Sławomir Kujawa rozmawia z Dominikiem Księskim
   
   
Nie unikam kontaktu z prasą - powiedział Dominik Księski, gdy spytałem się, czy udzieli mi wywiadu do jubileuszowego numeru "Pałuk".  

    Sławomir Kujawa: Czy myślał Pan kiedyś, żeby pracować w gazecie?

wyw2.jpg

    Dominik Księski: Do października 1989 roku nie miałem nigdy ciągot do pisania do gazet, najwyżej do drukowania. Na studiach moi koledzy mieli praktyki redakcyjne w "Gazecie Poznańskiej" i innych pismach, mnie to wtedy wcale nie interesowało. Ważnym powodem było niewątpliwie to, że od 1982 roku nie czytałem w ogóle prasy.
    - Nawet "Młodego Technika"?
    - Nawet "Młodego Technika" nie czytałem, ze względu na to, że całą prasę postrzegałem jako narzędzie w karzącej ręce systemu.
    - Skąd więc ta zmiana? Czemu chce Pan teraz pracować w gazecie?
    - Bo jest wolna i mówi innym językiem. Podam przykład: w prasie przed 1989 rokiem zawsze wiadomo było, co jest dobre a co złe. Czytając artykuł wchłaniało się razem z nim nastawienie piszącego. Prasa albo chwaliła, albo piętnowała. W "Pałukach" próbujemy realizować model dziennikarstwa informacyjnego, gdzie ważne jest to, co się zdarzyło, a nie to, jakie czytelnik powinien mieć zdanie na ten temat.  
Często zamieszczamy informacje nie wartościując ich, chociaż czasami aż świerzbi ręka. Przed wyborami prezydenckimi publikowaliśmy jak maszynka do mięsa kolejne informacje o podróżach senator Doroty Kempki. Gdybyśmy byli gazetą w rodzaju "Trybuny Ludu" każdą z nich kończylibyśmy słowami: "I tak komunistyczna hydra zapuszcza swoje macki na Pałukach". Kolega pytał się mnie nawet, czy już się zapisałem do Sojuszu Lewicy Demokratycznej, bo nie piszę nic o Kuroniu, a ciągle tylko Kempka i Kempka. Niezależnie od tego, że gazeta ma oczywiście swoją linię programową i stronę komentarzy, to tym różnimy się od dawnej prasy, że staramy się czytelnikom i ludziom, o których piszemy dostarczać informacji, a nie wychowywać. I dlatego chcę w niej pracować.
    - Jaka jest więc ta linia programowa pańskiego tygodnika?
    - Być ogniwem komunikacji między ludźmi oraz między ludźmi a władzą lokalną - w obie strony.  
    - Czym są dla Pana "Pałuki"?
    - "Pałuki" są dla mnie miejscem tworzenia. W 1989 roku, gdy zakończyło działalność kółko turystyczne, które prowadziłem, rozpierała mnie energia, która nie mogła znaleźć ujścia. Ponieważ równocześnie życie publiczne zaczęło wychodzić z podziemia, erupcja tych dwóch energii stworzyła tygodnik "Wulkan" (wszak nasz naród jak lawa...). "Wulkan" był typowym tygodnikiem politycznym, "Pałuki" - gazetą lokalną. Ale mają ze sobą to wspólnego, że obydwa pisma starały się pomóc społeczeństwu w zobaczeniu siebie. Często ludzie pytają się, czy "Pałuki" mają zmieniać świat. Owszem, mają zmieniać, ale głównie w taki sposób, jak lustro zmienia patrzącego w nie człowieka. Tylko gdzie te lustra poustawiać, w którą stronę obrócić? To jest właśnie cała sztuka. Dlatego mówię, że wydawanie "Pałuk" jest zajęciem twórczym.
    - Dlaczego taki a nie inny tytuł gazety - "Pałuki"?
    - Tytuł wymyśliłem jeszcze cztery miesiące przed powstaniem gazety w ramach ćwiczeń umysłowych, a (niezależnie ode mnie) na ten sam pomysł wpadł - już po podjęciu decyzji o założeniu gazety - Marian Kawka. Narzucał się sam. Gazeta ma pisać o sprawach, które dzieją się w rejonie, więc jego nazwa jest dla niej najodpowiedniejsza.
    - Jakie były początki?
    - Jeszcze zanim pierwszy numer "Pałuk" pojechał do drukarni, już chciałem gazetę zamykać, bo ogrom pracy był niewyobrażalny wcześniej. W początkowym okresie spałem chodząc, pisałem śpiąc, jadłem pisząc, a chodziłem jedząc.
    - Czy dziś, po prawie 5 latach istnienia gazety, jest Pan osobiście z niej zadowolony?
    - Jestem bardzo zadowolony z gazety, choć jednocześnie widzę większość jej braków, martwię się niedociągnięciami i staję na głowie, by była coraz lepsza.
    - Jak Pan myśli, czy "Pałuki" spełniają w dostatecznej mierze oczekiwania czytelników?
    - Nie. Na pewno nie, gdyż nie wszyscy jeszcze mieszkańcy regionu (szczególnie dotyczy to gmin na wschód i zachód od Żnina) czytają nasz tygodnik. Zdaję sobie sprawę z tego, że często nie piszemy o poważnych sprawach, co spowodowane jest zbyt małą liczbą wykwalifikowanych dziennikarzy. Zdarzają nam się też kiepskie, nieciekawe teksty. Pomimo tego widzę u większości ludzi pracujących w gazecie wielki wzrost doświadczeń, który owocuje takimi artykułami, o których niegdyś można było tylko pomarzyć - jako przykład podam artykuł Marii Wardy o dziwnym akcie notarialnym z Cerekwicy.  
Głód informacji jest u ludzi ogromny - dlatego pomimo niedoskonałości nasza gazeta zaspokaja bardzo ważną potrzebę mieszkańców regionu - pomaga im w zdobyciu informacji o tym, co się dzieje dookoła nich, co pozwoli im - jak sądzę - lepiej zrozumieć świat, na którym żyją. "Pałuki" spełniają więc oczekiwania czytelników, aczkolwiek nie wszystkie i na pewno nie w dostatecznej mierze.
    - Czy nie nachodzą Pana myśli, że lepiej było pozostać przy wykonywanym zawodzie nauczyciela, mieć stałą pensję, wszystkie święta czy wakacje wolne, zamiast żyć w ciągłym napięciu nerwowym i zarywać niejednokrotnie noce po to, by gazeta wyszła na czas?
    - Na pewno nie żałuję zmiany zawodu. Z kilku powodów. Po pierwsze - praca nauczyciela jest według mnie trudniejsza od pracy redaktora naczelnego gazety, a po drugie - nie bardzo rozumiałem system wychowawczy oraz to, że są mu poddawani nie tylko uczniowie. Po trzecie - w pracy szkolnej zbyt dużo było fikcji, a z tego, co wiem od kolegów - i dziś się wiele w tej branży nie zmieniło.  
Czasami jeszcze zastanawiam się nad tym, czy nie lepiej byłoby wrócić na spokojny etat, ale oczywiście zaraz przypominam sobie, że ten etat nie był wcale taki spokojny. Klasówki piętrzyły się całymi stosami, ciągle miałem na karku albo nie napisany rozkład materiału, albo zapowiedzianą hospitację, albo klasówkę do wymyślenia, albo pięć klasówek do sprawdzenia i jak dobrze policzyć czas, to nie wyjdzie wcale mniej. Poza tym nie lubię dzwonków i gwizdków. Dwóch rzeczy żałuję: wycieczek, jakie udawało mi się organizować oraz samego prowadzenia lekcji, co bardzo lubiłem.
    - Czy pańskie zarobki przekraczają średnią krajową?
    - Trudno to stwierdzić, gdyż mój dochód dzieli się na skonsumowany (schabowy, spodnie) i zainwestowany (komputery, które się zużywają). To co wydaję na życie, przekracza jak sądzę, tę średnią krajową, aczkolwiek niewiele. Gazeta w tej chwili ma duży obrót i duży przychód, ale koszta prowadzenia działalności są olbrzymie.  
    Czasami nachodzi mnie taka refleksja, że człowiek inwestuje, kupuje sprzęt, a pewnego pięknego dnia wyjdzie rozporządzenie o nacjonalizacji prasy i wtedy od jakiegoś majora Wojska Polskiego usłyszę te same słowa, które wypowiedział ongiś w 1982 roku na schodach studium wojskowego major Dryjański: - "I co, skończyło się babci śpiewanie?"
    - Niech Dominik Księski oceni naczelnego "Pałuk".
    - Pytanie jest zbyt trudne. Wydaje mi się też, że nie udzieliłbym prawdziwej odpowiedzi, więc wolałbym się nie wypowiadać. Przekonałem się też kilka razy, że to, co uważałem za zalety przez innych postrzegane było jako wady. Z drugiej strony zawsze próbowałem i próbuję nadal wady przekuwać na zalety. Pozostawię więc ocenę innym.
    - "Pałuki" ukazują się już prawie 5 lat. To sporo czasu. Jednak, aby być ciągle atrakcyjnym dla czytelników należy ewoluować, dokonywać zmian zgodnie z oczekiwaniami czytających i w zgodzie z duchem czasu. Taki jest pogląd zdecydowanej większości ludzi. Czy Pan również myśli w dającej się przewidzieć przyszłości o wprowadzeniu pewnych zmian, innowacji?
    - Gdy biorę do ręki rocznik gazety sprzed dwóch czy czterech lat, widzę zawsze jak na dłoni olbrzymią drogę, którą przeszliśmy w ciągu tego krótkiego czasu. Zmian dokonujemy ciągle i przed nami jeszcze ich wiele.
    - Co nas więc czeka?
    - Powoli dochodzimy do równowagi po wprowadzeniu wkładki z programami telewizyjnymi. Pierwsze trzy numery "Pałuk" z wkładką telewizyjną przyniosły wzrost sprzedaży (procent zwrotów z "Ruchu": 13%, 9%, 6%) i od numeru 50 zwiększamy nakład. Teraz  najtrudniejszy dla gazet miesiąc - grudzień. Myślę, że w przyszłym roku, ale kiedy, tego nie powie panu nawet dobra wróżka, zrealizuję podjętą już decyzję o przyspieszeniu kolportażu o jeden dzień, czyli: zamknięcie numeru - środa, godz. 18:00; druk - środa, godz. 2100; kolportaż - czwartek, godz. 6:00.  
    Przyspieszenie godziny zamknięcia numeru o osiem godzin jest dziś jedynie marzeniem, ale mam nadzieję, że przezwyciężymy wszystkie trudności.
    - Wynika z tego, że widzi Pan dla "Pałuk" rację bytu w przyszłości?
    - Oczywiście.
    - Na koniec, czego Dominik Księski jako wydawca i redaktor naczelny życzyłby sam sobie?
    - Żebym mógł raz na dwa lata pojechać pod koniec października na Jazz Jamboree.
    - A co w drugim roku?
    - A co drugi rok w środku października wywędrować na tydzień w Tatry lub Bieszczady.
    - A więc tego Panu życzę i dziękuję za rozmowę.

27 listopada przy zapadającym zmierzchu i filiżance aromatycznej herbaty,
z Dominikiem Księskim
przez 1,5 godziny rozmawiał
Sławomir Kujawa
Pałuki nr 200 (51/1995)
Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry