Wspomnienia sprzed 15 lat Wojciecha Świtały
   
    Na początku tygodnia minęło 15 lat od pierwszego wydania "Pałuk". Dziś oddajmy się wspomnieniom. W tamte czasy przeniesie nas Wojciech Świtała, który nie tylko pracował wtedy w redakcji. Jest także dumnym posiadaczem wszystkich numerów "Pałuk" od tego z 20 lutego 1991 roku do tego z 16 lutego 2006 r.


    Remigiusz Konieczka: - Jak się zaczęła Pana przygoda z "Pałukami"? Jak wyglądało pierwsze spotkanie z naczelnym?
    Wojciech Świtała: - Pierwsze spotkanie miało miejsce w 1991 roku. To w zasadzie było spotkanie zorganizowane przez żonę. Powstały "Pałuki", które były drukowane w Bydgoszczy. Trzeba to było potem pozbierać i pofalcować. No i my z żoną zgłosiliśmy się do Dominika. Znaliśmy go już wcześniej, bo jak pracowaliśmy w drukarni w Żninie, jak wychodziła "Baszta", to on tam też swoją rękę musiał dołożyć. Zapytał się, czy moglibyśmy mu w tym pomóc. Odpowiedzieliśmy, że chętnie.
    - Na czym ta pomoc polegała?
    - Przychodziliśmy wieczorem. Chodziliśmy wtedy do starego ZEC-u na ul. Aliantów, na przykład na godzinę 19:00, czy 20:00. Jak przywozili z Bydgoszczy wydrukowane arkusze "Pałuk", trzeba było to rozłożyć na stole i zebrać arkusz po arkuszu, kompletując gazetę. A na końcu złamać gotowe "Pałuki" i odkładać kolejne egzemplarze na kupkę, na kupkę i tak dalej. Pierwsze początki, to były bardzo małe nakłady. Zaraz tutaj stopka powinna być [otwiera pierwszy numer "Pałuk" - przyp. rk]. Tysiąc egzemplarzy.
    - A jeśli chodzi o złamanie "Pałuk", czy chodziło o przecięcie, czy zgięcie, ponieważ dziś mówimy o łamaniu strony?
    - Chodzi o zgięcie "Pałuk". Fachowo nazywa się to falcowanie. Do falcowania są używane falcaparaty, które łamią na połowę w zależności od tego ile tych łamów jest. Ale tutaj to było na pół. Było to przywożone w formacie A3 i trzeba było tylko pozginać. Używaliśmy do tego kostki introligatorskiej. Ta praca na tym właśnie polegała.
    - Długo to trwało?
    - Jeśli "Pałuk" było mało np. 3.000 pracowało się dwie, trzy godziny i było po krzyku. Ale jak nakład zaczął rosnąć i na końcu było chyba 8.000, to pracowaliśmy całą noc. Bo rano przyjeżdżali i zabierali do rozwożenia po kioskach. Człowiek przeszło 20 lat pracował w drukarni i to po prostu ciągnęło. Żona oczywiście jeszcze dodatkowo zbierała reklamy do "Pałuk". Teraz ta gazeta z małego formatu A4 zrobiła się A3. To już jest (śmiech) bardzo dużo.
    - A jakie były wrażenia po wydaniu pierwszego numeru?
    - Po prostu było mało zwrotów. Oznacza to, że Dominik Księski trafił z tą gazetą na ten teren. W ogóle na żniński teren.  
    - Czym Pana ujęła ta gazeta jako czytelnika. Jakie były te pierwsze numery, co Pana interesowało? Co było w nich takiego, czego się nie spotykało w innych gazetach?  
    - Zaintrygowało mnie to, że były wywiady z ciekawymi ludźmi, trochę historii Pałuk i oczywiście był sport. Tutaj ten sport żniński jaki jest, taki jest, ale jest. Przede wszystkim historia i wywiady. To było dobre. Problemy ludzi, pracowników, których zakłady zostały zamknięte, np POM. To było wszystko opisywane. Regionalne sprawy były poruszane na bieżąco. I chwała za to redakcji. I niech tak dalej będzie. Może nie wszyscy poprą moje zdanie, ale uważam, że "Pałuki" są dobrą gazetą. I na pewno każdy znajdzie coś ciekawego dla siebie.  
    - Jak dziś Pan ocenia gazetę w porównaniu z pierwszymi numerami?
    - Są zmiany. Gazetę kupują nie tylko młodzi. Kupują ją również starsi. Jak weźmiemy gazetę do ręki, to widać, że ten druk wtedy był troszeczkę większy. Powiedzmy sobie jasno. W obecnej chwili druk jest mniejszy i kto czyta w okularach, to jest to trudniej przeczytać. Starsi, bez okularów przy czytaniu mają trudności. Szata graficzna zmieniła się na plus, bo gazeta, to nie jest jakaś tam broszura. Gazeta, to gazeta. Uważam, że gazeta powinna być gazetą, czyli - duży format i dużo informacji. Nie tylko o historii Pałuk. Początkowo tego nie było, ale w dużych "Pałukach" jest bardzo dużo informacji dla rolników. Wiele rzeczy związanych ze skupem zbóż, zwierząt hodowlanych. I rolnicy też mają sporo do poczytania.
    - Czy zaobserwował Pan zmiany na grosze? Oczywiście oprócz wielkości liter. Są gazety, w których pierwsze numery są dobre, późniejsze numery nie są już tak ciekawe i nakład spada. Czy jako czytelnik nie zaobserwował Pan tego w przypadku "Pałuk"?
- "Pałuki" są jak wino. Im starsze, tym lepsze. Nie twierdzę, że pierwsze "Pałuki" były nieczytelne. Uważam, że dużo rzeczy w tej gazecie ukazuje się, czego nie było wtedy. Na przykład artykuły z pracy Rady Miejskiej. Oczywiście niektórym nie podoba się to, że się kłócą. Ale to jest wszystko na bieżąco podawane. Po to, żeby nikt nie zarzucił tego, że po prostu my o niczym nie wiedzieliśmy. Rada jest zamknięta dla ludzi, ale są redaktorzy, którzy zdają relację z tego, co się tam dzieje. Ja minusów nie dostrzegam. Może by się znalazły, ale nie wiem, nie rozumiem.
    - Chciałbym odwołać się do Pana pamięci, ale do takiej szczegółowej.
    - Może być trudno.
    - Czy umiałby pan przypomnieć sobie, który numer utkwił Panu w pamięci. Może artykuł lub zdjęcie.
    - To jest bardzo trudne. Który artykuł był najlepszy, które zdjęcie było najładniejsze? Nie wiem.     Byłoby ich sporo. Był jeden numer poświęcony 80-leciu "Pałuczanki". Między innymi z tego numeru jest pisana praca magisterska. Zawsze w numerze znajdzie się artykuł, który czytelnika zainteresuje. Może nie co tydzień, ale zawsze jest coś co czyta się z zainteresowaniem. Trudno jest mi powiedzieć, które zdjęcie byłoby najlepsze.
    - Czy był artykuł, po którym się Pan zdenerwował i powiedział: co to są za bzdury?
    - Powiem szczerze, że nie możliwe jest to, aby każde "Pałuki" od deski do deski przeczytać. Ale nie należę do tych, którzy chwyciliby za telefon i zadzwonili do naczelnego i mówili: "Słuchaj, co ten twój redaktorzyna wypisuje za brednie".
    - To w domowym zaciszu może się Pan podenerwować.
    - (śmiech) Nie, to jest różnie, ale raczej nie. Bo jeżeli pisze Pan Grzegorz Berdysz o "Pałuczance". Czasami można się z nim nie zgodzić na różne tematy, bo jestem kibicem "Pałuczanki", no ale pisze to obiektywnie. Od stron rolniczych jest o sporcie i to mnie w zasadzie interesuje.
    - Może ma Pan ulubionego autora?
    - Na początku była to Maria Warda. Lubiłem czytać jej artykuły; interesowała się zawsze ludzką niedolą. Jak były zamykane kolejne zakłady w Żninie, to ona już tam była, już relacjonowała sprawy ludzi. A dzisiaj? Mogę powiedzieć o ludziach, którzy wtedy, za moich czasów pracowali. Nie mogę powiedzieć o dzisiejszych. Musiałbym poznać bliżej reportera, który chodzi i mieć z nim kontakt. Nie twierdzę, że młodzi nie piszą dobrych artykułów. Też są artykuły dobre gatunkowo, dobre reportersko.
    - Jak długo pracował Pan wraz z żoną w "Pałukach"?  
    - Tutaj mam rocznik 1996, 1994... Muszę powiedzieć, że prawie do początku wydawania dużego formatu. To było 8.000 nakładu małych "Pałuk". Duży format pojawił się w 1994 roku. Przez pół roku był mały format, a kolejne pół - duży.
    - Warto przypomnieć, że najpierw "Pałuki" były dwutygodnikiem.
    - Tak, były wydawane co dwa tygodnie. I - jeśli się nie mylę - wychodziły w piątki.
    - A potem na słupach ogłoszeniowych były plakaty: "Teraz wybuchamy w czwartki".
    - Tak. Wtedy Marian Kawka przywoził je swoim samochodem do ZEC-u i my to łamaliśmy.  
    - Jak zaczęło się kolekcjonowanie tygodnika?
    - W mojej kolekcji nie brakuje żadnego numeru. Wszystkie numery były odkładane na półkę w meblościance i na końcu, jak były wszystkie numery w roku, to zanosiłem to do państwa Bogdańskich (notabene z którymi pracowałem w drukarni w Żninie) i oni mi to oprawiali. Robili to gratisowo, za co bardzo im dziękuję. Swego czasu jak rozmawiałem z Dominikiem Księskim, to się zdziwił. Były wtedy już duże wydania. Zapytał: "Ty masz wszystkie wydania i żadnego numeru nie brakuje"?
    Raz przepiłem jeden. Poszedłem do naczelnego i mówię: "Dominik ratuj, nie mam jednego numeru". Zapytał którego i po chwili wręczył mi brakujący egzemplarz. Wszystkie numery są. Nie brakuje ani jednego. Hałas w rodzinie byłby, gdyby się okazało, że jakiegoś nie ma.  
    - Nie korciło Pana, czy może kogoś z rodziny, żeby wyrzucić gazety?
    - Nie. W chwili obecnej synowie mówią, że można byłoby to oddać na makulaturę. Ale przy różnych imprezach rodzinnych, jak ktoś przyjdzie, to mówi: "O wujek ma gazetę "Pałuki". I zamiast rozmawiać, to ogląda "Pałuki". Słyszę wtedy śmieszne komentarze: "O jaki fajny artykuł, o jaki tutaj ten jest młody". Zresztą pierwsze zdjęcia były czarno - białe. Nie wszystkie wychodziły idealnie. W tych najnowszych wydaniach zdjęcia są już coraz lepsze jakościowo. Niektóre wydania drukowane były na dobrym jakościowo papierze. Dominik Księski chciał, żeby ta gazeta, którą czytelnik bierze do ręki, coś sobą przedstawiała. Że to nie jest jakiś tam szmatławiec, że to nie jest brukowiec, że to jest dobra gazeta i oddana w dobre ręce do poczytania.
    - Czy na kolekcję jest w mieszkaniu specjalne miejsce?
    - Jest, u syna w pokoju jest meblościanka i tam wszystkie "Pałuki" stoją. Ale teraz są w rozjazdach, ponieważ kilka roczników użyczyłem studentom piszącym prace magisterskie.
    - Co zapamiętał Pan z tamtych lat?
    - Człowiek przejęty był tym co robił. Jeśli ktoś powierzył jakieś zadanie komuś, to trzeba było się z tego zadania wywiązać. I to dobrze wywiązać. Chociaż byliśmy długo i "Pałuki" łamaliśmy, to kiedy przyszło łamać ostatni egzemplarz, to brałem go przed siebie, pokazywałem żonie i mówiłem: "Żono, to są najświeższe Pałuki".  

rozmawiał: Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 732 (8/2006)
Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry