszkanie zostanie zlicytowane, a pieniądze trafią do jego obecnej właścicielki.

    TAJEMNICE SPOKOJNEGO OSIEDLA

kazio33.jpg
    Rzecz dzieje się na terenie małego osiedla mieszkaniowego po byłym Państwowym Gospodarstwie Rolnym w dolnej części Piechcina. Obecnie zasoby mieszkaniowe tego gospodarstwa, tak jak wiele podobnych osiedli, wchodzą w skład majątku Agencji Własności Rolnej. Osiedlem w Piechcinie administruje Spółdzielnia Mieszkaniowa w Steklinie, a konkretnie jej oddział w Cieślinie pod Inowrocławiem.
    Dolny Piechcin to miejsce spokojne i ciche. Z zewnątrz nie zagląda tutaj praktycznie nikt poza rodzinami i znajomymi mieszkańców. Wśród nich jest sporo osób bezrobotnych. Często chwytają się oni dorywczych prac, np. przy obieraniu cebuli.
    Niestety, znaleźli się tutaj i tacy lokatorzy, którzy nie tylko nie są w stanie podjąć się żadnego zarobkowania, ale nawet przez długie miesiące nie potrafili utrzymać mieszkania, które zasiedlają, w należytym stanie sanitarnym. Zaniedbany, wręcz zapuszczony lokal mieszkalny w jednym z bloków stał się wylęgarnią tysięcy owadów mogących przenosić bardzo groźne choroby zakaźne. Powiatowa Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna w Żninie, czyli popularnie zwany Sanepid, stwierdziła że praktycznie w całym bloku istnieje groźba epidemii.

    TYLKO RANO

    W środku ubiegłego tygodnia odebrałem telefon od mieszkańca Piechcina. Przedstawił on w zarysie problem, z którym borykają się sąsiedzi lokatorów nie potrafiących utrzymać higieny w swoim mieszkaniu. Sam nawiązałem kontakt z najbliższą sąsiadką tych lokatorów. W rozmowie z nią stwierdziłem, że muszę na miejsce przybyć osobiście.
    Pytałem, czy możemy się spotkać przed południem, czy też w godzinach popołudniowych. Dodałem też, że będę musiał również porozmawiać z lokatorami, do których sąsiedzi mają pretensje. - To musi pan przyjechać jak najwcześniej. Najlepiej około 700, bo oni bardzo wcześnie rano opuszczają to mieszkanie i chodzą po Piechcinie - usłyszałem w odpowiedzi.

    ŁAWECZKA

    Następnego dnia zjawiam się na osiedlu popegeerowskim w Piechcinie około 730. W powietrzu czuć nadchodzący upał. Pomimo wczesnej pory temperatura przekracza już 20 stopni Celsjusza. Na klatce schodowej czuć lekki zaduch, ale jest wysprzątane. Pani, z którą rozmawiałem poprzedniego dnia, wita mnie już na schodach. Schodzimy przed blok, na ławeczkę, gdzie zebrali się też inni mieszkańcy tej klatki schodowej.
    Okna na piętrze, gdzie mieszkają lokatorzy, z którymi trudno wytrzymać sąsiadom, są zamknięte. W mieszkaniu zamieszkuje obecnie 7 osób, spośród których tylko właścicielka lokum oraz jej córka są zameldowane. Pozostałe osoby są z dalszej rodziny właścicielki, a jedna kobieta nie jest z nią spokrewniona, choć przebywa w tym mieszkaniu bez meldunku już od co najmniej kilkunastu lat.
    - Ta kobieta była przygarnięta przez panią... (tu pada nazwisko właścicielki mieszkania - przypis kg) szmat czasu temu, zdaje się zabrana została z dworca, czy skądś w Inowrocławiu - słyszę od jednej z sąsiadek pani (...)
Przy ławeczce pojawiają się kolejne osoby. Są to zdaje się nie tylko mieszkańcy klatki schodowej, w której zaistniał problem, ale też z innych części bloku.


    KOCHANY CHŁOPIE, MAM DOSYĆ

    - Ja jestem non stop zalewana - opowiada pani mieszkająca niżej (...) - Oni od wielu miesięcy mają zapchaną muszlę klozetową. My musimy mieć w domu normalnie wentylatory do czyszczenia powietrza i suszenia sufitu.
    Inna pani deklaruje, że wspólnota mieszkaniowa wielokrotnie chciała problemowym lokatorom pomóc: - Mówiłam do córki właścicielki tamtego mieszkania: � (...), pomożemy. Przecież można wysprzątać�. Ale nie. Zawsze odpowiadała, że nie. Choćby człowiek chciał jak najlepiej. A gdyby oni mieli tam wysprzątane i złe warunki sanitarne nie uderzały w nas, to przecież nie mielibyśmy nic do tego, że tam 7 osób mieszka. Niechby to nawet pół wsi było. Ale żeby czystość była zachowana.
    Sąsiadka mieszkająca na tej samej kondygnacji co problemowa rodzina, ma inny punkt widzenia: - Żeby to było tylko 7 osób. Ale oni sobie jeszcze 2 psy kupili. Jeden już wcześniej zdechł, to dokupili drugiego. Te psy nie są wypuszczane na dwór, one się załatwiają normalnie w mieszkaniu na podłodze. Syf, smród. My się nie zgadzamy, oni muszą stąd iść. Kochany chłopie, już mam dosyć. Ja mam szukać nowego mieszkania? Widzi pan, ten problem powracał z mniejszą, czy większą siłą, ale teraz to już jest dno. Takie to pan widzi życie już od roku mniej więcej mamy.

    ZŁE WYCHOWANIE

    Jeden z naszych rozmówców - mężczyzna - zachowuje spokój. Dłuższy czas milczy. Nie ponoszą go emocje, a jeśli nawet, to skrzętnie je ukrywa. Co najwyżej jego podenerwowanie może zdradzać fakt, że cały czas spaceruje po chodniku wokół ławki, w tę i z powrotem. - Proszę pana, to jest efekt złego wychowania - stwierdza wreszcie. - Jeszcze przed laty, kiedy właścicielka tego mieszkania, pani (...) była sprawna, to wszystko wyglądało lepiej. Ona sprzątała. Utrzymywała jakiś porządek. Ale tej swojej córki niczego nie nauczyła. Pamiętam, jak wychodziła z nią - wówczas już dorosłą dziewuchą - do sklepu na zakupy. Kiedy szły z powrotem, to matka była obładowana torbami, a córka jak gdyby nigdy nic szła sobie obok bez żadnych pakunków. To jest proszę pana dobre wychowanie?
    Sąsiadki potwierdzają: - Tak, dopóki pani (...) miała siły, to jeszcze pracowała. Tej córki niczego nie nauczyła. Podobnie ci jej kuzynostwo, którzy od roku tutaj siedzą bez zameldowania. Przecież to jest kobieta z dziećmi, ale jakimi dziećmi? Dorosłe chłopaki. Zamiast zabrać się, coś zrobić, to nic tylko siedzą. Jeden to nawet teraz wychodzi co rano do szopy na ogrodzie i leży tam w smrodzie od starych szmat po psach. O jeju, jeju. A widział ktoś, żeby prali? Ta córka pani (...) zakasałaby rękawy, wzięła się za coś, ale nic. Tylko na tę matkę, ponad 70-letnią kobietę krzyczy przez cały czas. O proszę, niech pan słucha.
    W tym momencie dobiegły nas zza okien wyżej jakieś nieartykułowane, pełne negatywnych emocji dźwięki, z których zrozumiałem tylko pojedyncze sformułowania: �k..., cicho siedzi...� Był to kobiecy głos.

    TRZEPNIJ ROBAKA, JAK CI DO UCHA WJEŻDŻA

    Mieszkańcy obawiają się epidemii. - Panie kochany, byś pan tutaj widział, ile robactwa. Żyć nie idzie, bo to wentylacją się przenosi do wszystkich mieszkań. Niedługo w tych upałach zaraza wybuchnie - mówi jedna z kobiet.
Obok mnie, na ławeczce siedzi pan, który odwraca głowę i wskazuje tuż za naszymi plecami elewację zewnętrzną bloku: - Tu proszę pana tak pod wieczór, ale nie tylko, bo pewnie zaraz też, wychodzi stado karaluchów. Normalnie blok obłażą, tyle tego - mówi.
    Pozostali moi rozmówcy dodają jeden przez drugiego: - Okien od domu nie otwierają, córka tłumaczy, że nie może otworzyć, bo psy jej zachorują. Kupy na podłodze. Klatka zalewana jakimś tłuszczem. Sufity na dolnej kondygnacji żółte i śmierdzą. Sąsiad z klapką chodzi, bo karaluchy łażą po elewacji, po ziemi, po klatce. Jak tam pan z naszej kotłowni na polecenie administratorki osiedla poszedł przeczyszczać im kibel, bo ciągle zapchany, to opowiadał, że nie mógł normalnie wytrzymać. Tak cuchnie w domu. Musiał po psich gównach chodzić. A jak muszla zapchana, to gdzie ci ludzie się załatwiają?
    Robactwo przechodzi drogami wentylacyjnymi do wszystkich mieszkań. Mówi pani mieszkająca tuż obok zapuszczonego mieszkania: - Panie kochany, jak jej zwróciłam uwagę, że mamy w domu dziecko 3,5 roku, że dziewczynce robaki do ucha wchodzą, to ta mi na to - no wiesz pan co, za głowe się złapać - odpowiada: �A to niech trzepnie ręką, jak wjeżdża do ucha. Ja zawsze trzepnę i spokój�. No to już są szczyty.

    REMONT CO MIESIĄC

    Po rozmowie na ławeczce postanowiłem udać się do mieszkania wyżej. Ponieważ bywałem tam już wcześniej, miałem świadomość, że w pomieszczeniach rzeczywiście śmierdzi. Pomyślałem, że w związku z upałami ten niemiły zapach będzie bardziej dokuczliwy. Ale trudno. Nabrałem głęboko powietrza do płuc i zapukałem do drzwi.
    Te po chwili się otworzyły. Z wnętrza buchnął fetor, który szybko rozniósł się po klatce schodowej. Wyszła córka właścicielki mieszkania, następnie na chwilę też inna pani, która tam zamieszkuje. Rozmawiałem przy otwartych drzwiach do mieszkania. Przedstawiłem zarzuty, które wobec mieszkańców tego lokalu mają sąsiedzi. Ci zresztą też weszli za mną na górę, żeby przysłuchiwać się mojej rozmowie z tymi, którzy przynoszą im utrapienie.
    - Chcemy zrobić remont, miskę klozetową założyć nową. Pomalować wszystko - mówi córka właścicielki mieszkania. Na pytanie, kiedy będzie ten remont, odpowiada, że po 10 sierpnia. Farby ponoć już są kupione. Zapytuję, dlaczego nie sprzątają. W odpowiedzi słyszę, że wynoszą śmieci. - Ale kiedy te śmieci wynosiliśmy do kontenera, to jedna sąsiadka krzyczała, że nie wolno - skarży się pani (...).
    Ponieważ te wypowiedzi usłyszeli jej sąsiedzi, na klatce schodowej powstała głośna kłótnia. - Nieprawda, że nie kazałam ci śmieci wynosić do kontenera. Żeby to były normalne śmieci, ale wylewaliście tam gówna ze szmatami i nie wiadomo jeszcze co, a to nie jest na to miejsce. Jeszcze przed blokiem ma być zasmrodzone? Odchody w trawnikach? - odpowiadała mieszkanka, której postawiono zarzut, że zakazuje wynoszenia śmieci do kontenera.
    Córka właścicielki problemowego mieszkania tłumaczyła dalej: - Wiem bardzo dobrze, że tu porządek trzeba utrzymać. Pani Kowalska była tutaj i kazała trzymać czystość (chodzi o Janinę Kowalską, administratorkę w cieślińskim oddziale Spółdzielni Mieszkaniowej w Steklinie - przypis kg). Nieprawda, że nie otwieramy okien. Na mamę nie krzyczę. Co, może jeść jej nie daję? - spojrzała pytająco na atakujące ją sąsiadki.
    Przyznała, że raz zapłaciła karę 100 zł wymierzoną przez Sanepid w związku z tym, że w mieszkaniu higiena nie jest utrzymana nawet na minimalnym poziomie. Zapytałem, dlaczego jeszcze trzymają w mieszkaniu psy, skoro jest ich siedmioro ludzi, którym trudno utrzymać higienę mieszkania? Zapytana odpowiedziała: - Psy miałam zawsze i będę je miała. Teraz czekam na wyrok sądu, a po 10 sierpnia zrobimy remont.
    Sąsiedzi odrzekli: - Przecież wy co miesiąc mówicie, że będziecie remontować. I co?

    10 SIERPNIA NIE BYŁ DATĄ PRZYPADKOWĄ

    Ustaliłem, że 10 sierpnia miał się uprawomocnić wyrok Sądu Rejonowego w Szubinie. Mówi Janina Kowalska, administratorka w SM w Cieślinie: - Wyrok już zapadł. Z tego, co mi wiadomo, jest on precedensowy w naszym województwie. Ale tak musiało być, jest to bowiem sytuacja zagrażająca mieszkańcom całego bloku. To w ich imieniu skierowałam sprawę do sądu.
    Precedens tego wyroku polega na tym, iż nie jest to zasądzona eksmisja z powodu niepłacenia czynszu. Sąd wydał werdykt, że piechcińskie mieszkanie ma być zlicytowane z powodu niezachowywanych w nim od długiego czasu warunków sanitarnych. - To prawda, ja pierwszy raz spotkałem się z takim wyrokiem. Owszem, ponaglenia mieszkańców, którzy nie dbają o higienę sami często stosujemy, ale z reguły przynosi to efekty i stan tej higieny dzięki tym mieszkańcom poprawia się. W tym przypadku tak się jednak nie stało - oznajmił Tadeusz Kosiara, kierownik działu higieny komunalnej i odpowiadający za kontakty z mediami w żnińskiej placówce terenowej Sanepidu.
    Janina Kowalska powiedziała, że 10 sierpnia miał się uprawomocnić wyrok sądu. Rozmawialiśmy dzień wcześniej. - Szacuję, że z powodu okresu urlopowego to uprawomocnienie może nastąpić 2, 3 dni później - oznajmiła administratorka.
Po uprawomocnieniu się wyroku spółdzielnia zamierza wyremontować mieszkanie przed oddaniem do licytacji. Dlatego też w rozmowie z nami córka właścicielki wskazywała nam, że po 10 sierpnia będzie ona chciała prowadzić remont. Jak mówi jednak Janina Kowalska, tym zajmie się już spółdzielnia.


    KILKANAŚCIE LAT UTRAPIEŃ

    Zapytałem panią administratorkę, co wcześniej czyniła, aby zlikwidować problem nie na drodze sądowej, ale tak, aby zamieszkujący w tym mieszkaniu mogli tam pozostać.
    - Z 7 osób tylko właścicielka oraz jej dorosła córka są zameldowane. Jest to mieszkanie własnościowe. Jedna osoba przebywa tam bez zameldowania od wielu lat, a pozostałe od jesieni zeszłego roku. Problem braku jakiejkolwiek higieny w tym mieszkaniu narastał od kilkunastu lat. Wielokrotne ponaglenia oraz interwencje �Sanepidu� nie przyniosły efektów. Kiedy zleciliśmy firmie zrobienie dezynsekcji, to przy następnej ich wizycie (dezynsekcja to zabieg wymagający kilku powtórzeń - przypis kg), na podłogach leżały wytrute karaluchy. Choć minęło sporo czasu od pierwszej wizyty dezynsekujących, to zamieszkali tam ludzie nawet nie zechcieli pozamiatać i wyrzucić tych zdechłych owadów. Ja nie spotkałam się w całym moim życiu z sytuacją podobną do tej, która tam ma miejsce. Naprawdę szkoda mi tej starszej właścicielki, która jest osobą schorowaną i potrzebuje opieki. Ale po zlicytowaniu mieszkania będzie ona miała do dyspozycji środki pieniężne z tego źródła. Bez tej części, którą zajmiemy my na poczet niezapłaconej części zobowiązań wobec spółdzielni. Tak się jednak musiało stać. W bloku panuje zagrożenie epidemią.     Sąsiedzi już nie mogą tam żyć w cywilizowanych warunkach - wyłuszczała Janina Kowalska.

    KTO TAM ZAKASA RĘKAWY?

    Dalej administratorka wskazuje, że próbowała pomagać wysyłając do przeczyszczania kanalizacji swego pracownika. A trzeba było to robić co 2, 3 dni, ponieważ sytuacja z zapchaną ubikacją się powtarzała. - �Wodbar� nie chciał tego robić, więc sama zlecałam. Nie wiem, są tam przecież również ludzie w sile wieku, mogliby sprzątać. Pieniądze tam są. Właścicielka otrzymuje rentę. Środki dezynfekujące nawet dostawali od opieki społecznej, ale niestety, nic nie robią ci mieszkańcy w tym kierunku.
    Kilkanaście minut po moim odejściu w poprzedni czwartek do piechcińskiego mieszkania przybyła Janina Kowalska wraz z opieką społeczną z Barcina i w asyście policji. Autorytet mundurowych miał posłużyć ułatwieniu wejścia, gdyby były z nim trudności.
    Podsumowując efekty tej wizyty, Janina Kowalska powiedziała: - O wszystkim świadczy fakt, że kiedy podawaliśmy argumenty, dla których zapadł wyrok o licytacji: że jest robactwo, że śmierdzi, że nie sprzątają, że psy załatwiają się na podłodze - choć przyznam, iż akurat tego dnia nie było jeszcze wcale najgorzej w porównaniu z innymi wizytami - to odezwała się tylko najstarsza w domu, właścicielka, która z reguły milczy. Powiedziała na wpół świadomie, że ona zakasa rękawy i sama posprząta.     Ale gdzie ta osłabiona kobieta może sprzątać? Ona tam przeżywa gehennę.

    POTRZEBNE LOKUM JUŻ NA CZAS REMONTU

    Janina Kowalska wyraziła żal, że Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej w Barcinie nie chce mieszkańcom zapewnić lokum zastępczego już teraz. Po uprawomocnieniu się wyroku i wejściu komornika ma być zrobiony remont mieszkania przed jego licytacją i sprzedażą. Tymczasem sama gruntowna dezynsekcja zalecana przez Sanepid wymagałaby wyprowadzki wszystkich lokatorów i sublokatorów z mieszkania.
    Szefowa MOPS Dorota Dokładna zadeklarowała, że jest już plan rozwiązania sytuacji, ale przed uprawomocnieniem się wyroku sądu pewnych działań opiece społecznej nie wolno podejmować.
    Pani kierownik MOPS powiedziała, że w ostatni poniedziałek uzyskała potwierdzenie, że właścicielką mieszkania po jego zlicytowaniu zaopiekuje się jej syn, który mieszka w Inowrocławiu. - Ten pan już wcześniej chciał wykonywać remont w mieszkaniu, ale zameldowana tam jego siostra nie wyrażała na to zgody - tłumaczy Dorota Dokładna.

    POMAGALI, ALE SKUTKÓW NIE BYŁO

    Pani kierownik ośrodka pomocy społecznej zapewnia, że od wielu lat sytuacja państwa (...) była ośrodkowi znana. - Pomagaliśmy na różne sposoby. Przykrą prawdą jest niestety fakt, iż nie potrafili oni nawet wykorzystać środków czystości, które im dawaliśmy. A przecież nie są to wszystko osoby na tyle schorowane, żeby nie mogły posprzątać. Ja bardzo współczuję tej najstarszej pani, która jest bardzo osłabiona, może częściowo wygłodzona. Na szczęście zajmie się nią syn. Nasz pracownik bywa tam regularnie przynajmniej raz na 2 tygodnie. To my pierwsi zwróciliśmy się do �Sanepid�, żeby zbadana została sytuacja sanitarna. Bo prawda jest taka, że zagrożony może być cały blok. Nie chciałabym naprawdę być jednym z sąsiadów - powiedziała Dorota Dokładna.

    INOWROCŁAW I SCHRONISKO, ALBO CHMURKA

    Ponadto dodała ona, że po licytacji będzie też zapewne jakiś podział zysków pomiędzy właścicielką mieszkania i jej córką, dzięki czemu i ta ostatnia będzie mogła gdzieś znaleźć lokum dla siebie.
    - Pani, która została przygarnięta przed laty przez właścicielkę, zdaje się pochodzi z Inowrocławia. Nie wiem, czy była tam gdzieś zameldowana wcześniej, czy utraciła dach nad głową. Jej problemem musi się zająć jej rodzima gmina, z którą jesteśmy w kontakcie. Jeśli chodzi o dalszą rodzinę właścicielki mieszkania, która przebywa w nim bez zameldowania od dłuższego czasu, to sam pan wie, że oni złożyli zapotrzebowanie u nas na mieszkanie socjalne, ale sytuacja jest trudna, gdyż oczekujących jest bardzo dużo. My jednak już od dawna mamy deklarację schroniska, że rodzina ta zostanie tam przyjęta. Wprawdzie deklarują ci państwo, że jest wśród nich osoba chora, ale wydaje się, że w schronisku miałaby ona lepsze zdecydowanie warunki, aniżeli w tym mieszkaniu z robakami w Piechcinie. Koniec końców, jeśli jest taki, a nie inny wyrok sądu, będą oni musieli się stamtąd wyprowadzić. To, że dotychczas mieszkają tam oni bez zameldowania, i chociaż mają możliwość przeniesienia się do schroniska, jest przykre. Ja nie mam, i nikt nie ma możliwości wyprowadzenia ich na siłę, jeśli sami nie chcą, a właścicielka nie wyraża sprzeciwu. Kiedy będzie wyrok sądu, to co innego. Schronisko czeka, chyba, że wybiorą co innego, jakąś altankę, czy też po prostu pod chmurką. Wiem, że to tragedia, ale niestety nie można w takiej sytuacji poradzić inaczej. Sytuacja z mieszkaniami socjalnymi powinna się w najbliższym czasie poprawiać - mówi Dorota Dokładna.

    EPIDEMIA WISI NA WŁOSKU

    Tadeusz Kosiara z Sanepidu potwierdził, że od 2 lat mieszkanie, o którym piszemy, było wizytowane na wniosek najpierw MOPS w Barcinie, a później administratora osiedla.
    - Ostatnio byliśmy tam w ubiegłym tygodniu z komisją złożoną z przedstawicieli opieki społecznej i administratorki. Ja osobiście nie byłem, ale wiem, że sytuacja jest tragiczna. Wcześniej daliśmy jeden mandat za niedopełnienie minimum sanitarnego, ale to nie dało efektu. Problem powrócił po kilku miesiącach ze zdwojoną siłą. Kontaktowaliśmy się też z Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie. Stwierdziliśmy w piechcińskim mieszkaniu siedlisko potężnych ilości owadów. Są to karaczany - wschodnia odmiana tzw. karaluchów i prusaki, ich odmiana zachodnia. Wcześniejsze dezynsekcje, które zaleciliśmy, a na zlecenie administratora wykonała firma, miały charakter profilaktyczny - powierzchowny, nie szczegółowy i nie dały rezultatu. Zwłaszcza, że mieszkańcy nadal nie dbali o higienę. Obecnie sytuacja jest katastrofalna. Epidemia żółtaczki typu A, czerwonki, salmonelli, duru brzusznego, czy innych chorób układu pokarmowego wisi na włosku. Choć na razie nie stwierdziliśmy obecności wirusów, czy bakterii tych chorób, to wystarczy, że wejdzie tam ktoś z zewnątrz, jakiś nosiciel, bądź przywloką to psy i epidemia może objąć cały blok, albo i osiedle. Wówczas wskazana byłaby dezynsekcja i dezynfekcja całego bloku, co ze względów proceduralnych nie jest takie proste - oznajmił Tadeusz Kosiara.

    WYPROWADZKA I KILKA RAZY DO DEZYNSEKCJI

    Groźba polega na tym, że owady rozprzestrzeniają się po klatce schodowej, po elewacji, w rurach, urządzeniach wentylacyjnych i rozwój zarazy byłby bardzo szybki. Sanepid zalecił zatem gruntowną dezynsekcję mieszkania. Oznacza to, że mieszkanie powinno być opróżnione ze wszystkich mebli. Tadeusz Kosiara stwierdził w rozmowie ze mną, że trzeba wręcz zerwać wszystkie podłogi. Wszystko wskazuje bowiem na to, że pod nimi znajdują się tysiące owadów w różnym stadium rozwoju. Podobnie w różnego rodzaju zakamarkach i dziurach w ścianach.
    Musiałaby to być dezynsekcja kilkakrotnie powtórzona. Dlatego, że od środków chemicznych giną duże osobniki, które wyszły na zewnątrz, a małe dorastają bezpiecznie w zakamarkach. Podobnie, jak złożone już jajeczka tych owadów. Powtórki dezynsekcji stosuje się co kilka tygodni i ze względów praktycznych oraz zdrowotnych mieszkańcy tego lokalu powinni go opuścić. Wynika to z tego, że po spryskaniu pomieszczenia powinny być szczelnie zamknięte. Wówczas następuje odparowywanie środka owadobójczego i karaluchy giną w jego oparach. Lepiej, żeby ludzi tam wówczas nie było, choć nie jest też tak, iż środek dezynsekujący jest bezwzględną trucizną dla człowieka.

    ZWYKLE WYSTARCZAŁO DYSCYPLINOWANIE

    - Ja osobiście nie spotkałem się, żeby sytuacja doszła aż do takiego katastrofalnego stanu rzeczy, jak w Piechcinie. Nie było tego nigdy w naszym powiecie. Owszem, jest sporo takich przypadków, gdzie ludzie zaniedbali higienę. Ale wystarczy jedynie bardziej profilaktyczna dezynsekcja oraz napomnienie i jedna, czy druga interwencja, może kara pieniężna. I to dyscyplinuje mieszkańców. Tutaj tak się nie stało. Podobnie nie słyszałem, żeby gdziekolwiek w naszym regionie sąd wydał wyrok o licytacji mieszkania z powodu złego stanu sanitarnego spowodowanego zaniedbaniami mieszkańców - kończy smutno Tadeusz Kosiara.

Karol Gapiński
Pałuki nr 652 (33/2004)