W piątek rozmawialiśmy z burmistrzem Andrzejem Rosiakiem. Był wtedy przed wyjazdem na ostatni etap leczenia do kliniki w Warszawie. Tryskał dobrym humorem i optymizmem i powiedział, że najchętniej jak najszybciej powróciłby do pracy. Jednak ostateczną decyzję podejmie po konsultacji z lekarzami.

    Remigiusz Konieczka: - Jak pan dowiedział się o chorobie? Jak przebiegał proces leczenia i jak wyglądało to od strony medycznej?
    Andrzej Rosiak: - Zostałem kompletnie zaskoczony diagnozą, jaką postawili mi po 20 września zeszłego roku lekarze. W wyniku analizy szpiku kostnego stwierdzono u mnie leukemię, czyli ostrą białaczką szpikową. Jest to choroba nowotworowa, niezwykle uciążliwa w leczeniu, ale dająca się wyleczyć i pokonać. Od razu mi o tym powiedziano i dlatego zostałem skierowany do Kliniki Hematologii i Transfuzjologii w Warszawie.
    Klinika ta zajmuje się również przeszczepami szpiku kostnego, które najczęściej wieńczą leczenie, ale niekoniecznie, bo podstawową terapią jest chemioterapia, czyli stosowanie leków cytostatyków. Jest to stosowane w leczeniu różnych chorób nowotworowych i skuteczność leczenia jest różna w zależności od wieku, od zdrowia pacjenta. Chodzi mi tutaj generalnie o zdrowie, bo ta choroba jest niewidoczna i ona nie jest aż tak bardzo dokuczliwa, ale niestety zbiera swoje tragiczne żniwo, bo jak każda choroba nowotworowa nie leczona czy za późno odkryta, staje się dramatem.

31 grudnia, 23:55. Andrzej Rosiak składa życzenia mieszkańcom Żnina fot. Remigiusz Konieczka
31 grudnia, 23:55. Andrzej Rosiak składa życzenia mieszkańcom Żnina fot. Remigiusz Konieczka

    Mnie się akurat tak zdarzyło, że była trafna diagnoza na samym początku i natychmiast podjęto leczenie. Jestem po dwóch chemioterapiach, w okresie remisji, czyli w okresie, w którym już nie ma tej choroby nowotworowej. Natomiast organizm jest osłabiony. Nie ma co ukrywać, że jest to wycieńczająca organizm terapia i sposób leczenia. Ale ci, co przeszli przez to, wiedzą, że można to przeżyć, że duże znaczenie ma tutaj psychika, siła woli, chęć pokonania choroby, a tego nigdy mi nie brakowało. Od samego początku podjąłem walkę i w tej walce wspomaga mnie dzielnie rodzina, grono przyjaciół, grono mieszkańców miasta. Spotkałem się z wieloma, naprawdę wieloma dowodami wsparcia i wielkiej życzliwości, za co serdecznie dziękuję.
    Na obecnym etapie trudno jeszcze definitywnie wyrokować, kiedy zostanie zakończone leczenie, ale wyniki, które obecnie są, wskazują na to, że jest wszystko na dobrej drodze. Jadę ponownie do Warszawy do kliniki na tzw. konsolidację, czyli trzeci etap leczenia. Myślę, że jak wrócę i jak siły mi pozwolą, natychmiast chętnie bym podjął swoje obowiązki. Czuję się sam na siłach, żeby wrócić do pracy i podejmować tematy, które często - ku mojemu zmartwieniu - nie są podejmowane przez Radę i przez moich pracowników. Może ode mnie oczekiwali bardziej konkretnych decyzji, ale niestety choroba zaskoczyła mnie w okresie, kiedy przygotowywane były najważniejsze sprawy związane z budżetem i restrukturyzacją oświaty.
    Muszę także powiedzieć, że lekarze nie wiedzą, jaka jest przyczyna tej choroby. W klinice leczą się zarówno sportowcy, jak też i ludzie, którzy nie są narażeni na wielkie stresy. Nawet genetycznie wchodzi w rachubę szukanie pewnych przyczyn i muszę powiedzieć, że najprawdopodobniej w moim przypadku był to zbieg wielu, wielu okoliczności i jednocześnie pech, bo trzeba mieć pecha, żeby na 38 mln Polaków znaleźć się w gronie ok. 2 tys., którzy rocznie dotykani są akurat tą chorobą. Ale, na ile się orientuję, w Żninie jest kilka osób, które przeszły przez tę chorobę, funkcjonują dalej i myślę, że z nich trzeba brać przykład.
    - Można znaleźć wiele przykładów, chociażby dziennikarz "Wiadomości" Kamil Durczok.
    - I Durczok, i Kolberger, i wielu innych ludzi, którzy również byli leczeni w tej klinice co ja. Muszę powiedzieć, że najbardziej uciążliwe w tym jest leczenie. Mnie to też irytuje. Osobiście wolałbym konkretnie zachorować na coś i wiedzieć, że przez trzy, cztery tygodnie leżę w szpitalu, rekonwalescencja i koniec.
    Zagrożenie chorobą po wyleczeniu sięga 5 lat i dopiero po tym czasie chorobę traktuje się jako zażegnaną. Jest to przygnębiające, ale przecież wiemy, i ja to zawsze powtarzam, że ludzie dotknięci różnymi chorobami i podejmujący leczenie, mają zawsze jakieś szanse. A jak rozejrzymy się wokół, zobaczymy, ilu ludziom Pan Bóg nie daje szansy i odchodzą w ciągu kilku minut. Dlatego to trzeba również docenić.
    - Chciałbym powrócić do samego początku, do września. Komunikat oficjalny mówił co innego, a ludzie wiedzieli co innego. Oficjalna informacja o przyczynie pańskiej nieobecności była niejasna i dopiero pański komunikat, który przywiozła z Warszawy żona, sytuację wyjaśnił. Jak pan ocenia postawę wiceburmistrza Jaworskiego, który nie potrafił poinformować obywateli o stanie zdrowia burmistrza?
    - Być może nie chciał budzić zbyt dużej sensacji i starał się postępować bardzo delikatnie. Być może za ostrożnie poinformował o tym, że ta choroba jest uciążliwa w leczeniu, a nawet bardzo uciążliwa.
    Dopiero będąc w klinice, zgromadziłem odpowiednią literaturę i informacje, które pozwoliły mi w ogóle zapoznać się z tym, co to jest. Muszę powiedzieć, że nikt z ludzi zapytanych na ulicy, co to jest leukemia czy ostra białaczka szpikowa, nie odpowie. Są różne białaczki, ja mam M2. Są białaczki M3, M4, M5. Również dużo jest sposobów leczenia, bo same przeszczepy są i autologiczne i aloguniczne, czyli od dawców innych - obcych, od rodzinnych, z własnego szpiku.
    Naprawdę jest to cała dyscyplina wiedzy z medycyny, która poświęcona jest hematologii, czyli chorobom krwi. To jest wielki obszar, z którym sam zacząłem się zapoznawać. Nie zdawałem sobie na początku sprawy z rangi zagrożenia chorobą, bo informowano mnie, że mam być spokojny, że to jest wyleczalne. Dopiero jak zacząłem czytać, dowiedziałem się o zagrożeniu. Okazuje się, że nie każdy z tej choroby wyszedł, że nie każdy ją przeżył i że to się również bierze z tego, jak psychicznie się podchodzi do choroby, jaka jest wola.
    Muszę powiedzieć, że leczenie jest uciążliwe. Ci co mnie widzieli, wiedzą, że włosy straciłem, że organizm jest wycieńczony, że 10 kilogramów schudłem przez leczenie. Nie rezygnowałem jednak z leczenia. Część ludzi rezygnuje, bo w trakcie chemioterapii człowiek jest w stanie psychicznym, który jest bardzo trudny do przezwyciężenia. Ktoś kto tego nie przeżył, nie wie, że jest też zagrożenie infekcjami. Ludzie umierają nie na białaczkę, ale dlatego, że zostali zainfekowani zwykłą chorobą, która dla normalnego człowieka jest wyleczalna, np. grypa, zapalenie oskrzeli. Zwykła choroba okazuje się śmiertelną, jeżeli dotknie człowieka w trakcie chemioterapii. Wielu ludzi, co wiem z bardzo dobrych źródeł, rezygnuje z leczenia i najczęściej kończy się to tragicznie.
    Jestem pod bardzo dobrą, a nawet jestem skłonny powiedzieć najlepszą opieką, jaką mogę mieć zapewnioną w Polsce i myślę bardzo optymistycznie o przyszłości. Co ma się stać, to się stanie, ale trzeba myśleć o przyszłości, a poza tym ja chcę być konsekwentny, jeżeli chodzi o ślubowanie, które złożyłem mieszkańcom Żnina, że dopóki mi siły i zdrowie pozwolą, będę im służył, będę służył naszej gminie w taki sposób, w jaki najlepiej potrafię, a chciałbym jeszcze wiele tutaj dobrego zrobić.
    - Na zwolnieniu będzie pan przebywał do 11 stycznia 2004 r. Czy będzie kolejne zwolnienie?
    - 5 stycznia (z burmistrzem rozmawiałem 2 stycznia - przyp. rk.) mam się zgłosić w klinice w Warszawie, gdzie kontynuowane będzie leczenie. Ta jego część już nie jest tak uciążliwa. W związku z tym podejmę na pewno temat z lekarzami. Zarówno tymi prowadzącymi mnie, jak również z profesorem Krzysztofem Warzochą, który jest dyrektorem kliniki hematologii. Podejmę poważną rozmowę, żebym mógł wrócić do pracy jak najszybciej po powrocie ze styczniowego pobytu w klinice.

    - Czy długo będzie trwał pobyt?
    - Jeszcze mnie o tym nie poinformowano. Przypuszczam, że zależy to od wyników leczenia w klinice, gdzie bada się zdrowie pacjenta co dzień. Codzienne analizy, morfologia, itd. Myślę, że na podstawie obserwacji z kilkunastu dni, będzie można powiedzieć, w jakim tempie wraca wszystko do normy. Chociaż - jak już powiedziałem - ostatnie badania kilkakrotnie powtarzane wskazują na bardzo dobre wyniki. Remisja jest właściwie prowadzona przez organizm i dlatego jestem pełen optymizmu i gdyby to ode mnie zależało, to najchętniej nie pojechałbym do Warszawy, tylko piątego stycznia pojawił się w Urzędzie Miejskim, ale naprawdę nie chcę tego wszystkiego bagatelizować.
    - Czy doszły do pana informacje o prowadzonych spekulacjach na temat ewentualnego następcy?
    - Tak, oczywiście dochodzą do mnie takie głosy. Część osób mnie uspokaja, że to są tylko spekulacje polityczne. Przecież oczywistą sprawą jest, że jeżeli nie będę mógł podjąć pracy na skutek decyzji konsylium lekarskiego, gdzie wyraźnie mi powiedzą, że albo praca, albo życie, to nie będę narażał życie. Chciałbym powiedzieć, że wtedy naprawdę będzie normalną sprawą wybór mojego następcy.
    - Głosy o ewentualnym następcy pojawiły się już pod koniec października.
    - To świadczy o tym, z jakimi ludźmi mam często w pracy do czynienia. Nie ukrywam, że praca na stanowisku burmistrza wiąże się z olbrzymim stresem i u mnie ten stres był jeszcze potęgowany przez hipokryzję, przez obłudę, przez zakłamanie wielu ludzi, którzy mnie znają, których ja znam i to jak łyse konie znam. Wiem, że mi często nie potrafili uczciwie i szczerze spojrzeć w oczy, podnosząc rękę na sesjach Rady, głosując jakieś historie, żeby pokazać swoją siłę.
    W tej chorobie nabrałem wielkiego dystansu do spraw i chciałbym wyraźnie to powiedzieć, że w momencie, kiedy dojdzie do sukcesji po mnie, to ja na pewno będę głos publiczny zabierał. Czy będę w stanie podejmować pewne działania i czy siły na to pozwolą, to jest inna sprawa. Choroba nie dotyka intelektu i chciałbym, aby to wyraźnie zaznaczyć, że to jest tylko i wyłącznie zdrowie. Sprawnym intelektualnie jest się do końca.
    Już powiedziałem, że spotykałem się często z takimi sytuacjami, że dzieli się skórę na niedźwiedziu i postępuje się w taki sposób, często rzeczywiście śmieszny, bo są przecież określone procedury i jest jeszcze jakaś kultura, wymagająca pewnej być może cierpliwości, ale to na tym przecież polega. Przecież jest dwóch zastępców, którzy dbają o to, żeby sprawy w Urzędzie funkcjonowały normalnie, jest tam sztab ludzi przygotowany do tego. Pewnie, że idealnie to nie wychodzi, ale spójrzmy wokół, spójrzmy na cały kraj, który przechodzić ma głębokie zmiany w zakresie finansów publicznych; ja to wszystko śledzę na bieżąco.
    Znam wszystkie projekty ustaw, jakie przygotowywane są przez wicepremiera Hausnera i przez ministra finansów. To nie jest tak, że jestem oddzielony jakąś kurtyną od tego, co się dzieje. Również konsultuję wiele spraw na bieżąco, zarówno z wiceburmistrzami Jaworskim i Biegańskim, jak również innymi ludźmi: radnymi i sprawującymi funkcje w administracji samorządowej. To nie jest tak, że jak zachorowałem, to nie mam już żadnego kontaktu i się wszystko urwało.
    Owszem, z niektórymi być może się urwało. Oni wiedzą, dlaczego nie konsultuję się z nimi: bo takie konsultacje wcześniej okazywały się często próżnymi, jeżeli chodzi o efekty. Są radni - nie chciałbym ich tu wymieniać - którzy z racji korzyści politycznych, jakie osiągają, nie postępują w sposób taki, który służyłby miastu i gminie dalekosiężnie, a nie tylko i wyłącznie doraźnym celom wyborczym.
    Zawsze podkreślałem, że bycie radnym, to nie tylko w ciągu 4 lat zgromadzenie kasy pozwalającej na kupienie samochodu średniej klasy, ale to przede wszystkim służenie.
    Tak samo jak mi ktoś mówi, że burmistrz jest władzą, to mówię nie. Burmistrz jest wybrany po to, żeby służyć swojemu społeczeństwu. Żeby je reprezentować i żeby być zawsze z nim, a nie po to, żeby jakąś kasę robić albo Bóg wie co.
    A ja widzę po zachowaniu niektórych ludzi sprawujących funkcje publiczne, że niestety prowadzą grę. Grę, która dla mnie jest grą nieczystą. Może idealizm przeze mnie przemawia, ale tak to wygląda. Niestety tak to wygląda. Z jednej strony mówią - tak naprawdę trzeba zracjonalizować wydatki na oświatę, a jak przychodzi do konkretów, to mówią: - Nie, my na to się nie zgadzamy. Tak postępują, żeby zdobyć tanią popularność.
    Przecież na początku były rozmowy w różnych gronach nieformalnych, półformalnych, formalnych z radnymi, że im wcześniej przystąpimy do restrukturyzacji oświaty, tym lepiej, bo później mieszkańcy sołectw trochę zapomną i w następnej kampanii wybiorą być może tych samych radnych. Więc przesuwanie tego w terminie będzie jeszcze gorsze.
    A radni kierują się w dużej mierze własnym interesem - chęcią zostania radnymi na następną kadencję. Za tym kryje się ich duma i ich gotowość do podejmowania działań na rzecz gminy, ale również dieta radnego. Nie ukrywajmy, dieta przez cztery lata daje pokaźną kwotę. Jaką, proszę bardzo, nieraz Pałuki o tym informowały. Wystarczy tę dietę pomnożyć przez 48.
    Dyskutowałem z wieloma radnymi, że musimy zamknąć szkoły w Jadownikach, w Januszkowie, w Cerekwicy i wybrać: Gorzyce albo Brzyskorzy-stew. Do wyboru. Przypuszczam, że tutaj bardziej korzystne byłoby zrobienie nawet szkoły społecznej. Mówiłem wyraźnie, że jedno przedszkole w gminie powinno być przedszkolem niepublicznym na prawie publicznego i dofinansowanym z budżetu.
    I dlatego bzdurą jest jak któryś z radnych mówi, że Rosiak nie przygotował reformy. Dyskutowaliśmy o tym. Choroba oczywiście przerwała tę dyskusję, ale ona była na tyle przygotowana, że teraz zarzucanie burmistrzowi niedociągnięć jest nie na miejscu. Wielkie oszczędności byłyby z przekształcenia szkoły sześcioklasowej z dyrektorem w np. trzyklasową jako filię żnińskiej szkoły podstawowej.
    Nagle się okazuje, że jeden radny niedowidzi, drugi niedosłyszy, trzeci zapomniał - jest to żenujące widowisko specjalnie pod wyborców robione. Czytałem artykuły na ten temat i tej hipokryzji oraz demagogii mam po dziurki w nosie. I proszę mi wierzyć, że gdyby nie ta choroba, to zupełnie inna sytuacja byłaby dzisiaj. Najbardziej boli mnie to, że zaczęli się wycofywać ci, którzy mnie do tej reformy namawiali. Tak dokładnie to dzisiaj wygląda.
    - Choroba uniemożliwiła panu kontakt i rozmowę z mieszkańcami wsi, w których mają być zlikwidowane szkoły. Co pan powiedziałby mieszkańcom, którzy czują się rozgoryczeni i często rozżaleni, że oddali swój głos na pana i radnych, a teraz proponuje się im, aby posyłali dzieci do innych szkół?
    - Zacząłbym od tego, aby wskazać mieszkańcom gminy, że znajdujemy się na szarym końcu, jeżeli chodzi o wyniki nauczania dzieci w całym kraju, o czym właśnie Pałuki informowały. Pałuki zrobiły to bardzo delikatnie i bardzo dyskretnie, nie krytykując za bardzo tych, którzy są odpowiedzialni bezpośrednio za efekty nauczania. Przecież znajdujemy się w prawie 20% szkół, które mają najniższe efekty nauczania. Uważam, że jest to również skutkiem złej struktury oświaty, jaką mamy na terenie gminy.
    Zawsze twierdziłem, że szkoła jest ośrodkiem nie tylko edukacji, ale także życia kulturalnego na wsi, ale z drugiej strony musimy zapytać się wszystkich mieszkańców gminy, czy mamy po pewnym czasie wyłączać oświetlenie ulic, zaniechać napraw dróg, czy mamy zaniechać modernizacji pozostałych szkół, unowocześniania ich, prowadzenia selekcji pozytywnej najlepszych nauczycieli z grona, jakie posiadamy.
    Nie da się ukryć, że jednym z bastionów oporu restrukturyzacji są grona nauczycielskie szkół, które mają być likwidowane. Ja rozumiem tych nauczycieli, bo przecież jednym z elementów konsultacji miały być rozmowy, gdzie będziemy tych nauczycieli zatrudniać.
    Naturalną koleją rzeczy jest wymiana kadry - niektórzy przechodzą na emeryturę, zmieniają profesję, gdzieś się tworzą wakaty i mamy listę tych, którym musimy zapewnić pracę. Ale musimy zapewnić, kiedy są warci tego, kiedy mają efekty nauczania, kiedy mają przygotowanie zawodowe na odpowiednim poziomie, bo to, że ktoś był przez 5 lat po maturze nauczycielem i teraz będzie chroniony jako ten supernauczyciel w pierwszej kolejności przed tym, który ma np. dwie specjalizacje i efekty nauczania, to niestety takich numerów nie można robić.
    Uważam, że z mieszkańcami należy rozmawiać, ale z góry przecież trzeba w dyskusji założyć, że nikt nie powie: Tak, zamknijcie nam szkołę. Więc wiadomo z góry, że na pytanie, czy chcesz być w życiu zdrowym, mądrym i bogatym czy chorym, głupim i biednym, nikt nie wybierze drugiego wariantu.
    Rozumiem sytuację, w jakiej stawiamy lokalne społeczności. Ale z drugiej strony, jak im przedstawimy koszty, jakie ponosi gmina, czyli wszyscy podatnicy z tytułu utrzymania szkół, które naprawdę są bardzo drogie, to może niektórych przekonamy. Przecież tu chodzi o 4,5 do 5 mln zł. Jeżeli część z tych oszczędności przeznaczymy na unowocześnienie szkół - jak możemy mieć szkoły bez sal gimnastycznych, bez zaplecza potrzebnego do nauczania informatyki, fizyki, chemii? - to efekty nauczania będą lepsze.
    - Część radnych twierdzi jednak, że utrzymanie przedszkoli jest droższe niż utrzymanie szkół wiejskich. Jak widzi pan ten problem?
    - Jeżeli chodzi o przedszkola, to zawsze miałem skrystalizowany pogląd. Z Przedszkola nr 1, które jest własnością gminy (jeżeli chodzi o budynek), zrobimy przedszkole niepubliczne, ale prowadzone przez dotychczasową załogę i pracowników. Oni to dobrze robią, ale wiązałoby się to niestety z rezygnacją z przywilejów, jakie daje Karta Nauczyciela, którą zresztą uważam, za pokłosie PRL-u. Mogą się na mnie nauczyciele obrazić, ale przywileje, które zachowali, są niewspółmierne do sytuacji, w jakiej się kraj znajduje. Naprawdę z czystym sumieniem uważam, że prowadzenie placówki niepublicznej oświatowej daje możliwość zarówno i zarobienia pieniędzy i większego zaangażowania w pracy.
    - A przedszkole nr 2?
    - W przedszkolach nr 2 (dawne cukrownicze) i nr 3 (ul. Szpitalna) postawiłbym na oddziały zerowe, aby 100% dzieci było nimi objętych. W zerówkach widziałbym także szansę w środowisku wiejskim. To, że zamykamy - załóżmy - szkołę w Januszkowie, wcale nie oznacza, że likwidujemy placówkę dydaktyczno-wychowawczą. Likwidujemy szkołę w Januszkowie, ale robimy tam oddział zerowy, aby tych małych dzieciaczków nie dowozić do Żnina, i dwie albo trzy pierwsze klasy szkoły podstawowej jako filie np. szkoły nr 3 w Żninie.
    - A co myśli pan o koncepcji budowy nowej szkoły na terenie wiejskim? Czy to ma sens, czy też - jak mówi radny Jerzy Krynicki - jest to bez sensu, bo i tak liczba dzieci spada i może się okazać, że szkoła, która będzie kosztowała kilka milionów złotych, będzie stała pusta.
    - Tak, to jest po prostu wyliczanka. Wyraźnie widzimy niż demograficzny i związku z tym ja byłbym skłonny zastosować inne rozwiązania. Mamy Gimnazjum nr 2 bez sali gimnastycznej. Tam zainwestowałbym w powiększenie bazy, bo dwa dobrze funkcjonujące gimnazja w Żninie rozwiązałyby definitywnie problem drugiego etapu kształcenia. Jeżeli chodzi o sieć szkół podstawowych uważam, że Szkoła nr 1, że Szkoła nr 2 spełniają swoje zadania. Jeżeli chodzi o Szkołę nr 3, to można pokusić się o jej rozbudowę, ale czy budowę od podstaw, to też mam wątpliwości.
    Chodzi o to, aby nie wpaść w tę pułapkę, tak jak wiele gmin wpadło, że zamknięto szkoły, których nie można zaadaptować na mieszkania - no bo jak z takiej Szkoły jak nr 2 w Żninie zrobić mieszkania? Grozi to tym, że budynki będą stały puste tak jak to ma miejsce z budynkiem banku przy ul. Sądowej. Byłbym ostrożny w budowaniu kompleksu dydaktyczno-wychowawczego, podobnego do tych, jakie zbudowano przy ulicach 1 Stycznia lub Wandy Pieniężnej, czyli dużej szkoły na 600-700 uczniów, a bywało, że i 1.000 się w niej uczyło. Raczej trzeba pomyśleć nad tym, aby dofinansować i poprawić warunki nauczania w Gimnazjum nr 2 i obecnej Szkole Podstawowej numer 3.
    - Na początku 2003 r. gmina Żnin przystąpiła do spółki Żnińska Kolej Powiatowa, a teraz okazuje się, że ma ona problem, który może się pogłębić z chwilą uruchomienia szlaku wodnego ze Żnina do Wenecji. Pomysłu bardzo kontrowersyjnego zresztą. Co Pan sądzi o pomysłach starosty, które podrzucane są gminie? Chodzi tu o budowę basenu czy Związek Gmin Pałuckich.
    - Od razu przystąpmy do wyjaśnienia sobie pewnej sprawy. Zawsze byłem zwolennikiem ukierunkowania rozwoju naszej gminy na turystykę, na pozyskiwanie środków na infra-strukturę, rozwój sieci gospodarstw agroturystycznych i między innymi na nadanie lepszej funkcji naszym jeziorom poprzez wykorzystanie ich dla celów rekreacyjno-wypoczynkowych i sportowych. I to nie pan Jaszczuk czy starostwo wychodzi z inicjatywą udrożnienia szlaku wodnego do Wenecji. Ja mam u siebie w muzeum dokumenty, które w 1990 roku opracowałem w programie Małych ojczyzn. Jest to program zagospodarowania pałuckiego odcinka Szlaku Piastowskiego i między innymi udrożnienia oraz przywrócenia funkcji żeglownej Gąsawce. To nie jest tak, że ona od początku była taka jak jest obecnie i tu bym chciał uświadomić sceptykom i malkontentom, którym się to nie podoba, że nie chodzi o to, żeby nam ta Gąsawka zupełnie zarosła, bo oni by wtedy zacierali ręce: Ach nic burmistrz nie zrobił, starosta nic nie zrobił, władze nic nie zrobiły, tylko o przywrócenie Gąsawce funkcji, jaką miała przez kilkadziesiąt lat po wojnie. Kiedy w okresie obchodów 700-lecia miasta Żnina organizowano spływy kajakowe, trzy kajaki obok siebie mogły przepłynąć ze Żnina do Wenecji i Biskupina i się nic nie działo. To właśnie przez zaniedbania wieloletnie nie mamy żeglownego szlaku do Wenecji i do Biskupina. I tutaj nie chodzi o żadną rewolucję, tylko o poniesienie pewnych kosztów. Ja się cieszę, że tych kosztów szuka się poza budżetem gminy czy powiatu, bo wiem, że mają być pozyskane z Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i ze środków unijnych. Uważam za malkontentów i narzekających tych, którzy mówią, że gniazda lęgowe będziemy niszczyć, że zburzymy zrównoważony system ekologiczny jezior żnińskich. To totalna bzdura. Przez 14 lat rozmawiałem z wieloma ekologami, rozmawiałem z wieloma miłośnikami turystyki i każdy wyraźnie powtarzał, że Gąsawka nam zarosła przez lata zaniedbań i złą gospodarkę wodną. Sam byłem zawsze zwolennikiem udrożnienia Gąsawki przynajmniej do Wenecji. Jak ktoś nie wie o co chodzi, to niech jedzie na Mazury i zobaczy, jak to wygląda. Przystań i kursujące tramwaje wodne są nieuciążliwe. Jak to u nas zafunkcjonuje, to przy odpowiedniej promocji będzie ściągało coraz więcej turystów.
    Jak ta kolejka, o której mówią "nieszczęsna", bo nas zaczyna kosztować. Przecież ona ma niesamowitą rangę jako symbol ziemi pałuckiej, ziemi żnińskiej. Żnińska Kolej Powiatowa towarzyszy nam od 110 lat i przez to, że zabraknie nam 10-15 tys. złotych mamy po prostu ją zamknąć? Pewne sytuacje są związane z ogólną sytuacją w kraju, a z drugiej strony, uczymy się kierowania kolejką, bo jest to prekursorskie działanie. Jakie wyjście było: zamknąć kolejkę lub przejąć i uruchomić. Gmina Żnin w sumie ponosi niewielkie koszty, mając na uwadze dochody, jakie ta kolejka ma. Ludzie mają tam pracę. Nikt nie mówił, że przez 12 miesięcy w roku od razu cała załoga będzie miała zatrudnienie. Być może trochę niefrasobliwie postąpił prezes, w sposób bardzo socjalny w stosunku do pracowników, zapewniając im warunki funkcjonowania non stop, ale uważam, że to modyfikowanie i uczenie się przyniesie efekty i kolejka zawsze będzie dawała nam korzyści.
    Uważam, że sprawa basenu jest przedsięwzięciem może nie niezbędnym, ale należy poważnie o tym myśleć. Jeziora wykorzystujemy od maja do września, a jak pogoda nie dopisuje, to krócej. Natomiast zajęcia na basenie, jako element rozwoju fizycznego dzieci i młodzieży, uważam za kapitalną sprawę. Podobnie jak zajęcia rehabilitacyjne i szereg innych wartości, jakie niesie ze sobą basen. Nie mówiąc o stronie rekreacyjno-rozrywkowej. Basen może funkcjonować tylko przy udziale sześciu gmin i powiatu. I nieprzypadkowo ze starostą złożyłem wizytę u marszałka województwa kujawsko-pomorskiego, który zadeklarował pomoc z funduszy Totalizatora Sportowego i wskazał możliwości z funduszy unijnych.
    Gmina Żnin niekoniecznie przejmowałaby jakieś wielkie ciężary finansowe, tylko wspólnie z pozostałymi gminami mogłaby takie zadanie przeprowadzić. Warto mieć taki obiekt, tak samo jak warto modernizować stadion miejski. Myślę, że w roku 2004 przystąpi się do budowy tego zaplecza i jestem całym sercem za.
    - Nie będzie mógł pan uczestniczyć w początkowym okresie tworzenia budżetu, ale chciałbym zapytać, na jakie działy będą szczególną uwagę zwracać pańscy zastępcy?
    - Możemy, budując budżet, pewne zadania określić - tak to było w ubiegłym roku i sądzę, że tak będzie i w tym. Określimy zadania i je zrealizujemy. Jeżeli nam się uda coś więcej zrobić, to będzie to chodnik przy ul. Jasnej, naprawa chodnika przy Liceum Ogólnokształcącym, budowa chodnika przy ul. Parkowej. W 2004 roku powinniśmy kontynuować budowę uliczek przy Ogrodowej, ale też nie w jednym roku zrobimy i Wiśniową i Sadową i pozostałe ulice.
    - W styczniu komisja budżetu ma przygotować projekt uchwały określającej wysokość ulg podatkowych. Jakie jest pana zdanie na ten temat?
    - Jestem zdania, że powinniśmy stosować ulgi dla przedsiębiorców, którzy tworzą nowe miejsca pracy, ale nie w sferze handlu, tylko w sferze produkcji i usług. Tam, gdzie przedsiębiorcy rozbudowują swoją firmę, możemy dać ulgę w podatku od nieruchomości, który nie jest w końcu taki niski, ale jeżeli w zamian za to przedsiębiorca stworzy miejsca pracy. Ja jako burmistrz takie kompetencje mam i w ten sposób starałem się pomagać firmie Pozmlecz, co też się wielu osobom nie podobało, bo były zarzuty, że Pozmlecz w terminie nie płaci pracownikom itd. Prosiłem Powiatowy Urząd Pracy o wykazy pracowników, którzy tam zostali skierowani i podjęli pracę. Znaleźli tam zatrudnienie i był to powód, aby zakładowi pomóc. Uważam, że szczególnie żnińskim przedsiębiorcom, jeżeli zatrudnią kilka osób z terenu naszej gminy, to jak najbardziej ulga może zostać przyznana. Jak znajdzie się praca dla osób bezrobotnych, to nie będą obciążeniem dla budżetu gminy w sensie pomocy socjalnej i społecznej i te pieniądze wracają.
    - Jak widzi pan pomoc żnińskiemu szpitalowi, który z roku na rok ma coraz więcej kłopotów związanych z zadłużeniem?
    - Forma pomocy gminy, jeżeli chodzi o szpital, to decyzja Rady o zupełnym zwolnieniu szpitala od podatku od nieruchomości. To byłaby najbardziej mądra i dobra pomoc. Uważam, że szpital, który leczy obywateli, jest tak samo naszą własnością jak szkoła, czyli po prostu jest to tak samo gminne, powiatowe, jak i państwowe.
    - Czy powstanie w tej sprawie odpowiedni projekt uchwały?
    - To wymaga przede wszystkim konsultacji z Radą, bo jest to uszczerbek w budżecie. Chociaż już mamy ustawę, która zmniejszyła wysokość podatku od nieruchomości w 2004 r.
    - Czy gmina powinna poręczyć kredyt Zakładu Energetyki Cieplnej?
    - Zdecydowanie przesadza przewodniczący Komisji Budżetu i Gospodarki pan Kośmicki twierdząc, że burmistrz Rosiak niepotrzebnie powołał komisję i jeszcze w skład tej komisji powołał panów: Jóźwiaka, Kowalskiego i Bóg wie kogo. Ta komisja to jest zespół osób, w którym również mój zastępca pracował, gdzie również wiele innych osób pracowało, m.in. pracowników Urzędu. Przeanalizowano wszelkie dokumenty. Czy pan Kośmicki nie przeczytał wniosków tej komisji? Przecież tam czarno na białym jest napisane, jakie warunki umowy, którą zawarła gmina z nabywcą ZEC Fluid Corporation nie zostały spełnione. Czy on nie widzi tego, że tu nie tyle chodzi o to, kto jest w komisji czy kto jest winien? Nie chodzi o to, by mówić o ludziach, ale o stanie faktycznym trzeba mówić. Komisja wykazała, że nie zostały spełnione warunki umowy i moim obowiązkiem jako burmistrza jest zareagowanie na to.
    Najprawdopodobniej po rozmowach z radcami prawnymi będę dążył do rozwiązania umowy. To mi komisja czarno na białym pokazała. Oprócz tego mam jeszcze protokół kontroli NIK. I tu nie chodzi o to, że będę się bawił w archeologa i historyka, jeżeli chodzi o ZEC. Uważam tę prywatyzację od początku za niefrasobliwą, mówiłem o tym w kampanii wyborczej i jestem przekonany, że jest tam zbyt wiele spraw niejasnych i niezgodnych z oczekiwaniami społeczeństwa.
    A poza tym - co chciałem podkreślić, bo się o tym mało mówiło - byłem osobą, która nie wyraziła zgody na udzielenie absolutorium ustępującemu zarządowi ZEC, bo nie mogę udzielić absolutorium firmie, która ma 1.200.000 strat, a już nie mówię o wątpliwym kredycie na modernizację. Kto wie, czy dla gminy najkorzystniejszym rozwiązaniem nie będzie umowę na drodze sądowej unieważnić.
    - I co wtedy?
    - I wtedy wspólnie z BRE Leasing znaleźć inwestora strategicznego, który dokończy modernizację ZEC i zapewni rozwój ciepłownictwa w Żninie. Sceptycznie podchodzę do sprawy poręczenia, bo nie wiem, czemu gmina ze swoimi 10% udziałów ma poręczać kredyt, który ma gwarantować funkcjonowanie ZEC. Ze mną nikt na ten temat nie rozmawiał. Przed chorobą uczestniczyłem w pierwszej części walnego zebrania i niestety tragiczna śmierć właściciela Łączności [jednego z udziałowców - przyp. rk] pana Krzysztofa Gotowskiego, z którym pewne sprawy przygotowywałem, przerwała ten proces. Już nie mówię o mojej chorobie. W związku z tym nie dokończyliśmy tematu.
    Od razu mówiłem o tym dyrektorowi BRE Banku i zarządowi ZEC, że naprawdę nie będzie przyzwolenia na gwarancje kredytowe ze strony gminy Żnin. Dziwię się, że pojawiły się jakieś takie rozmowy ze strony radnych, ponieważ byliśmy zgodni - jeżeli chodzi o prezydium Rady - a nagle się okazuje, że inicjatywa z tej strony wypłynie. Chociaż z drugiej strony, jak już powiedziałem, jako burmistrz muszę się niestety podporządkowywać woli Rady. Mówię niestety, dlatego, że mogą to być decyzje niezgodne z moją koncepcją i moimi oczekiwaniami, ale chcę, żeby to było wówczas wyraźnie napisane, że Rada to uchwaliła i Rada bierze za to odpowiedzialność. W tym wypadku gwarancje kredytowe.
    - Niektóre sprawy w ogóle nie zostaną rozwiązane przed pana powrotem. Chodzi tu o prezesa Przedsiębiorstwa Gospodarki Mieszkaniowej Wiesława Kwaśniewskiego, który został przyłapany na kierowaniu samochodem po spożyciu alkoholu oraz nie posiada wymaganej na tym stanowisku licencji do zarządzania nieruchomościami.
    - Dla mnie jest to sytuacja moralnie bardzo dwuznaczna. Ja lubię czyste sytuacje i pan Kwaśniewski o tym wie. Sadzę, że w momencie, kiedy wrócę, będą natychmiastowe decyzje. Chociaż będę tę sprawę jeszcze analizować, jeżeli chodzi o PGM. Ja wiem, że każdemu się mogą różne historie przydarzyć, ale w tym wypadku było to zdecydowane przegięcie. Mając na uwadze pełnioną przez niego funkcję radnego powiatowego, muszę podjąć jeszcze inne działania. Co prawda radni nie mają takich immunitetów jak posłowie, ale prawnie są również w jakimś stopniu chronieni. Wiem, że należy wystąpić o opinię - jeżeli chodzi o dymisję - i tak dalej. Nie wykluczam tutaj radykalnych rozwiązań. Proponuję jeszcze troszeczkę cierpliwości, a myślę, że znajdzie się rozwiązanie, bo do mnie docierają liczne głosy mieszkańców. Ja nie tracę kontaktu z mieszkańcami. Na pewno problem byłby rozwiązany, gdyby nie moja choroba.
    - Pozostaje mi życzyć panu szybkiego powrotu do zdrowia i do pracy. Dziękuję za rozmowę.
    - Dziękuję.

z Andrzejem Rosiakm
rozmawiał Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 621 (2/2004)
Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry